Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Marco Beltrami

Scream 4 (Krzyk 4)

(2011)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 15-08-2013 r.



Po roku 1996 kino grozy nie było już tym samym kinem. Nowatorski film Wesa Cravena, Krzyk, sprawił, że gatunek ten zaczął przeżywać swój drugi renesans. Z kolei komercyjny sukces krwawych zmagań z Ghostface’m otworzył przed studiem Dimension wrota do finansowego El Dorado. W myśl zasady „kuć żelazo póki gorące”, w błyskawicznym tempie powstawały kolejne sequele, a sprzedaż znaku towarowego oraz gadżetów przynosiły nie mniejsze krocie, zwłaszcza, że z nieoczekiwaną pomocą przyszedł komediowy pastisz horrorów Cravena, Straszny film. Mimo tego, przez długi czas zarówno reżyser, jak i producenci utrzymywali stanowisko, że Krzyk był, jest i będzie trylogią. Wyłom nastąpił w roku 2008, kiedy ogłoszono, że rozpoczęto prace nad wskrzeszeniem serii. Czy był to dobry pomysł? Wielu fanów ta informacja z pewnością ucieszyła, ale dla krytyki był to wyraźny sygnał, że pogrążone w finansowym dołku studio chwyta się każdej możliwej okazji, by zarobić. Niestety przełożyło się to na finalną jakość produktu i, co za tym idzie, fatalne wyniki sprzedaży. Nie pomógł nawet powrót starej ekipy realizującej projekt od jego pierwocin. Nie pomogła również ta sama obsada aktorska, która w czwartej odsłonie serii przejawia wyraźne znużenie tematem. Także spore nadzieje pokładano w ponownym angażu Marco Beltramiego, ale jak się okazało, ścieżka dźwiękowa idealnie wpisała się w ten festiwal porażek…

Stwierdzenie „porażka” w kontekście partytury Amerykanina nie jest może do końca zasadne. Patrząc na nią przez pryzmat funkcjonalności śmiało możemy powiedzieć, że spełniła swoje podstawowe zadania. Nie od dziś bowiem wiadomo, że Beltrami doskonale czuje się w kinie grozy i poniekąd właśnie temu gatunkowi zawdzięcza swoją obecną pozycję w Hollywood. Ścieżka dźwiękowa dobrze oddaje ducha gatunku, co wyraźnie odczuwamy w sposobie ilustracji. Niewiele tu miejsca na muzyczną progresję, a każda płaszczyzna tego polifonicznego tworu wydaje się żyć chwilą – dokładniej wydarzeniami, które dzieją się na ekranie. Co zatem każe mi patrzeć na to dzieło jako swoistego rodzaju niepowodzenie? Chyba właśnie ciężar trzech poprzednich części i ogólne wrażenie, że kompozytor dawno temu powiedział już ostatnie zdanie w tej materii. Nakreślona przed ponad dekadą koncepcja trochę się zdezaktualizowała, a sam autor ścieżki dźwiękowej (podobnie zresztą jak filmowcy) wierząc, że przywołując duchy przeszłości dokona kolejnej rewolucji, po prostu się przeliczył w swoich założeniach.

Dodatkowym sztyletem zanurzanym w ciele odbiorcy jest album soundtrackowy wydany nakładem Varese Sarabande. O ile ścieżka dźwiękowa zawierająca selekcje utworów z pierwszych dwóch filmów grzeszyła sporymi brakami, o tyle krążek z najnowszej odsłony Krzyku przesadza w drugą stronę. Partytury do filmów Cravena nigdy nie cechowały się wspaniałą melodyką, porywającą muzyką akcji, czy genialnymi tematami czającymi się na każdym zakręcie. Warsztat Beltramiego obchodzi się z takimi błahostkami po macoszemu, dając z kolei sporo radości miłośnikom eksperymentów w zakresie brzmienia, perfekcyjnych orkiestracji i zabawy z harmonią. Przyznacie, że niespecjalnie kwalifikuje się to do długich, przeciążonych treścią soundtrackowych doświadczeń. Godzinny album Varese po prostu męczy. Odkrywa przed słuchaczem praktycznie każdy trwający dłużej niż minutę utwór (poza całą sekwencją otwierającą film), a pozostawia za sobą przysłowiowy kilkudziesięciosekundowy plankton. Szkoda, bo wertując „complete score” znalazłem kilka naprawdę ciekawych fragmentów, które łącznie z opublikowanym materiałem spokojnie można było przemontować do dających jako taką satysfakcję z odsłuchu dwóch kwadransów – ot tak jak to miało miejsce w przypadku ścieżki dźwiękowej do części trzeciej.



Jak już wspomniałem wyżej, wydawcy pominęli na albumie dwa fragmenty ze sceny otwierającej film Cravena. Nie mam o to do nich wielkiego żalu, mimo że znalazł się tam fajny chóralny motyw towarzyszący jednemu z morderstw. Naszą przygodę z soundtrackiem zaczynamy więc utworem You’re Not Real, czyli w połowie wątku. Już pierwsze nuty zwiastują nam temat przewodni tej części filmu – chyba jedyny tak znaczący pomysł na jaki zdobył się Beltrami pisząc Krzyk 4. Kolejne minuty to już klasyczna ilustracja miotająca nas pomiędzy mrocznym underscore, zwiastującym zagrożenie suspensem, a wybuchowymi frazami towarzyszącymi scenom akcji. Naszej uwadze nie umknie fakt, że kompozytor bardziej aniżeli w poprzednich partyturach z serii stawia na brzmienie orkiestrowe. Nie brakuje tu elektroniki, aczkolwiek jest ona po prostu bardziej subtelna. Tym samym daje się zauważyć większy ferment w zakresie orkiestracji. Niestety niemałym kosztem. Oto bowiem w odstawkę idą atakujące słuchacza urywanymi frazami i pracujące na szczególnie wysokich rejestrach, herrmannowskie smyczki. Dziwne, bo przez trzy poprzednie części Beltrami zdawał się bawić tą konwencją, ale tym razem postawił po prostu na swój sprawdzony warsztat. Przekonamy się o tym słuchając utworów takich jak Which Closet bądź dwuczęściowego Don’t Spoil It. Oczywiście w filmie działa to wszystko wybornie, ale na płycie po kilku minutach po prostu męczy. I gdyby nie pojawiający się od czasu do czasu chór, z pewnością utonąłbym w tym bezkresnym oceanie blachy i perkusji.

Na szczęście nie samą akcją partytura do Krzyku 4 stoi. W przeciwieństwie do „trójki”, Beltrami częściej powraca tu bowiem do nakreślonej wcześniej tematyki – głównie to tematu nieśmiertelnej wydawać by się mogło bohaterki, Sidney. Szczególnie okazale prezentuje się on w quasi-epickiej odsłonie utworu Touch and Go, choć i w melancholijnym, fortepianowym I Know How You Feel nie można odmówić mu pewnego uroku. Są też powroty do kultowych już rytmicznych wprowadzeń w scenerię dziejącej się akcji (Cheating On My Diet / Woodsboro 2010). Co poza tym? Multum beznamiętnej ilustracji i okazjonalnej liryki stającej na przeciwnej stronie szali do przebrzmiałego action score.



Chciałoby się powiedzieć, że Krzyk 4 to praca bardziej dojrzała, ociosana i mądrze korzystająca z nakreślonej wcześniej koncepcji. Tymczasem, choć powrotów do sprawdzonej tematyki tu nie brakuje, to o jakimkolwiek dojrzewaniu, ewoluowaniu partytury, nie ma mowy. Beltrami sięgnął po prostu do swojego warsztatu i dał widowisku Cravena to, czego w danym momencie potrzebowało. I szczerze powiedziawszy nie wiem, czy zamiast przeprawy przez ten trudny w obyciu soundtrack nie powinienem raczej zasugerować zmierzenie się z filmem… Choć prawdopodobnie obojętność wobec tych dwóch doświadczeń będzie najlepszym rozwiązaniem.

Inne recenzje z serii:

  • Scream (Deluxe)
  • Scream / Scream 2
  • Scream 3
  • Scream [2022]
  • Scream: The TV Series Season 1 & 2
  • Najnowsze recenzje

    Komentarze