Karierę Roberta Eggersa śledziłem z ekscytacją od samego początku, czyli od Czarownicy. Szybko stał się moim ulubionym twórcą zarówno swojego pokolenia, jak i gatunku – przynajmniej w początkowej fazie, gdzie dwa jego pierwsze filmy wpisywały się w ramy horroru, i kiedy to zestawiano go z również tworzącym dla studia A24 Ari Asterem. Muszę jednak zaznaczyć, że do tej pory każdy jego kolejny film podobał mi się odrobinę mniej od poprzedniego – przynajmniej po pierwszym obejrzeniu, bo na przykład The Lighthouse zyskało w moich oczach po pewnym „przetrawieniu” i kolejnych seansach. Byłem też pod wrażeniem ścieżek, jakie tworzył dla niego Mark Korven, dlatego nieco zdziwiła mnie decyzja, by przy Wikingu zdecydował się na Roberta Carolana i Sebastiana Gainsborougha; myślałem jednak, że mogło to być podyktowane potrzebą znalezienia kompozytora obeznanego ze skandynawskimi instrumentami. Eggers postanowił jednak znów zaprosić Carolana do współpracy, by tworzyć swój „passion project”, jakim był remake Nosferatu, jeden z najgłośniejszych i najbardziej polaryzujących filmów 2024 roku. Czy wyszła z tego równie polaryzująca i głośna ścieżka dźwiękowa?
Przyglądając się obecnemu dyskursowi, można odnieść wrażenie, że Nosferatu to absolutne arcydzieło (o czym świadczyłyby opinie krytyków, innych reżyserów, czy cztery nominacje do Oscara) lub kolejna wydmuszka pompująca snobistyczne ego krytyków, niemająca w sobie nic, co by uchroniło przeciętnego widza przed zaśnięciem w kinowym fotelu. Muszę przyznać, że film Eggersa ma kilka świetnych scen czy pomysłów. Najsilniejszym (i jednym z najbardziej kontrowersyjnych) jest hrabia Orlok, fantastycznie zagrany przez Billa Skarsgårda, jawiący się jako absolutnie obrzydliwy, żywy trup, któremu znacznie bliżej do wampirów i strzyg z oryginalnego folkloru niż ułagodzone dekadami kolejnych hollywoodzkich iteracji wizerunku seksownego i niezrozumianego Draculi. Pierwsza scena, w której się pojawia, to wizualnie chyba najmocniejszy moment filmu, z którym równać się może tylko jego finał. Zresztą, całemu trzeciemu aktowi nie można odmówić dramaturgii, a dodatkowo, dzięki wątkowi postaci Aarona Taylora-Johnsona, przepełniony jest typowym eggersowskim poczuciem beznadziei i utraty. Nie zmienia to jednak faktu, że Nosferatu jest moim największym filmowym rozczarowaniem 2024 roku. Mimo wymienionych wyżej mocnych punktów, całość wydaje się bardzo sztywna, sterylna, rozwleczona i nadużywająca tanich chwytów, takich jak jump scare’y. Pozostaje więc kluczowe pytanie: po której stronie tej komercyjno-artystycznej szali plasuje się muzyka?




