Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Philip Glass

Kundun (Kundun.Życie Dalaj Lamy)

(1998)
5,0
Oceń tytuł:
Tomek Rokita | 29-04-2007 r.

Wielki amerykański reżyser Martin Scorsese widział tylko jednego człowieka na kompozytorskim „stołku”, przygotowując się do realizacji biografii obecnego Dalaj Lamy, duchowego przywódcy Tybetu. Tą osobą jest jeden z najwybitniejszych kompozytorów ubiegłego stulecia, Philip Glass, który zawsze znajdował czas na napisanie muzyki na potrzeby kina, odstawiając na bok swą klasyczną twórczość. A wybór ten był podyktowany dość znaczącym powodem – Glass jest buddystą. Chyba nic nie mogłoby go tak zainspirować jak historia opowiedziana w „Kundun.Życie Dalaj Lamy” (polski tytuł obrazu).

Kompozycja do „Kundun” (tak też nazywany jest Dalaj Lama) to potęga instrumentarium, rytmu i budowania nastroju. Każdy, kto więcej niż choć raz zetknął się z muzyką Philipa Glassa musi stwierdzić, że twórcę tego cechuje wręcz hipnotyczna powtarzalność. Ba, nawet biorąc pod uwagę tylko jego muzykę filmową nasuwa się wniosek, że jego kompozycje są do siebie bliźniaczo podobne, jeżeli nie identyczne. Nie dalekim od prawdy byłoby stwierdzenie, że wysłuchując jednej pracy Glassa pozna się w zasadzie cały jego styl. Wiele w tym prawdy, ale również nie jest to tak oczywiste. Podobnie jak w „Koyaanisqatsi”, prawie cała muzyka jest utrzymana w hipnotycznym, pulsującym rytmie. Każdy utwór praktycznie jest inny od drugiego, choć dokładniej rzecz biorąc, jeżeli chodzi o tematyczne podłoże, są to raczej te same, oparte na dwóch, trzech nutach motywy rozwijane w nieskończoność (o ile pozwoli na to dłuższy czas ścieżki…). Jak to się mówi „diabeł tkwi w szczegółach” – tutaj tym szczegółem są właśnie niesamowite, zróżnicowane instrumentacje.

Wydaje się, że muzyka „Kundun” jest napisana z matematyczną dokładnością według tej samej formuły a kompozytor zmienia do każdego z utworów tylko kombinację instrumentów. Jeżeli chodzi o wyżej wspomniane tematyczne podłoże, to istnieje tutaj kilka bardzo króciutkich mikro-tematów, na których Glass buduje swoje utwory a z bardziej znaczących rozwinięć należy wspomnieć o pięknym, emocjonalnym temacie min. budującym wspaniały klimat w Chinese Invade. Dobrze, powtórzę się: Glass ubiera swoją muzykę w naprawdę wspaniałe instrumentacje. Prym wiodą etniczne instrumenty odwołujące się do miejsca akcji filmu, czyli potężne tybetańskie rogi, instrumenty drewniane z wywołującym niezwyłe wrażenie swym wirtuozerskim stylem Fish czy przeróżne instrumenty perkusyjne, dzwonki itp. Kilka warstw dyrygowanej przez stałego współpracownika Glassa, Michaela Riesmana orkiestry łączy się w jedno, często prowadząc różne melodie i to w różnym rytmie – słucha się tego doskonale i z fascynacją. Nagminnie melodia przechodzi z instrumentu na instrument, pewne sekcje orkiestry są na chwilę „wyłączane” by za kilka chwil powrócić, a wszystko w typowym dla twórcy, hipnotycznym stylu. Hmmm, wybaczcie powtarzalność słowa „hipnotyczny”, ale inaczej z muzyką Philipa Glassa „się nie da”. Raczej nie znajdziemy tu typowych solówek, gdy jeden z instrumentów zdecydowanie wychodzi przed orkiestrę (czasami zdąży się to np. trąbce).

Twórca skorzystał podobnie jak John Williams w „Siedmiu latach w Tybecie” z usług wokalnych mnichów Gyuto, którzy również odpowiednio ubarwiają muzykę etnicznym folklorem. Utwory mają raczej kontemplacyjno-emocjonalny charakter, świetnie w filmie oddając jego filozoficzno-religijne aspekty. Na uwagę zdecydowanie zasługuje finałowy, niemal marszowy, 10-cio minutowy utwór Escape to India wykorzystujący w emocjonalnych porywach wszystkie najważniejsze składniki i motywy muzyki z „Kundun” oraz po raz pierwszy i ostatni fenomenalny chór rodem z „Koyaanisqatsi”, budując świetne podsumowanie całej ścieżki.

Analizując „Kundun” nie można uciec od porównań z „Siedmioma latami w Tybecie”, również z tego samego roku. Cóż, są to kompozycja raczej bardzo różniące się, tak jak różnią się bardzo style Johna Williamsa i Philipa Glassa. Punktem wspólnym jest na pewno wykorzystanie etnicznego instrumentarium i wokali, które jednak o wiele silniej wpływają na całą strukturę ścieżki dźwiękowej u Glassa, a u Williamsa będąc tylko ciekawym, egzotycznym wyróżnikiem. Nieco lepiej funkcjonuje muzyka Glassa z obrazami filmu – muzykę Williamsa można w odróżnieniu z powodzeniem słuchać bez wyraźnego powinowactwa z filmem. Chyba lepiej również, aby poznać jej istotę potrzebna jest znajomość filmu i kilkakrotne przesłuchanie, gdyż jednak godzina odsłuchu jak na pierwszy raz to może być dla potencjalnego słuchacza za dużo. W tym kontekście raczej zasłużone są dla Glassa nominacje do Oscara i Złotego Globu. Muzyka Philipa Glassa jest tak unikalna, że chyba kwestią pojedynczego gustu pozostanie czy będzie się „Kundun” tak jak i inne jego pozycje podobać. Jest to ponownie muzyka w momentach wybitnie minimalistyczna, jednak jej siłą (i Glassa) jest to, że zawsze w gdzieś w jej podkładach leży to emocjonalne podłoże, które trzeba po prostu samemu odkryć. Nie powiem nic nowego, że dla słuchaczy obytych z Glassem ta ścieżka dźwiękowa może nie oferować nic nowego, poza to co już usłyszeli u tego kompozytora. Na przykład słysząc wcześniej „Koyaanisqatsi” przysiągłbym, że tutaj słyszę sekwencje wprost wyjęte z tamtej kompozycji. Jak widać zjawisko „samoistego plagiatowania się” nie jest czymś nie praktykowanym wśród kompozytorów stricte nie filmowych. Czasami krótki czas utworów nie pozwala muzyce się rozwinąć i po porostu zatrzymuje się ona w miejscu – to jeden z minusów. Niewątpliwie jej wyróżnikiem są owe wspaniałe, etniczne instrumentacje i chyba bardziej złożone niż zwykle orkiestracje. Muzyka została nagrana w The Looking Glass Studios w Nowym Jorku z udziałem współpracujących z Glassem instrumentalistów i była również z tego co mi wiadomo wystawiana w formie koncertowej. Nie jest to może dzieło przełomowe, ale naprawdę warto posłuchać (szczególnie dla ostatniego utworu). Płyta jest umieszczona w stylowej tekturce.

Najnowsze recenzje

Komentarze