Serię Resident Evil trudno jednoznacznie muzycznie zdefiniować określić. Z jednej strony można powiedzieć, że gry potrafiły stworzyć własny dźwiękowy język. Ale z drugiej strony one same ewoluowały od ambientowych eksperymentów pierwszych części, przez industrialne brzmienia kolejnych odsłon, aż po bardziej filmowe podejście współczesnych produkcji. W przypadku kinowych adaptacji z Millą Jovovich też trudno mówić o spójnym muzycznym języku łączącym wszystkie sześć części. Dlatego też nie powinno dziwić, że w przypadku obrazu Zacha Creggera ścieżka dźwiękowa Haysa i Ryana Holladayów nie próbuje kopiować, imitować lub konkurować z muzyczną tradycją serii – jeżeli w ogóle o takiej można mówić. Zamiast tego buduje własny, pulsujący język grozy… i prawidłowo! Bo czyni to z bardzo dobrym efektem!
Kiedy zapowiedziano kinową reinwersję kultowej marki Resident Evil pod skrzydłami reżysera Zacha Creggera (twórcy m.in. wysoko ocenianego Barbariana i jeszcze wyżej ocenionego Weapons), fani uniwersum byli podekscytowani i zaniepokojeni. Jedni widzieli szansę w reboocie serii. Inni obawiali się, czy Zach Cregger ze swoim specyficznym stylem jest właściwą osobą na tym stanowisku. Po premierze filmu sytuacja nie za bardzo się zmieniła i fandom podzielił się na dwie grupy: zachwyconych obrazem, uważających go za najlepszą adaptację Resident Evil, oraz tych, którzy twierdzą, że ten film nie ma nic wspólnego z tą serią. Krytyka tych drugich bierze się między innymi z tego, że w obrazie nie pojawiają się żadne postacie z gier, a Cregger bardziej tworzy własną historię w uniwersum Resident Evil. Zarzucają mu także nadmiar humoru. W jego filmie mamy postać kuriera, który przypadkowo zostaje wplątany w wydarzenia związane z uwolnieniem niebezpiecznego wirusa T z laboratorium Umbrella Corporation w Raccoon City.





