Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
François de Roubaix

Aventuriers, les/ Le Samourai (Łowcy przygód / Samuraj)

(1967/2005)
-,-
Oceń tytuł:
Marek Łach | 28-05-2014 r.

Tym razem zestaw przyszykowany przez Écoutez le Cinéma! jest pod względem reżyserskim eklektyczny. Dokonaną selekcję trudno jednak kwestionować: Les Aventuriers to – moim zdaniem – najlepszy obraz w dorobku Roberto Enrico, z kolei Le Samourai to sztandarowe, kultowe dzieło Jean-Pierre’a Melville’a. Obie pozycje łączy rok powstania (1967), a także postaci francuskiego gwiazdora Alaina Delona oraz kompozytora Françoisa de Roubaix.

Les Aventuriers (Łowcy przygód) jest jedną z tych ścieżek dźwiękowych, których nie naruszył ząb czasu. Nic zresztą dziwnego – typem wrażliwości i sposobem myślenia o filmowej ilustracji tak bardzo w momencie powstania wyprzedzała swoją epokę, że nawet dzisiaj, po blisko 50 latach, brzmi świeżo, autentycznie i ekscytująco. Prześliczny gwizdany temat dla Laetitii (Joanna Shimkus) to prawdziwa perełka lirycznej miniatury; jeśliby ubrać w nuty ideał kobiety z wczesnych filmów Enrico, to melodia towarzysząca granej przez Shimkus postaci byłaby muzycznym ucieleśnieniem tego ideału: rozmarzonym, niewinnym, wrażliwym i trochę zagubionym w nie dość empatycznej rzeczywistości.

Nie mniej interesujący jest drugi z tematów przewodnich ścieżki, przeplatający się z melodią Laetitii w Journal de Bord. Frenetyczny kolaż fortepianu, kwartetu smyczkowego, tuby oraz trzech puzonów to coś, co dzisiaj można by nazwać muzyką akcji w stylu indie. Przygodowy pęd miesza się introspekcyjną motywiką, kameralny skład produkuje na ekranie nowe pokłady adrenaliny… Wspomniane paradoksy najlepiej uwidaczniają się w znakomitej scenie lotu dwupłatowcem (Acrobaties Aeriennes); sekwencja jest z założenia przygodowa i cechuje się awiatycznym rozmachem, tymczasem Enrico redukuje do minimum dźwięki otoczenia, koncentruje obiektyw kamery na jednym z bohaterów, a De Roubaix równolegle redukuje aparat wykonawczy do fortepianu i wdaje się z nim w „gwizdany” dialog. Kino przygodowe chyba nigdy nie było bardziej osobiste… W ramach ciekawostek warto wspomnieć, że pierwotna wersja tego tematu pochodziła z niezrealizowanego przez De Roubaixa projektu ze szpiegowskiej serii OSS 117 (będącej przede wszystkim domeną Michela Magne).

Absolutnym jednak majstersztykiem Łowców przygód, jak i jednym ze szczytowych punktów francuskiej muzyki filmowej lat 60-tych, jest scena podwodnego pogrzebu (Enterrement sous-marin). Przepiękny temat oraz fantazyjny wokal Christine Legrand przy akompaniamencie organów, towarzyszące malowniczym zdjęciom oceanicznej głębi, to ilustracyjny geniusz w czystej postaci, dwie minuty chwytającej za serce muzycznej poezji, pełnej niewysłowionego piękna i bezbrzeżnego smutku. Coś podobnie błyskotliwego mogłoby wyjść chyba tylko spod ręki Ennio Morricone i niewątpliwie utwór De Roubaixa dorównuje pod względem artystycznym najlepszym dokonaniom Włocha. Już samą tą sekwencją Les Aventuriers zapracowują sobie na maksymalną ocenę za muzykę w filmie.

Ścieżki do filmów Roberto Enrico nastawione zwykle były na cykliczną eksploatację kilku odgórnie przygotowanych idei tematycznych – Łowcy przygód nie są pod tym względem wyjątkiem. Niemal cały program na płycie toczy się wokół opisanych wyżej trzech melodii, a odstępstwo od tej reguły nosi znamiona muzyki źródłowej (Casino Latino). Zrozumiałym jest, że słuchacz wychowany – dla przykładu – na rozbudowanych kompozycjach Johna Williamsa może mieć trudność z akceptacją takie stanu rzeczy i w konsekwencji znudzi się potwarzalnością materiału (choć całość trwa tylko 22 minuty).

Komu jednak nieobca jest europejska metoda w muzyce filmowej, ten zapewne w Les Aventuriers wsiąknie, jak i mi zdarzyło się już od pierwszego kontaktu z obrazem Enrico i krążkiem Universal France. Niezwykle osobiste emocje, którymi promieniuje ścieżka De Roubaixa, czynią z niej w mojej opinii najznakomitszą ilustrację filmową, jaką sygnował swoim nazwiskiem „czarodziej z Campomoro”.

Muzyka w filmie:

Dziełem z nieco innej bajki jest Le Samourai (Samuraj). O ile u Enrico inspiracją dla kompozytora były morskie i podniebne panoramy, o tyle Jean-Pierre Melville nakierował go na brzmienie bardziej urbanistyczne, zakorzenione przede wszystkim w tradycji jazzowej oraz technologicznych nowinkach, takich jak organy Hammonda.

Pierwszym wyborem Melville’a był Bernard Gerard, który rok wcześniej napisał dlań ścieżkę do Drugiego oddechu – artysta jednak odmówił, mając zobowiązania w postaci trzech innych projektów filmowych. Delon, pozostający z De Roubaixem od czasu Les Aventuriers w bliskich relacjach, polecił więc Françoisa słynnemu reżyserowi i tym sposobem młody kompozytor dorobił się pierwszego wielkiego przeboju kinowego.

Każdy, kto Samuraja oglądał, z pewnością pamięta ascetyczną kreację Delona w roli Jefa Costello – metodycznego i zimnego zabójcy na zlecenie. Ów milczący samotnik stał się przyczynkiem dla najbardziej chyba depresyjnego tematu muzycznego w całej karierze De Roubaixa. Brzmienie organów Hammonda zasugerował orkiestrator Eric Demarsan i był to z jego strony strzał w dziesiątkę – chłodne dźwięki wydobywające się z elektronicznych klawiszy nadają natrętnie pedantycznej melodii De Roubaixa aury wyobcowania, wykluczenia i mizantropii.

W Samuraju nie uświadczymy tradycyjne rozumianych utworów akcji – sceny zabójstw obywają bez narracji muzycznej. Muzyka De Roubaixa rozbrzmiewa przede wszystkim wtedy, gdy Costello pozostaje na ekranie sam, gdy zamyka się w swoim ponurym mikroświecie. Wtedy też, w pozbawionych dialogów scenach, kiedy widzowi dane jest zaobserwować chłodne, obsesyjnie wyuczone gesty wykonywane przez głównego bohatera, ścieżka dźwiękowa prezentuje się najciekawiej – wypełnia pustą ekranową przestrzeń, odpędza poczucie dojmującej samotności (La Blessure). Jazzująca elegia na solową trąbkę jak najlepszym przykładem tego, jak muzyka intensyfikuje izolację Costello. Podobnie mgliste, fatalistyczne i niejednoznaczne partie trąbki znajdziemy ponad 20 lat później u naszego rodaka, Michała Lorenca, w jego głośnych Psach.

Płytowy Samuraj nieco inaczej rozkłada akcenty, aniżeli jego filmowy odpowiednik. W trakcie seansu suspensowy materiał Costello bardziej rzuca się w oczy, to on w głównej mierze odpowiada za kreację atmosfery szarego, pochmurnego, deszczowego Paryża. Jazzowa muzyka źródłowa przygrywa subtelnie w tle, ale za wyjątkiem kawałków granych przez pianistkę Valérie nie narzuca się słuchaczowi. Na albumie sytuacja prezentuje się odwrotnie: jazzujący Paryż z jego gęstą, klubową atmosferą szatkuje materiał suspensowy – wydaje się, że więcej niż De Roubaixa słychać tu Melville’a: amerykanofila, pasjonata muzyki zza Oceanu…

Samuraj to dobra, klimatyczna ilustracja, jedna z bardziej stonowanych i zachowawczych prac w dorobku kompozytora. Tak jak w swoich filmach Melville, tak i De Roubaix postawił na różne odcienie szarości. Tego rodzaju muzyki dzisiaj już się nie pisze – najbliższym punktem odniesienia byłaby chyba stylistyka ilustracyjna amerykańskich thrillerów lat 70., z Michaelem Smallem i Davidem Shire na czele. Koneserzy gatunku z pewnością wiedzą, jak dobra to rekomendacja.

Muzyka w filmie:

François de Roubaix był fenomenalnie uzdolnionym kompozytorem, potrafiącym nadać swoje piętno każdemu gatunkowi filmowemu, jaki wpadł mu w ręce. Tworząc Łowców przygód i Samuraja, Francuz miał zaledwie 28 lat i bez wątpienia już w tym wieku był w pełni swoich sił twórczych. Płyta wypełniona po brzegi polotem i inwencją.

Najnowsze recenzje

Komentarze