Animatroniczne zwierzęta z horroru powracają, a wraz z nimi muzyka duetu The Newton Brothers. Powracają też te same zalety i wady związane z gatunkiem oraz specyficzną konwencją tej serii.
To było w sumie do przewidzenia. Po komercyjnym sukcesie pierwszej części Five Nights at Freddy’s (polski tytuł Pięć koszmarnych nocy ) po dwóch latach doczekaliśmy się kontynuacji. W pewnym sensie filmy ze świata FNAF (tak fani skracają ten tytuł) stają się odzwierciedleniem gier, które również doczekały się wielu sequeli. Podobnie jak pierwowzory, są one miażdżone przez krytyków, co jednak w ogóle nie wpływa na ich popularność. Twórcy są tego świadomi i doskonale wiedzą, do kogo skierowany jest ten produkt. Dlatego też znajdziemy w nim jeszcze więcej odniesień do gier, czy wręcz bardzo oczywisty fanservice. Choć krytycy znów będą kręcić nosami, wierni fani poczują się udobruchani, widząc znajome animatroniki w akcji, oraz słysząc dziecięcy chór z elektronicznym beatem.
Podobną satysfakcję sprawi im powrót ścieżki dźwiękowej autorstwa The Newton Brothers. Muzycznie Five Nights at Freddy’s 2 to przykład sequelu, który hołduje zasadzie: skoro coś zadziałało wcześniej, nie należy tego za bardzo zmieniać.

