Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Danny Elfman

Wanted (Wanted: Ścigani)

(2008)
-,-
Oceń tytuł:
Marek Łach | 10-07-2008 r.


Kawał już czasu temu przyjęło się dla określenia blockbusterowej stylistyki Hansa Zimmera i kompozytorów z jego środowiska słowo ”cool”. Ma ono wskazywać na przebojowość, wybuchowe brzmienie tej nowoczesnej muzyki, brzmienie które już od lat poszerza swoją dominację w ramach przemysłu rozrywkowego, wraz z napływem coraz to nowych twórców z grupy Remote Control i wraz z powolnym odpływem z komercyjnej pierwszej ligi takich tytanów lat 90-tych jak chociażby James Horner. Można oczywiście rozprawiać nad jakością ilustracji z tego nurtu, nieraz dyskusyjną, niemniej nie ulega wątpliwości, że letnia superprodukcja nie posiadająca zimmerowskiego anthemu brzmi dziś… nietypowo. I tak właśnie jest z Wanted Danny’ego Elfmana, ścieżką która choć całościowo nie jest antytezą dla stylistyki MV/RC, może stanowić dla niej wartościową alternatywę.

Elfman napisał bowiem całkiem ciekawą i dowcipną kompozycję, wierną co prawda na pewnym poziomie (nad)używanym we współczesnym kinie akcji kliszom, ale będącą zarazem swoistą z nimi polemiką, jak gdyby próbą odkształcenia granic schematu i dostosowania go do swoich potrzeb. Stąd z jednej strony duże uproszczenie muzycznego języka (w porównaniu z Mission: Impossible, Spider-Manem, czy nawet Hulkiem), zwłaszcza w obrębie wyraźnie mało skomplikowanych, frenetycznych sekwencji akcji, z drugiej zaś oparcie całości na kilku błyskotliwych i zaskakujących ideach przewodnich, które są może wprawdzie bardziej zabawą formalną niż faktyczną narracyjną potrzebą, ale wnoszą powiew świeżości w skostniałe normy gatunku.


Przykładem tej pomysłowości jest zwłaszcza pierwszy z dwóch tematów głównych w znakomitym stylu zaprezentowany w utworze Success Montage. Temat ten to prawdziwa niespodzianka: jak na Elfmana nietypowo wypracowany i rozbudowany, za sprawą swoich klasycznych stylizacji stanowi zupełne przeciwieństwo dla tradycyjnego anthemu, a jego subtelna dramaturgia to już w ogóle ewenement na polu współczesnych blockbusterów. Podobnie ma się zresztą sprawa z orkiestracjami, które przez większość albumowego czasu nie błyszczą, ale które jednak w kilku momentach wychodzą na pierwszy plan – wszak temat główny wykonywany przez flety (!) na tle brutalnej elektroniki to w filmie akcji sytuacja niecodzienna. Cóż, mając takie nazwiska w zespole orkiestratorów, z niezastąpionym Stevem Bartekiem na czele, trudno się pomylić i wyprodukować amatorszczyznę.


Wydana przez Lakeshore Records płyta nie do końca jednak przekonuje, przede wszystkim w zakresie doboru materiału i jego sekwencji. Wspomniana prostota muzycznego języka w muzyce akcji i silne oparcie tych fragmentów materiału na sekcji smyczkowej do spółki z rytmicznymi partiami elektroniki (znacznie surowszej niż w przypadku choćby Johna Powella) sprawiają, że po kilku przesłuchaniach album powoli przestaje zaskakiwać; pozostaje ekscytujący i na szczęście nie oferuje słuchaczowi banalnych rozwiązań, niemniej na pewnym etapie niewiele pozostaje na nim do odkrycia. A szkoda, bo w filmie usłyszeć można sporo interesującego, niepublikowanego materiału, który czy to efektownym wykorzystaniem orkiestry (pierwsza sekwencja akcji z udziałem Angeliny Jolie), czy rockowym idiomem dodaje ilustracji sporo barwności. Zamiast tego na albumie znalazło się miejsce dla chociażby nieszczególnie angażującego i przydługiego Welcome to Fraternity, przetwarzającego i tak nadużywany już nieco militarystyczny temat Bractwa; szkoda, ponieważ do pewnego momentu jest to płyta czwórkowa, a niestety przy którymś z rzędu przesłuchaniu staje się ona nazbyt przewidywalna. Dostrzec można również wpływy temp-tracku, co u artysty klasy Elfmana trochę martwi, jak doskonale by w obrazie Bekmambetova nie wypadało – chodzi tu głównie o „matrixowe” stylizacje towarzyszące wyraźnie zresztą inspirowanej filmem Wachowskich, przedstawionej w prologu potyczce na dachu. Trochę za dużo Davisa, jak gdyby za moment Neo i agent Smith mieli wyskoczyć zza rogu…

Jest to jednak bez wątpienia muzyka, mimo brzmieniowych zapożyczeń z wcześniejszych prac twórcy (chociażby Men In Black), przynajmniej w kluczowych momentach nietuzinkowa i inteligentna, bogata w elfmanowskie znaki firmowe, aczkolwiek niestety nie tak wyrafinowane, jak w przypadku wspominanego już, znakomitego i niedocenianego Mission: Impossible. Nie można oczywiście nie wspomnieć o bardzo udanej rockowej piosence firmującej film, wykonywanej przez samego kompozytora i mającej tak typowy dla niego, lekko ironiczny i zakręcony charakter; jej miejsce jest jednak na końcu albumu, który aż prosi się o mocny, orzeźwiający finał, kończąc się zamiast tego kolejną z niezliczonych aranżacji wtórnego już na tym etapie tematu Bractwa. Ostatecznie można uznać Wanted za solidną ilustrację, wzbogaconą zestawem intrygujących pomysłów, ilustrację od dawna już potrzebną coraz trudniejszym do muzycznego rozróżnienia hollywoodzkim produkcyjniakom, wreszcie ilustrację, która do spółki ze znakomitym Standard Operating Procedure i udaną kontynuacją Hellboya w połowie roku czyni z Elfmana najciekawszego jak dotąd kompozytora sezonu.

Najnowsze recenzje

Komentarze