Brian Tyler

The Super Mario Galaxy Movie (Super Mario Galaxy Film)

(2026)
The Super Mario Galaxy Movie (Super Mario Galaxy Film) - okładka
Maciej Wawrzyniec Olech | 12-07-2026 r.

Trudno powiedzieć, czy możemy tutaj mówić o filmie animowanym, czy raczej o produkcie filmopodobnym. Nie posiada on konkretnej fabuły. Scenariusz sprawia wrażenie, jakby był sklejony z różnych fragmentów gry, bez większego ładu i składu. Postacie nie mają osobowości… I tak można byłoby długo wyliczać wady. Ale czy mają one znaczenie, skoro mamy finansowy sukces i masę zadowolonych fanów? Do tego dochodzi kolejna udana ścieżka dźwiękowa Briana Tylera, który wyraźnie dobrze odnajduje się w tym świecie.

Po sukcesie pierwszej animowanej adaptacji jednej z najsłynniejszych gier na świecie trudno było mieć wątpliwości, że doczekamy się kontynuacji. Równie oczywiste wydawało się, że powrót do świata hydraulików Nintendo będzie oznaczał również powrót Briana Tylera. I rzeczywiście – w przypadku Super Mario Galaxy Film kompozytor ponownie udowadnia, że rozumie fenomen marki nie tylko jako popkulturowej ikony, ale również jej muzycznego dziedzictwa. Tam, gdzie pierwszy film momentami gubił rytm przez nadmiar licencjonowanych piosenek, tutaj ścieżka Tylera wreszcie może oddychać pełną piersią. Efekt? Soundtrack bardziej spójny, bardziej epicki i zwyczajnie lepiej funkcjonujący w samym obrazie… tylko w obrazie.

Już w poprzednim filmie Brian Tyler imponował umiejętnością żonglowania motywami Koji Kondo (autora muzyki do gier z serii Super Mario Bros.) traktując kultowe melodie z gier niczym pełnoprawny element ścieżki dźwiękowej. I podobną sytuację mamy w Galaxy. I nie należy się dziwić takiemu podejściu. Te muzyczne motywy stały się wizytówką tej serii, czy tej na konsolę, czy jako film. I tak w tej partyturze ponownie znajdziemy cytaty z bogatego archiwum Nintendo. Tyler ponownie z niesamowitą zręcznością wplata motywy Koji Kondo w swoją ścieżkę dźwiękową. Co ważne, nie są to jedynie wrzucone dla fanserwisu fragmenty rozpoznawalnych melodii. Tyler bardzo umiejętnie wplata je w strukturę własnej partytury, dzięki czemu soundtrack nie zamienia się wyłącznie w składankę nostalgicznych cytatów, ale zachowuje własną tożsamość. Tym bardziej, że cała ścieżka nie jest jakoś mocno nimi przeładowana. I jednak za większość robi tu oryginalna muzyka Briana Tylera i jego oryginalne tematy. Co nie zmienia faktu, że dla słuchaczy i miłośników gier, sprawia pewną frajdę wyłapywanie tych wszystkich „easter-eggów”.

Największą siłą tej muzyki pozostaje jednak orkiestra symfoniczna. Tyler wyraźnie czuje się dobrze w  W wielu momentach soundtrack przywołuje skojarzenia z klasycznymi blockbusterami spod znaku starego Hollywood (bardziej lata 80. 90. a nie daleki Golden Age, czy Silver Age), przepuszczonymi jednak przez kolorowy, nintendowski filtr. To muzyka pełna energii, serca i autentycznej radości grania. Można wręcz dziwić się, że tak – wydawałoby się – pusty film aż tak mocno zainspirował muzycznie Briana Tylera. Z drugiej jednak strony, biorąc pod uwagę, że na ekranie nieustannie coś się dzieje, trudno się dziwić, iż soundtrack brzmi aż tak bombastycznie.

Jednak zamiast pisać wyłącznie od „easter-eggach” i nawiązaniach do tematów Koji Kondo, nie należy zapominać o oryginalnej muzyce Briana Tylera. W końcu ten soundtrack to nie w pierwszej linii umiejętne żonglowanie klasycznymi motywami z gier, ale orkiestrowa przygoda oparta o oryginalne tematy amerykańskiego kompozytora. Ze starych powraca również chwytliwy temat przewodni Briana Tylera z pierwszego filmu. Nadal świetnie spełnia swoją rolę jako jedna z muzycznych wizytówek tej animowanej serii. Co więcej pojawiają się też nowe tematy, które dobrze wpisują się w całość i uzupełniają strukturę tej ścieżki dźwiękowej. Na szczególną uwagę zasługuje nowy majestatyczny motyw, dla tej kosmicznej przygody, który najlepiej brzmi w tytułowym kawałku Super Mario Galaxy. Trochę jazzowej zabawy gatunkiem usłyszymy w Yoshi On the Go, który świetnie i zabawnie ilustruje przygody słynnego, słodkiego dinozaura w naszym świecie.

Co ciekawe – i warto to podkreślić – pod względem funkcjonowania w filmie ścieżka wypada lepiej od poprzedniczki. W pierwszej części muzyka Tylera, choć bardzo dobra, chwilami przegrywała walkę z licznymi piosenkami wrzucanymi do filmu, momentami wręcz na siłę. Tutaj na szczęście twórcy bardziej zaufali kompozytorowi. Obraz nie jest przeładowany licencjonowanymi utworami. Dzięki temu score ma więcej przestrzeni, by rozwinąć skrzydła. I oczywiście Brian Tyler w pełni ją wykorzystuje, wypełniając film swoją bombastyczną muzyką przygodową.

Czytając wszystkie te pełne pochwał akapity, można by sądzić, że mamy do czynienia z bardzo dobrym soundtrackiem. I tak, i nie. Przy wszystkich swoich zaletach nie jest on pozbawiony problemów. Sam film przypomina trochę przejażdżkę kolejką górską w lunaparku. Co chwilę coś się dzieje i nie ma ani chwili wytchnienia. Brian Tyler stworzył więc ścieżkę dźwiękową idealnie dopasowaną do takiego obrazu – dodającą kolejnych atrakcji i jeszcze bardziej napędzającą tę „przejażdżkę bez hamulców”. Niestety po oderwaniu od filmu, na albumie można już odczuć zmęczenie materiału. Największym problemem okazuje się przeładowanie. Przy tak długim czasie trwania (prawie półtorej godziny na soundtracku) intensywność muzyki momentami męczy, a część fragmentów akcji mogłaby zostać skrócona bez większej straty dla odbioru.  Można powiedzieć, że na niekorzyść Briana Tylera  przemawia albumowa chronologia, a raczej jej brak. Właściwie mamy do czynienia z kompletnym wydaniem. I tak jak druga połowa filmu, to akcja non stop, tak i podobne wrażenia otrzymujemy na albumie, gdzie można zostać trochę przytłoczonym tą muzyką. Wracając do skojarzeń z parkami rozrywki – słuchany poza filmem album chwilami przypomina (szczególnie w drugiej połowie) niekończący się orkiestrowy rollercoaster. Wszystko jest bardzo przebojowe i intensywne, ale co za dużo, to niezdrowo. Chwile oddechu również by się przydały, nawet jeżeli technicznie wszystko stoi na wysokim poziomie.

Mimo wszystko trudno odmówić Brianowi Tylerowi jednego – ogromnej frajdy, z jaką podchodzi do tego świata. Słychać, że kompozytor autentycznie lubi uniwersum Mario Bros. i doskonale odnajduje się w tej estetyce. Super Mario Galaxy Film to soundtrack pełen energii, przygody  z lekką domieszką i nostalgii. To po prostu bardzo solidna muzyka przygodowa. Można wręcz ubolewać, że współczesne blockbustery tak rzadko brzmią właśnie w ten sposób. Tymczasem takie brzmienie otrzymał sequel animacji opartej na jednej z najbardziej znanych serii gier w historii.

I właśnie dla fanów tej serii powstał zarówno ten film, jak i ten soundtrack. Osoby, którym podobała się pierwsza część – zarówno muzycznie, jak i filmowo – również tutaj powinny być usatysfakcjonowane. A patrząc na wyniki kasowe filmu, takich odbiorców z pewnością nie zabraknie. To z kolei oznacza, że zapewne w niedalekiej przyszłości otrzymamy kolejną odsłonę. I nawet jeśli ponownie będziemy kręcić nosem na jakość samego filmu, to na muzykę Briana Tylera zdecydowanie warto będzie czekać. Zwłaszcza jeśli utrzyma poziom, jaki prezentuje dotychczas w tej serii o słynnych hydraulikach.

Inne recenzje z tej serii:

Super Mario Bros. Film

Najnowsze recenzje

Komentarze

Jeżeli masz problem z załadowaniem się komentarzy spróbuj wyłączyć adblocka lub wyłączyć zaawansowaną ochronę prywatności.