Hays Holladay, Ryan Holladay

Resident Evil

(2026)
Resident Evil - okładka
Maciej Wawrzyniec Olech | 14-10-2026 r.

Serię Resident Evil trudno jednoznacznie muzycznie zdefiniować  określić. Z jednej strony można powiedzieć, że gry potrafiły stworzyć własny dźwiękowy język. Ale z drugiej strony one same ewoluowały od ambientowych eksperymentów pierwszych części, przez industrialne brzmienia kolejnych odsłon, aż po bardziej filmowe podejście współczesnych produkcji. W przypadku kinowych adaptacji z Millą Jovovich też trudno mówić o spójnym muzycznym języku łączącym wszystkie sześć części. Dlatego też nie powinno dziwić, że w przypadku obrazu Zacha Creggera ścieżka dźwiękowa Haysa i Ryana Holladayów nie próbuje kopiować, imitować lub konkurować z muzyczną tradycją serii – jeżeli w ogóle o takiej można mówić. Zamiast tego buduje własny, pulsujący język grozy… i prawidłowo! Bo czyni to z bardzo dobrym efektem!  

Kiedy zapowiedziano kinową reinwersję kultowej marki Resident Evil pod skrzydłami reżysera Zacha Creggera (twórcy m.in. wysoko ocenianego Barbariana i jeszcze wyżej ocenionego Weapons), fani uniwersum byli podekscytowani i zaniepokojeni. Jedni widzieli szansę w reboocie serii. Inni obawiali się, czy Zach Cregger ze swoim specyficznym stylem jest właściwą osobą na tym stanowisku. Po premierze filmu sytuacja nie za bardzo się zmieniła i fandom podzielił się na dwie grupy: zachwyconych obrazem, uważających go za najlepszą adaptację Resident Evil, oraz tych, którzy twierdzą, że ten film nie ma nic wspólnego z tą serią. Krytyka tych drugich bierze się między innymi z tego, że w obrazie nie pojawiają się żadne postacie z gier, a Cregger bardziej tworzy własną historię w uniwersum Resident Evil. Zarzucają mu także nadmiar humoru. W jego filmie mamy postać kuriera, który przypadkowo zostaje wplątany w wydarzenia związane z uwolnieniem niebezpiecznego wirusa T z laboratorium Umbrella Corporation w Raccoon City.

Jednak oglądając film, dostrzegamy całą masę nawiązań do gier. Co więcej, Creggerowi doskonale udało się oddać mechanikę oraz styl rozgrywki i przełożyć je na język filmowy. Główny bohater musi przemieszczać się z jednego punktu do następnego (każdy kolejny etap jest trudniejszy), po drodze radzić sobie z zagrożeniami i szukać broni – z każdym etapem ma coraz lepszy arsenał – oraz wskazówek. Normalnie oglądając ten film, można poczuć się tak, jakby się grało w grę Resident Evil. Uczucie to potęgują rewelacyjne zdjęcia Dariusza Wolskiego: kamera zza pleców, ramienia czy broni sprawia, że czujemy się, jakbyśmy naprawdę grali w grę. I to dobrą grę, bo najnowsza filmowa wersja Resident Evil trzyma widza w napięciu od początku do końca. Poza wspomnianymi, świetnymi zdjęciami Dariusza Wolskiego, muzyka braci Haysa i Ryana Holladayów jest kolejnym mocnym elementem tego świetnego survivalowego horroru.

Hays i Ryan Holladay są jeszcze na początku swojej przygody z muzyką filmową, a ich kariera jest ściśle związana z Zachiem Creggerem, z którym razem grali we wspólnym zespole. Nic dziwnego, że potem ich trójka stworzyła muzykę do Weapons. W przypadku Resident Evil Cregger znowu sięgnął po swoich kumpli, ale tym razem nie włączył się we współkomponowanie ścieżki dźwiękowej. Pewnie podobnie jak w przypadku filmu, także i tutaj pojawią się głosy krytyki, że ich score nie nawiązuje w żadnym stopniu do tego z gier. Przy czym dla mnie – i tutaj podobnie jak w przypadku obrazu – dobrze, że kompozytorzy postanowili obrać własną drogę, podporządkowaną w pierwszej linii filmowi. Muzyka Haysa i Ryana Holladayów nie próbuje konkurować z tradycją serii. Zamiast tego buduje własny, bardzo fizyczny język grozy. Przy dokładnym odsłuchu trudno jednak nie pomyśleć o pewnych inspiracjach, ale o tym napiszę troszkę później.

Muzyczny język najnowszego Resident Evil oparty jest przede wszystkim na rytmie, fakturze i napięciu, a dopiero w dalszej kolejności na melodyjności. Główny temat daje całkiem dobry obraz tego, z czym mamy do czynienia na tym soundtracku. Syntezatorowy fundament spotyka się tutaj z cięższymi, nieraz industrialnymi zagraniami typowymi dla gatunku, jakim jest horror. Główny temat nie jest prezentowany jako klasyczna, szeroko rozpisana melodia – bardziej przypomina sygnał ostrzegawczy, coś, co ma uruchomić w odbiorcy poczucie niepokoju, zanim jeszcze właściwie zacznie się akcja.

Holladayowie nie piszą muzyki, która chce być stale „słyszana”. Ich score często działa gdzieś pod powierzchnią obrazu. Pulsuje, narasta, zaciska się wokół sceny, a następnie potrafi niemal całkowicie zniknąć. Jest w tym sporo myślenia właściwego dla sound designu. Basowe syntezatory, drony, elektroniczne tekstury i perkusyjne impulsy tworzą środowisko dźwiękowe, w którym bohater właściwie nigdy nie może poczuć się bezpiecznie. I pasuje to świetnie do survivalowego charakteru obrazu Creggera. Resident Evil nie jest horrorem, który chce widza długo trzymać w jednym miejscu i pozwalać mu kontemplować grozę. To kino ruchu, pościgu, paniki i ciągłego reagowania na kolejne zagrożenia. Score Holladayów zachowuje się podobnie i bardzo efektownie działa w filmie wtedy, kiedy musi.

Główny temat nie jest prezentowany jako klasyczna, szeroko rozpisana melodia – bardziej przypomina sygnał ostrzegawczy, coś, co ma uruchomić w odbiorcy poczucie niepokoju, zanim jeszcze właściwie zacznie się akcja.

Mimo swojej prostoty – a może właśnie przez nią – ten pulsujący elektroniczny motyw tak dobrze sprawdza się w obrazie. Ile razy synthy i basy zaczynają mocniej dudnić, wiedz, że coś się dzieje albo szykuje! Ta pulsująca elektronika nie tylko świetnie buduje napięcie, ale i napędza całą akcję. Poza filmem również sprawdza się jako charakterystyczny motyw przewodni tej ścieżki dźwiękowej.

Naturalnie teraz mogę przejść do wspomnianych wyżej nawiązań. Słuchając tego pulsującego, dudniącego elektronicznego motywu z silnym basem, trudno nie pomyśleć o charakterystycznym motywie Ennio Morricone do The Thing (Coś) Johna Carpentera. Co więcej, w ogóle skojarzenia z muzyczną twórczością Johna Carpentera są tutaj nieuniknione. Pulsujące syntezatory, oszczędność środków, repetytywność i sposób budowania napięcia mogą u niektórych przywoływać ducha Halloween, The Fog czy Escape from New York. Co ważne, Holladayowie nie próbują jednak rekonstruować brzmienia Carpentera jeden do jednego. Ich muzyka jest bardziej współczesna, gęstsza i znacznie mocniej związana z sound designem. Carpenterowska prostota zostaje tutaj przepuszczona przez estetykę współczesnego horroru. Zresztą, jak już się inspirować, to najlepiej od najlepszych. Holladayowie zresztą nie są jedynymi, którzy czerpią z Carpentera – czyni to również Cregger. Jego zombie przypominają bardziej koszmarne, zdeformowane kreatury rodem właśnie z klasyka (The Thin Carpentera. Przy czym jeszcze raz zaznaczam, że należy tutaj mówić raczej o inspiracjach niż o kopiowaniu, tym bardziej że efektem tych zabiegów są naprawdę bardzo ciekawe, oryginalne i przerażające zmutowane kreatury z doskonałym podkładem muzycznym.

Resident Evil Zacha Creggera nie jest może obrazem, w którym muzyka towarzyszy nam non stop, ale zawsze pojawia się w odpowiednim momencie i kiedy tak się dzieje, film na tym zyskuje. A jak prezentuje się ta muzyka poza ekranem? Poza charakterystycznym syntezatorowym brzmieniem nie brakuje tutaj też typowych horrorowych zagrywek i momentów, których jedynym celem jest straszenie w filmie. Mimo to, jak na album z gatunku grozy wydany nakładem Milan Records, soundtrack prezentuje się dla słuchacza wyjątkowo przystępnie. Warto też dodać, że krążek doczekał się wydania fizycznego na płytach winylowych i CD. Jeśli chodzi o współczesną muzykę filmową, nie jest tak oczywiste, że fani mogą liczyć na wydania fizyczne, a co dopiero w postaci płyt CD.   Wróćmy jednak do samej muzyki – wielokrotnie wspominana pulsująca elektronika świetnie napędza cały album. Czas jego trwania – 44 minuty – również wydaje się odpowiedni dla tego typu grania, dzięki czemu nie dochodzi do momentu, w którym możemy poczuć się zmęczeni odsłuchem. Co więcej, na płycie znajdziemy też pojedyncze utwory, do których chce się wracać i które są warte osobnej uwagi.

W obu przypadkach chodzi o rozszerzone wersje dwóch tematów, które pojawiają się w filmie podczas napisów końcowych. Main Titles Extended, co zresztą wskazuje tytuł, jest wydłużoną wersją głównego tematu i jednym z takich kawałków. Pod warstwą zdawałoby się czysto elektronicznego zagrożenia kryje się znacznie bardziej klasyczna konstrukcja, co ta wersja idealnie obnaża. Szczególnie wtedy, gdy do pulsujących syntezatorów niespodziewanie dołączają trąbki i inne instrumenty dęte blaszane. Efekt jest niezwykle ciekawy i oryginalny. Kawałek ten oferuje nam również drobny wgląd w to, jak ta ścieżka dźwiękowa mogła brzmieć pierwotnie. Otóż w jednym z wywiadów Holladayowie przyznali, że na początku Zach Cregger sugerował, aby cały score oparty był na instrumentach dętych blaszanych wydających przeraźliwe odgłosy. Tym samym muzyka miała przez pewien czas przypominać coś z gatunku impro-jazzu. Z czasem bracia kompozytorzy zaczęli dodawać coraz więcej syntetycznych elementów do swoich eksperymentów z trąbkami i zauważyli, że elektroniczne brzmienie po prostu lepiej pasuje im do obrazu. W porozumieniu z Creggerem doszli do słusznego wniosku, że score oparty w pierwszej linii na elektronice będzie zdecydowanie lepiej współgrał z filmem. Trudno się z nimi i z tą decyzją nie zgodzić.   Pozostając przy utworach wartych odnotowania, jeszcze ciekawiej prezentuje się Skybridge, a w szczególności jego rozszerzona wersja Skybridge Reprise z wokalnym udziałem Shannon Lay. Ten motyw otwiera zupełnie inny rozdział muzyczny niż ten dominuje na soundtracku. Zamiast agresywnego pulsu otrzymujemy coś bardziej eterycznego i niepokojącego. Wokal nie pełni tutaj funkcji klasycznej piosenki – staje się kolejną warstwą brzmieniową, czymś pomiędzy głosem, ambientem a lamentem. Trudno odmówić temu tworowi pewnego mrocznego piękna.

Nie będę ukrywał, że jestem ciekawy, jak prezentowałyby się ten soundtrack i ta muzyka w filmie, gdyby bracia Holladay pozostali przy trąbkowo-blaszanych szaleństwach. Ale to ta sama ciekawość, co łączenie nieoczywistych smaków z nadzieją na uzyskanie czegoś unikalnego – co często oznacza jednak, że zamiast kulinarnego rarytasu możemy przypadkowo stworzyć coś odpychającego. Odpychających momentów (w dobrym, horrorowym znaczeniu) nie brakuje zresztą w nowym Resident Evil. Na szczęście nie towarzyszy im zła lub niepasująca muzyka. Wręcz przeciwnie: Hays i Ryan Holladay stworzyli dobry, mroczny, rytmiczny, miejscami agresywny i zaskakująco oszczędny score, który w pełni spełnia swoje zadanie. Niektórzy mogą krytykować go za prostotę, ale skoro sprawdza się w filmie rewelacyjnie, to w sumie w czym problem? Co więcej, na tle wszystkich soundtracków związanych z tą marką (zarówno gier, jak i filmów) album ten posiada swój własny, unikalny głos. Muzyka ta sprawdza się znakomicie zarówno w mroku kinowej sali, jak i w samotnym odsłuchu – najlepiej przy zgaszonym świetle, pod warunkiem, że nie boimy się złowrogiego dudnienia syntezatorowych basów, które sprawią, że nasze serce zacznie bić z nimi w tym samym rytmie.

Najnowsze recenzje

Komentarze

Jeżeli masz problem z załadowaniem się komentarzy spróbuj wyłączyć adblocka lub wyłączyć zaawansowaną ochronę prywatności.