Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Michael Kamen

Die Hard: 30th Anniversary Remastered Edition (Szklana pułapka)

(2018)
5,0
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 18-02-2019 r.

Trzydzieści lat minęło jak jeden dzień, a ja dalej nie potrafię zrozumieć świątecznego fenomenu Szklanej pułapki. Z kolei fenomen samego filmu jak najbardziej. Trzymające w napięciu starcie Johna McClane’a z terrorystami okupującymi wieżowiec, to już klasyka kina – mistrzowsko zrealizowane widowisko, które broni się na wszystkich możliwych płaszczyznach. Również tej muzycznej. Zaangażowany do stworzenia ścieżki dźwiękowej, Michael Kamen, skomponował muzykę, która nie tylko zapisała się w historii gatunku swoją świetną interakcją z obrazem. Także pod względem wydawniczym soundtracków, jakie na przestrzeni tych trzydziestu lat ujrzały światło dzienne. Jest to iście zadziwiający serial, który pod koniec roku 2018 zaliczył kolejny – i jak obiecują producenci – swój finalny rozdział. Przyjrzyjmy się temu wydawnictwu.



Nie ma chyba sensu analizowania muzycznej treści tego, co stworzył Kamen. Czy jest wśród czytelników ktoś, kto nie zetknąłby się przynajmniej z filmowym kontekstem, gdzie praca amerykańskiego kompozytora lśni najjaśniejszym blaskiem? Może część z was otarło się również o jedno z licznych wydawnictw podejmowanych na przestrzeni minionych dwóch dekad? Jeżeli tak, to doskonale wiecie, że przełożenie ogromu filmowych wrażeń na warunki soundtrackowe nie przychodzi z łatwością. Już jednopłytowe wydanie ścieżki dźwiękowej od Varese Sarabande pokazało słabe strony tej wybitnej ilustracji (o czym możecie przeczytać w świetnym tekście Tomka Rokity). Bardziej szczegółowe wejście w istotę kompletnej partytury poczynione w 2011 roku przez La-La Land Records, dodatkowo utwierdziło w przekonaniu, że miłość do tej partytury może się okazać bardzo trudnym uczuciem. Wystawianym na próbę przez wiele różnych czynników. Jednym z nich jest daleko idąca ilustracyjność i spolegliwość partytury względem filmowej treści. Innym, bardziej przyziemnym demonem odbierającym radość z odsłuchu, jest paskudna jakość dźwięku wynikająca ze złej kondycji dostępnych taśm. Dwupłytowy specjał wypełniony po brzegi filmową partyturą i dodatkami, mimo wszystko sprzedał się dosyć szybko. Na tyle skutecznie, aby skłonić wytwórnię LLLR do sporządzenia w 2017 roku reedycji tegoż wydania. Troszkę niefortunne było to wznowienie, bo zbiegło się ono z dosyć niespodziewanym odkryciem.



Gdzieś w archiwalnych głębinach studia Foxa znaleziono nieznane do tej pory taśmy z cyfrowo nagraną, kompletną ścieżką dźwiękową i mnóstwem dodatków. Nie można było przejść obojętnie wobec takiego skarbu. Wieloślad poddano więc gruntownej edycji, miksując do dwukanałowego stereo i segregując obszerny, trzygodzinny materiał na poszczególne grupy. Główną uwagę koncentrować miała kompletna oprawa muzyczna jaką stworzył i nagrał Michael Kamen w ciągu czterech tygodni pracy nad partyturą. W dalszej kolejności alternatywne wersje tych utworów, piosenki oraz… I tutaj najciekawsze – prawie 40 minut filmowych miksów, czyli poprodukcyjnych „poprawek” które poczyniono na muzyce Kamena, ale bez jego wiedzy i ingerencji. Gotowe miksy zremasterowano według współczesnych standardów i opublikowano na nowym, trzypłytowym wydawnictwie. Ogrom materiału muzycznego to jedno, ale pedantyczne podejście do strony edytorskiej, to już osobny temat. Trzeba przyznać, że producenci dali z siebie wszystko, dbając nie tylko o estetykę graficznego projektu, ale i bogactwo opisów odsłaniających każdy detal powstawania filmowej Szklanej pułapki. Analizy utworów track-by-track są tego świetnym uzupełnieniem. Można więc powiedzieć, że wybitna partytura Kamena w końcu doczekała się należytego wydania. Tylko czy oby nie ugina się ona pod ciężarem niekoniecznie łatwo przyswajalnego materiału?


Na to pytanie będą sobie musieli odpowiedzieć ci, którzy zachęceni nowo odkrytymi nagraniami i licznymi poprawkami edytorsko-technicznymi będą zastanawiać się nad wyłożeniem kolejnych kilkudziesięciu dolarów na ten delikates. Nie ulega wątpliwości, że jest to wydanie kierowane do (przepraszam, że posłużę się tym stwierdzeniem) ultrahardkorów nabożnie podchodzących zarówno do twórczości Kamena jak i filmowych przygód Johna McClane’a. Natomiast naprawdę zadziwiająca jest wiara wytwórni, że takowych osób znajdzie się około pięciu tysięcy. Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Jedno jest pewne. Posiadacze wcześniejszych publikacji będą mieli nie lada orzech do zgryzienia. Spójrzmy więc na listę „dodatków”, które przeważyć mogą na tej decyzji.



Podstawowa prezentacja scoru nie oferuje zbyt wielu nowości. Poza trzema mniej znaczącymi kawałkami: Approaching The Vault, Happy Trails, Hans oraz Aftermath, Powell’s Comeback, jest to w głównej mierze festiwal rozszerzeń i filmowych edycji znanych już nam kawałków. Nie wpływają one w większej mierze na treść znanej nam partytury, a doszukiwanie się różnic będzie domeną co bardziej uważniejszych odbiorców. Drugą płytę dopełniają znane z poprzednich wydań „bonusy” w postaci piosenek i muzyki źródłowej – w tym również aranży popularnej Ody do radości z IX Symfonii Beethovena. Warta odnotowania jest obecność wykorzystanych w filmie fragmentów Aliens Jamesa Hornera oraz Man on Fire Johna Scotta. Najbardziej atrakcyjny dla fanów oprawy muzycznej do Die Hard będzie natomiast trzeci krążek, gdzie znajdziemy mnóstwo rozszerzeń i alternatywnych wykonań zasłyszanych wcześniej kawałków. 40-minutowy dysk nie byłby tak atrakcyjny, gdyby nie kończący go Hip Hop Christmas, gdzie mamy okazję po raz pierwszy ocenić talent wokalny kompozytora. Szczerze powiedziawszy ta rapowana piosenka średnio mu wyszła, ale nie można odmówić jej swoistego uroku.

Abstrahując od różnic jakościowych, które można tutaj odnotować (nieznacznych, bardziej celujących w barwę dźwięku i redukcję zaszumienia), warto zestawić ten opasły, trzypłytowy box z poprzednimi rozszerzeniami i przekalkulować. Czy naprawdę opłaca się wydawać kilkadziesiąt dolarów za kilka niewiele wnoszących do treści kawałków i całą gamę niezobowiązujących bonusów? Nie mam wątpliwości, że pod względem ilościowym i edytorskim ten trzypłytowy specjał od La-Li deklasuje wszystkie poprzednie wydania. I w świetle tych dokonywanych ostatnio na masową skalę, „nowych odkryć”, należy zadać sobie kolejne pytanie. Skąd mamy pewność, że za kilka lat w trzewiach jakiegoś zapomnianego archiwum nie znajdą się kolejne, wypasione zbiory z jeszcze większą ilością jeszcze lepiej zachowanego materiału? Ot pytanie, które powinno kolekcjonerom spędzać sen z powiek. Bo nie ma rzeczy, które nie dałoby się zrobić lepiej – również przypadku tego jubileuszowego wydania Die Hard. Choć nie jestem do końca pewien, czy w kontekście tej muzyki więcej znaczy lepiej.

P.S. Ocena za muzykę na płycie została podniesiona dzięki fenomenalnej szacie graficznej wydania.


Inne recenzje z serii:

  • Die Hard – Limited Edition
  • Die Hard 2
  • Die Hard: With A Vengeance
  • Live Free or Die Hard
  • A Good Day To Die Hard
  • Najnowsze recenzje

    Komentarze