Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Bear McCreary

Battlestar Galactica (Season 4)

(2009)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 07-08-2009 r.

Everything that has a beginning has an end…

Hasło promujące jeden z filmów braci Wachowskich jak ulał pasuje to sytuacji, w jakiej znaleźli się fani Battlestar Galactica już na początku 2009 roku. Ich ulubiony serial zmierzał na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Ale za to jakim! Ostatni etap podróży Floty Kolonijnej, który producenci serialu nazwali „Daybrake”, sprawił, że śpiewane przez Felixa Gaetę w jednym z odcinków frazy: I wish no more, my life you can take…, nabrały jakiejś uniwersalnej wymowy w środowisku fanowskim. Abstrahując jednak od samego, skądinąd spektakularnego zakończenia warto zadać sobie jedno pytanie – jak prezentował się w całości czwarty sezon Battlestara? Ano jak każdy serial, nad którym wisi widmo zdjęcia z anteny, prezentował swoje gorsze i lepsze strony. Oczywiście zabiegi producentów efemerycznie wydłużających żywotność widowiska (dzielenie całości na „półsezony” prezentowane w rocznym odstępie czasu), sprawiły, że w wyniku samego procesu podnoszenia napięcia wypuszczanymi systematycznie materiałami ubogacającymi wybrane wątki o nowe treści, ten czwarty chapter urósł do miana najbardziej zjawiskowego z całej serii. Zjawiskowość owa nie przejawia się jednak wypucowaną do granic możliwości stroną wizualną ino całkiem zaskakującą i poruszającą merytoryką. Wskażcie mi bowiem inny serial o podobnej wymowie, a podchodzący w tak psychologizowany sposób do głównych bohaterów, ich problemów etycznych i poszukiwaniu przezeń metafizycznych wartości swojej egzystencji. Bez wątpienia Battlestar Galactica jest jednym z najbardziej „uduchowionych” seriali s-f ostatnich lat. Czy można to traktować jako jego zaletę, czy też wadę? Na to pytanie chyba każdy widz musi sobie odpowiedzieć indywidualnie…

The ties that bind

Zarówno wspomniane wyżej wątki religijne, jak i polityczne oraz militarne, swoją niesamowitą siłę oddziaływania zawdzięczają między innymi warstwie muzycznej, której to autorem, niezmiennie od ponad 6 lat, jest (w zasadzie to „był”) Bear McCreary. Postać ta, już od pewnego czasu promowana przeze mnie na FilmMusic.pl, coraz częściej również pojawia się na tabloidach prasy poświęcającej uwagę głośnym wydarzeniom z branży muzyki filmowej. Czy wydaje się to dziwne? Złośliwi mogliby powiedzieć, że sukces muzyki Beara tkwi w sukcesie Battlestara, ale i ten zdawać by się mogło słuszny argument można podważyć stwierdzeniem, że to właśnie wizerunek serialu kreowany jest między innymi poprzez pryzmat jego warstwy muzycznej. Bear znalazł się w odpowiednim miejscu oraz czasie i nie omieszkał wykorzystać tej sytuacji. Jego projekty, głównie telewizyjne, pokazują, że mamy do czynienia z kompozytorem bardzo ambitnym i utalentowanym, który mimo pewnych problemów w rozbudowywaniu swojego warsztatu o nowe brzmienia, potrafi oddziaływać z wielką siłą na widownie i słuchaczy. Serial Battlestar Galactica bardzo dokładnie obnaża umiejętności perfekcyjnego wstrzeliwania się Beara nie tylko w problematykę widowiska, ale również gusta odbiorców, którzy nie szczędzą peanów pod jego adresem. Wynikła z tego tytułu olbrzymia fala zainteresowania muzyką do BSG sprawiła, że stało się coś, co jeszcze kilkanaście lat temu było totalną abstrakcją – po zakończeniu emisji każdego sezonu serialu na półkach sklepów muzycznych lądował album ze starannie dobraną mieszanką najlepszych utworów Beara. Co więcej, albumy te sprzedawały się niewiele gorzej niż lansowane przez wielkie stacje telewizyjne i rozgłośnie radiowe popowe krążki. Pojawienie się muzyki do czwartej serii BSG wprowadziło nową jakość do komercyjnej wartości tworu McCreary’ego, wbijając się na czwartą pozycję na liście bestsellerowych albumów Amazon.com. Gdzie tu logika, skoro nawet największe partytury Johna Williamsa, czy Jamesa Hornera rzadko osiągały tak wysokie wyniki sprzedaży? Człowiek znikąd robi po prostu karierę…

A disquiet follows my soul



My tu jednak nie o liczbach, ale o faktach powinniśmy dyskutować. A faktem jest, że to, co komponuje Bear jest doskonałym produktem rzemieślniczym, rozumiejącym zarówno film jak i potrzeby estetyczne zwykłego, niekoniecznie związanego bliżej z muzyką filmową słuchacza. Wynoszenie ilustracji serialowej ponad jej należne w ramach filmowych miejsce, to wręcz obowiązek moralny współczesnego kompozytora, od którego oczekuje się już nie tylko elastyczności w realizowaniu swojego zadania (niekiedy pod presją czasu), ale i inicjatywy mającej zachęcić widza do kolejnej inwestycji, czyli kupna soundtracku. Starcie z czwartym sezonem Battlestara pokazuje, że Bear McCreary sprostał wszelkim oczekiwaniom studia oraz swoich fanów. Dowodem ku temu był fakt rozszerzenia proponowanego do wydania albumu o bonusowy dysk zawierający prawie kompletną ilustrację finalnego epizodu serialu, Daybreak. Chyba daruję sobie skrupulatne opisywanie zawartości krążków w obliczu szczegółowych analiz track-by-track, jakie popełnił na swoim blogu sam kompozytor. Chcących zaczerpnąć informacji u źródeł zachęcam zatem do tej jakże rozszerzającej horyzonty lektury. Zdając sobie tym samym sprawę z tego, że noty kompozytorskie mogą niekiedy ocierać się o ideologizowanie własnego dzieła, warto chyba krytycznym, choć nie pozbawionym subiektywizmu okiem spojrzeć na to wydanie.



Revelations

Pierwsze co uderza po przesłuchaniu albumu, to olbrzymie poczucie zmęczenia materiałem przeplatane niesamowitym pokładem emocji, jakie wzbudza niemalże każdy utwór obu krążków. Jak to wyjaśnić? W jednej z wcześniejszych recenzji prac Beara snułem teorie jakoby kompozytor ten miał niesamowite trudności z opuszczeniem klatki stylistycznej w której zamknął się jakiś czas temu (dodam tylko, że teorię tą agituje publicznie po dziś dzień). Jednakże pomimo zjadania swojego ogona, McCreary potrafi sprzedać towar w taki sposób, że nawet najbardziej wtórny i oklepany utwór słucha się z zapartym tchem. Innymi słowy, Bear, to doskonały muzyczny kuglarz potrafiący jak nikt inny w branży mydlić ludziom… uszy. Przejdźmy jednak do konkretów.

Guess what’s doming to dinner?

Pierwszą płytę otwiera melancholijny, aczkolwiek ekspresyjny kawałek finalizujący przepięknym montażem słowno-muzycznym odcinek „Guess What’s Doming to Dinner”. Warto przeto zaznaczyć, że Gaeta’s Lament został specjalnie nagrany na potrzeby albumu soundtrackowego i różni się nieco od aranżacji filmowej. Szczerze powiedziawszy zabieg się opłacił, gdyż jest to moim skromnym zdaniem jeden z najlepszych utworów, jakie znaleźć można na ścieżce do „czwartej” Galactici. Ów lament stanowi również pierwszą, aczkolwiek nieśmiałą próbę zaprezentowania nam tematu przewodniego czwartej serii widowiska. Tematu serii? Nie inaczej! Tak jak i w przypadku poprzedniego, czwarty album posiada swoją muzyczną myśl przewodnią, którą rozpoczynamy podróż przez prawie osiemdziesięciominutowy miszmasz brzmieniowy. Miszmasz, który definiowany jest właśnie owymi znacznikami melodycznymi. Znaczników tych na całej długości płyty pojawia się kilka. Warto w tym miejscu wspomnieć o dwóch najważniejszych, mianowicie instrumentalnej wersji lamentu Gaety, która jak podkreśla kompozytor na swoim blogu, jest rozwinięciem pierwotnej idei, a nie tylko instrumentalną aranżacją słuchanego wcześniej utworu. Dosyć interesująco prezentuje się również Resurrection Hub, szczególnie w kontekście filmowym, gdy dynamicznej akcji dziejącej się na ekranie McCreary przeciwstawia leniwą, formowaną na kształt fugi melodię.

Islanded in a streams of stars

Tematów w czwartej odsłonie Battlestara nie brakuje. Jednym z kluczowych jest oczywiście słynna melodia, która nie dawała bohaterom (Ostatecznej Piątce) spokoju już od dłuższego czasu. Chodzi oczywiście o melodię z zaaranżowanej do finalnej sceny trzeciego sezonu piosenki Boba Dylana, All Along the Watchtower. I tu pojawia się kolejny paradoks związany z konfliktem na tle oryginalność-przebojowość. Bear, linię melodyczną jednej z najbardziej kultowych piosenek amerykańskiego piosenkarza potraktował jako swój temat przewodni, który z niesamowitą siła oddziałuje na słuchacza niemalże za każdym razem, gdy się pojawia. Do najciekawszych epizodów należy zaliczyć Kara Remembers, gdzie obok solowych partii fortepianowych, kompozytor angażuje również dynamiczne elementy perkusyjne oraz gitarowe. Podobne środki, aczkolwiek w bardziej dynamicznej formie wykorzystuje ilustrując jedną z kluczowych scen w ostatnim odcinku serialu (na płycie jest to utwór Kara’s Coordinates). Pomimo coraz częstszemu skłanianiu się ku instrumentom muzyki rockową, Bear wierny jest wylansowanej u progu prac nad Battlestarem konwencji, czyli łączenia patetycznych orkiestrowych fanfar z elementami etniki. Etnika owa wyrażana jest obecnością prężnie rozbudowanej sekcji perkusyjnej oraz szeregiem wschodnich instrumentów dętych, na przykład duduka, czy smyczkowych jak: erhu, biwa, czy shamisen. Jeszcze jedną tendencję da się zauważyć słuchając muzyki do czwartego sezonu, a którą to powoli dostrzec można było już przy okazji poprzedniego albumu z tego serialu. Mianowicie McCreary coraz bardziej oddala się w kierunku muzyki azjatyckiej, co przejawia się nie tylko obecnością wyżej wspomnianych instrumentów smyczkowych, ale i sposobie posługiwania się bębnami. Schematy rytmiczne są bardziej niekonwencjonalne, choć stale zależne od pozostałej części faktury (w tym miejscu warto zapoznać się na przykład z trackiem Blood on the Scales). Eksperymentatorskie skłonności Beara także i tym razem dały o sobie znać. Widać to wyraźnie w utworach sprzeniewierzających się pierwotnej konwencji ilustracji. Tym oto sposobem otrzymujemy interesującą (ale tylko interesującą) sonatę fortepianową oraz chóralne oratorium zamykające pierwszy krążek. Pomimo szczerych intencji doszukiwania się w tych utworach artystycznej duszy Beara, jedyne co odnalazłem, to kolejny perfekcyjny zabieg ambitnego rzemieślnika, naśladującego pewne ikony parafrazowanego gatunku.



Daybreak



Muszę przyznać, że cały okres wyczekiwania na soundtrack do czwartego sezonu BSG wypełniały mi obawy o jakość estetyczną oraz spójność merytoryczną drugiego dysku, czyli muzyki ilustrującej ostatni odcinek serialu, Daybreak. Pomimo całkiem sporego szału, jaki robiła ona pomiędzy poszczególnymi scenami filmowymi, niekoniecznie musiała ona sprawdzać się jako autonomiczne dzieło godne zaprezentowania na płycie. Na szczęście moje obawy okazały się mocno przesadzone. Co więcej, Bear McCreary ugruntował mnie tym krążkiem w przekonaniu, że ma poważne predyspozycje do stania się w niedługim czasie „serialowym Johnem Williamsem”. Piętnastominutowa sekwencja ostatniej szarży sił kolonijnych w starciu z Cylonami powala swoją polifonią i wielowątkowością tematyczną (choć i tu nie obyło się bez pewnych przywar. Oto bowiem irytującym wydaje się sam początek utworu tak bezczelnie nawiązujący do jednego z tematów Posejdona Klausa Badelta). Choć sam kompozytor uważa ten kawałek za jeden z najlepszych na płycie, z pewnością mógłbym odnaleźć nań wiele innych, zdolnych konkurować, a nawet wybić się ponad Assoult on the Colony, choćby pod względem melodycznym. I nie chodzi tu bynajmniej o utwory akcji, które wypełniają pierwsze pół godziny krążka, aczkolwiek i tam znaleźć można perełki w postaci wspomnianego wyżej Kara’s Coordinates. Osobiście największe wrażenie wywarło na mnie ostatnich sześć utworów, stanowiących pewnego rodzaju epilog dla całego serialu. Słuchając tejże niekończącej się suity znanych nam z poprzednich soundtracków tematów na myśl przychodzi mi analogiczna kompozycja jaką popełnił kilka lat temu Howard Shore na potrzeby długiego, ale jakże dramatycznego zakończenia Powrotu Króla. Choć pod względem artystycznym i rzemieślniczym dzieło Beara plasuje się o kilka klas niżej, nie można odmówić mu jakiejś ckliwości, może i obłudnej po części, ale niesamowicie oddziałującej na słuchacza. Szczególnie mocno, gdy do audytywnych dołączamy również doświadczenia wizualne. Takowe prześlizgiwanie się pomiędzy poszczególnymi tematami serii (także tymi sporządzonymi przez Stu Philipsa na potrzeby pierwowzoru) w całkiem dobrze skonstruowanej fakturze muzycznej stanowi idealne podsumowanie serialu. Nic dodać, nic ując…

Someone to watch over me

Gdybym został postawiony przed możliwością ingerencji w zawartość albumu do czwartego sezonu BSG, chyba nie zdecydowałbym się na jakieś większe zmiany. Rzadko zdarza się, aby serialowa ścieżka dźwiękowa, pomimo względnej wtórności stylistyczno-tematycznej prezentowała się tak okazale. Owszem, są momenty, kiedy najchętniej przewinęłoby się dany utwór do bardziej inwazyjnych fragmentów, jak chyba w każdej kompilacji mającej na celu pokazanie różnego oblicza danej partytury. Nie jest to jednak na tyle problematyczne, aby rozpisywać się nad tym specjalnie. Faktem jest, że Bear McCreary przez sześć lat pracy nad Battlestar Galactica (wpierw pod czujnym okiem Richarda Gibbsa, później sam) udowadniał systematycznie, że jest kompozytorem, który ma wiele do powiedzenia pod względem muzycznym. Choć łatwo zakleszcza się w określonym języku stylistycznym, potrafi nawet najbardziej ograną melodię sprzedać jako coś zupełnie świeżego i doskonałego w odbiorze. Publiczna aktywność kompozytora tylko pomaga mu zjednywać sobie rzesze kolejnych fanów. Jeżeli zatem jego muzyka znajduje tak silny odzew nie tylko wśród widzów, ale i melomanów, życzę aby kolejne projekty otwierały mu drogę do jeszcze większej kariery. Kto wie, może już w Hollywood…

Inne recenzje z serii:

  • Battlestar Galactica: 25th Anniversary Edition
  • Battlestar Galactica
  • Battlestar Galactica (Season 1)
  • Battlestar Galactica (Season 2)
  • Battlestar Galactica (Season 3)
  • Battlestar Galactica: The Plan / Razor

    Zobacz także wywiad z Bearem McCrearym, gdzie kompozytor opowiada nam o swojej pracy nad serialem.

  • Najnowsze recenzje

    Komentarze