Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Michael Giacchino

Mission: Impossible – Ghost Protocol

(2012)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 10-01-2012 r.

Money, money, money

Always sunny

In the rich man’s world

Ciekawi mnie, czy decydenci studia Paramount nucili sobie ten szlagier pod nosem, gdy podejmowali decyzję nakręcenia kolejnej, czwartej już części przygód Ethana Hunta? Jak sądzicie? Nie ulega wątpliwości, że podpisując zobowiązania finansowe na kwotę rzędu 145 mln $ mieli świadomość, że seria chyli się już ku upadkowi i tylko dobry scenariusz z dobrą ekipą realizującą mógłby uratować ten projekt. Za kamerą stanął więc Brad Bird – młody amerykański filmowiec specjalizujący się w… animacjach. Już sama decyzja studia o obsadzeniu krzesła reżyserskiego mogła dać nam przeświadczenie o tym, w jakim kierunku popchnięty zostanie Ghost Protocol. Miał być fun i… widownia zdaje się nie narzekać na to, co otrzymała. Legendy głoszą, że jest to najlepsza część serii i na pewnych płaszczyznach zazębia się to z prawdą. Film z Tmem Cruisem w roli głównej rzuca wyzwanie najnowszym Bondom, a jednocześnie proponuje niezobowiązującą przygodę. I pomimo uciekania się do hochsztaplerskich kinematograficznych sztuczek, Birdowi ostatecznie udało się związać koniec z końcem i zaserwował nam dobre kino szpiegowskie, a zarazem rozrywkę pisaną przez duże R. Cytując zatem jednego z najsłynniejszych polsko-litewskich sportowców przebywających na emigracji:

Nie ma lipy!



Aż chciałoby się użyć podobnych słów w stosunku do muzyki Michaela Giacchino, któremu po raz drugi przypadło w udziale pracować nad serią Mission: Impossible. Początek filmu wywołuje wręcz euforię, a kultowa czołówka ze świetnym aranżem tematu Lalo Shifrina, przekonuje nas święcie, że oto po raz pierwszy od dłuższego czasu mamy genialną wręcz ilustrację filmu szpiegowskiego. Długo nie będziemy musieli czekać, aby otrzymać solidnego kopniaka w ten nasz rozentuzjazmowany tyłek. Hiperdramatyzm sytuacji, w której Ethan Hunt przemierza sobie spacerkiem korytarze Kremla, a w tle przewija się mocny „radziecko-brzmiacy” athem, osłabił moje chęci do dalszego nucenia pod nosem gloria in excelsis Mission: Impossible 4. Tym bardziej, że na przestrzeni całej partytury znajdziemy jeszcze kilka podobnych „failów” – ot na przykład początkową scenę burżujskiej imprezy w Bombaju, gdzie tańce roznegliżowanych panienek rozwlekano w nieskończoność, a dokładnie do momentu, kiedy Giacchino niespiesznie kończył swoją frazę tematyczną. Pomijając i te wtopy na linii montażowej, Ghost Protocol Michaela Giacchino radzi sobie z filmem całkiem dobrze, znacznie chyba lepiej niż oprawa do części trzeciej. Bez wątpienia ma na to wpływ bardziej szpiegowski (niekiedy suspensowy) wymiar nowej ścieżki dźwiękowej, większy koloryt brzmień i stylów po jakie sięga tutaj kompozytor, a nade wszystko jeszcze lepsza praca w zakresie operowania tematyką.

I nie chodzi bynajmniej o fakt, że Giacchino wspina się tutaj na wyżyny geniuszu i oryginalności. Jeżeli bowiem pod tym względem rozpatrzymy Ghost Protocol… Cóż, okaże się, że twórcy tego „original motion compiled score” należałoby się solidne manto za lenistwo. Czemu? Ano temu, że gdyby odjąć te wszystkie nawiązania do kultowego już motywu Shifrina i tematów z poprzedniej części Mission: Impossible, kompozycja do Ghost Protocol mogłaby ze wstydem przycupnąć u progu drzwi braku oryginalności i zaintonować słynną religijną pieśń „Oto stoję u drzwi i kołaczę”. Nie otrzymujemy praktycznie żadnego nowego motywu odnoszącego się do bohaterów filmowych, a muzyczna akcja bazuje na systematycznie powtarzanych frazach. Jedynym przejawem melodyjnej kreatywności Giacchino są charakterystyczne antrakty między scenami. Antrakty sięgające najczęściej do wyobrażeń kulturowych miejsc, gdzie toczy się obecnie akcja – Moskwy, Dubaju, czy też Bombaju. W połączeniu z obrazem tworzy to rzecz jasna bardzo przyjemny audiowizualny kolaż, ale na płycie… Daje nam odetchnąć od nie zawsze absorbującej uwagę, ilustracji.

O wyjątkowo luźnym podejściu kompozytora do swojego zadania świadczą chociażby tytuły utworów zawartych na krążku Varese. Giacchino nie stroni od ironii, tak pod względem tytulatury, jak i merytorycznej zawartości niektórych tracków. Żywym tego przykładem jest wspomniany wyżej fragment z rosyjską fanfarą, która na płycie, rzecz dziwna, sprawuje się wręcz genialnie! Oprócz imperialistycznych, arabskich i hinduskich brzmień, kompozytor serwuje nam przede wszystkim wspaniały pastisz soundtracków z kina szpiegowskiego. Dominuje tu więc jazzująca sekcja dęta, której wiernie towarzyszą różnego rodzaju instrumenty perkusyjne oraz gitary. Oczywiście nie mogło zabraknąć klasycznych smyczek, które w przypadku action score Giacchino, dyktują tempo i pełnią rolę przeciwwagi do ciężkich i głośnych dęciaków. Pomimo wybitnie przygodowego charakteru partytury do Ghost Protocol, kompozytor miał sposobność wyprowadzić kilka lirycznych melodii, melodii nie robiących co prawda szału, ale skutecznie rozładowujących kumulowane przez sporą część albumu, napięcie. Interesującym przykładem jest zatem końcówka płyty, gdzie amerykański kompozytor w pięciominutowym utworze udowadnia nam, że gruntownie zapoznał się z lekturą „How to underscore a happy endings”.

Ok, plastikową lirykę jestem jeszcze w stanie przetrawić. Nie należę jednak do zwolenników suspensu i underscore’u w wykonaniu Michaela Giacchino, a w szczególności zabiegów mających na celu budowanie napięcia w Mission: Impossible. Owszem, underscore i suspens doskonale spełniają swoją rolę w filmie, ale poza nim jest tylko godne pożałowania plumkanie. Inaczej mają się sprawy z muzyką akcji. Nie od dziś wiadomo, że partytury Giacchino nie stronią od perfekcyjnego aranżu. Umiejętność budowania skomplikowanych i frapujących faktur muzycznych, to domena ekipy pracującej z Amerykaninem. Otwierająca film sekwencja pościgu w Budapeszcie, efektowna scena uganiania się za Hendricksem podczas burzy piaskowej, czy zamykająca akcję potyczka na wielopoziomowym parkingu… znajdziemy tu wszystko, co w porządnym action score winno zaistnieć. I choć czasami mamy już serdecznie dosyć tego ciągłego dudnienia, Ghost Protocol prezentuje się zdecydowanie lepiej pod tym względem, aniżeli przebrzmiały Mission: Impossible 3. Szkoda tylko, że nie zadbano o inne aspekty strony technicznej ścieżki dźwiękowej.

Wiele razy wyrażałem już swoją opinię na temat miksu i masteringu prac Giacchino, że brzmią one sucho i skrajnie analogowo, jakby realizator dźwięku przyłożył linijkę do konsolety i zrównał wszystko do jednego poziomu, a finalny już miks poddany procesom masteringowym, pozbawiono „przestrzeni” (wtyczki programowe i hardware musiały ziewać z nudów). Nic się pod tym względem nie zmieniło od Mission: Impossible 3 i nic nie wskazuje na to, aby miało się coś zmienić w najbliższym czasie. Ponoć to jedna z unikalnych cech ścieżek dźwiękowych Giacchino. Cech, które mają tyle samo swoich zwolenników, co i przeciwników.

Abstrahując jednak od walorów technicznych tej ścieżki, muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ona swoją śmiałością. W przeciwieństwie do sztywnego, jak kij od mopa Mission: Impossible 3, najnowsze dzieło z tej serii wychodzi przede wszystkim z kolorową stylistyką oraz wspaniałymi aranżami ogranych już nieco tematów. Szkoda tylko, że Michael Giacchino ograniczył się właściwie tylko do tych kuglarskich zabiegów. Choć film nie może narzekać na brak solidnie sprawującej się muzyki tła (tylko czasami wybijającej się na wyżyny swojego jestestwa), to słuchacz mierzący się z albumem Varese niejednokrotnie doświadczy znużenia nadmiarem niepotrzebnych treści. 76 minut materiału, to stanowczo za dużo nawet dla tak cierpliwego słuchacza, jak ja.

I tyle.

P.S.: Pisząc muzykę do M:I 4, Michael Giacchino stworzył również nową wersję fanfary dla studia Paramount na 100-tną rocznicę jego powstania.



Inne recenzje z serii:

  • Mission: Impossible
  • Mission: Impossible – Expanded Edition
  • Mission: Impossible II
  • Mission: Impossible III
  • Mission: Impossible – Rogue Nation
  • Mission: Impossible – Fallout
  • Najnowsze recenzje

    Komentarze