Ramin Djawadi

Fallout (Season 2) (Fallout: Sezon 2)

(2025)
Fallout (Season 2) (Fallout: Sezon 2) - okładka
Maciej Wawrzyniec Olech | 31-03-2026 r.

 

Wojna! Wojna nigdy się nie zmienia. I w sumie to samo można powiedzieć o drugim sezonie Fallouta. I to zarówno jeżeli chodzi o sam serial, jak i ścieżkę dźwiękową do niego – za wiele się nie zmieniło. Żeby nie powiedzieć, że nic się nie zmieniło!

Serial Fallout udowodnił, że przy odpowiednim podejściu można stworzyć udaną adaptację gry komputerowej. Ważne jest, aby respektować materiał źródłowy, ale też rozumieć różnice między grą a filmem/serialem. Fallout, ale też The Last of Us, wpisują się w produkcje, które przełamują wieloletnią klątwę adaptacji gier wideo. Po sukcesie serialu Amazon Prime wiadome było, że otrzymamy drugi sezon – tym bardziej, że mieliśmy do czynienia z otwartym zakończeniem. I w sumie o kolejnym otwartym zakończeniu możemy mówić w przypadku drugiego sezonu Fallouta. Więcej – można powiedzieć, że pod koniec drugiego sezonu znajdujemy się dokładnie w tym samym punkcie wyjścia, co po pierwszym sezonie. Mimo że realizacyjnie produkcja Jonathana Nolana stoi na dobrym poziomie, trudno nie odnieść wrażenia, że w tych ośmiu odcinkach spędziliśmy większość czasu na wykonywaniu misji pobocznych – jeśli chcemy pozostać w żargonie ze świata gier.

Podobnie muzycznie drugi sezon serialowego Fallouta przynosi dokładnie to, czego można było się spodziewać po sukcesie pierwszej odsłony – i jednocześnie, niestety, niewiele więcej. Ramin Djawadi wraca do postapokaliptycznego świata, kontynuując język muzyczny, który zdążył już osadzić w świadomości widzów. Słychać, że niemiecki kompozytor perskiego pochodzenia nie zamierza rewolucjonizować swojego podejścia. Co jest niby zrozumiałe – zachowuje to samo brzmienie, aby utrzymać muzyczną ciągłość serii. Powracają więc stworzone na potrzeby pierwszego sezonu tematy i rozwiązania brzmieniowe. Djawadi czasami subtelnie je aranżuje, zagęszczając fakturę czy przesuwając tu i tam akcenty emocjonalne. Nie jest to jednak rozwój, który prowadzi do wyraźnie nowych jakości. O rewolucji nie ma mowy, ale trudno też mówić o większej ewolucji. Mamy raczej konsekwentne „dogrywanie”, „wycinanie” i „wklejanie” tego, co już znamy. Nowego materiału tematycznego pojawia się stosunkowo niewiele, a jeśli już – trudno mówić o motywach, które na dłużej zapadają w pamięć. Trochę szkoda, bo na rzecz pierwszego sezonu Djawadiemu udało się stworzyć niezłą bazę tematyczną, którą można byłoby rozwinąć. Niewykorzystany potencjał szczególnie odczuwa się w przypadku Bractwa Stali. Kompozytor stworzył dla nich wyrazisty i atmosferyczny temat, oparty na jakże pasującym industrialnym brzmieniu. Udało mu się jednak też zawrzeć w nim kilka ciekawych melodii. I aż by się chciało usłyszeć, w jakim kierunku te melodie pójdą, a tu… nic. Podobnie jest z „jodłującym” / „wokalnym” tematem rewolwerowca Ghoula, który naturalnie powraca, ale w tej samej, niezmienionej formie. Podobnie jest z ładnym motywem lirycznym, który pojawił się w ostatnim odcinku pierwszego sezonu. Tutaj pojawia się w ostatnim odcinku drugiego sezonu – również w niezmienionej formie.

 O rewolucji nie ma mowy, ale trudno też mówić o większej ewolucji. Mamy raczej konsekwentne „dogrywanie”, „wycinanie” i „wklejanie” tego, co już znamy.

Tak też score pozostaje wierny estetyce pierwszego sezonu: oszczędny, miejscami ambientowy, często budowany na pulsujących rytmach i chłodnych syntezatorowych teksturach, czasami z orkiestrowymi przebłyskami. Ramin Djawadi ponownie stawia na funkcjonalność – muzyka ma przede wszystkim wspierać narrację i budować odpowiedni postapokaliptyczny klimat, a nie wychodzić na pierwszy plan. I podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu działa to bez zarzutu: napięcie jest podkreślone, emocje odpowiednio modelowane, a świat przedstawiony – wiarygodnie „udźwiękowiony”. Ale też trudno nie odnieść wrażenia, że Ramin Djawadi wykonuje tutaj takie muzyczne minimum.

Równolegle – podobnie jak wcześniej – ogromną rolę odgrywają piosenki z lat 50. i 60. Twórcy znów sięgają po jazz, country i klasyczne amerykańskie szlagiery, zestawiając je z brutalnym światem po zagładzie, często po to, aby potęgować czarny humor. Chociaż wielokrotnie, też za sprawą dobranych piosenek, balansują na granicy pastiszu, a wręcz parodii. W drugim sezonie usłyszymy m.in. utwory takich wykonawców jak Peggy Lee, Marty Robbins czy Roy Orbison. I muzycznie to one wychodzą na pierwszy plan. Przy czym nie znajdziemy ich na wydanym soundtracku. Czyli i tutaj, względem pierwszego sezonu, nic się nie zmieniło.

Ostatecznie muzyka drugiego sezonu Fallouta to rzemieślniczo solidna robota. Djawadi dokładnie wie, co robi, i dostarcza ścieżkę w pełni funkcjonalną, spójną z obrazem i stylistyką uniwersum. Problem w tym, że poza tą funkcjonalnością niewiele tu zostaje. Brakuje nowych wyrazistych tematów, większych emocjonalnych kulminacji czy odważniejszych decyzji stylistycznych. Niby wszystko się zgadza – klimat jest, muzyczna ciągłość zachowana, warsztat bez zarzutu. Ale drugi sezon można porównać do wykonywania misji pobocznych w grze. Tak też soundtrack do niego prezentuje się i brzmi, jakby pochodził z jakiegoś dodatku do gry.

Inne recenzje z serii:

Fallout (Sezon 1)

Najnowsze recenzje

Komentarze

Jeżeli masz problem z załadowaniem się komentarzy spróbuj wyłączyć adblocka lub wyłączyć zaawansowaną ochronę prywatności.