The Newton Brothers

Five Nights at Freddy’s 2 (Pięć koszmarnych nocy 2)

(2025)
Five Nights at Freddy’s 2 (Pięć koszmarnych nocy 2) - okładka
Maciej Wawrzyniec Olech | 31-03-2026 r.

Animatroniczne zwierzęta z horroru powracają, a wraz z nimi muzyka duetu The Newton Brothers. Powracają też te same zalety i wady związane z gatunkiem oraz specyficzną konwencją tej serii.

To było w sumie do przewidzenia. Po komercyjnym sukcesie pierwszej części Five Nights at Freddy’s (polski tytuł Pięć koszmarnych nocy ) po dwóch latach doczekaliśmy się kontynuacji. W pewnym sensie filmy ze świata FNAF (tak fani skracają ten tytuł) stają się odzwierciedleniem gier, które również doczekały się wielu sequeli. Podobnie jak pierwowzory, są one miażdżone przez krytyków, co jednak w ogóle nie wpływa na ich popularność. Twórcy są tego świadomi i doskonale wiedzą, do kogo skierowany jest ten produkt. Dlatego też znajdziemy w nim jeszcze więcej odniesień do gier, czy wręcz bardzo oczywisty fanservice. Choć krytycy znów będą kręcić nosami, wierni fani poczują się udobruchani, widząc znajome animatroniki w akcji, oraz słysząc dziecięcy chór z elektronicznym beatem.

Podobną satysfakcję sprawi im powrót ścieżki dźwiękowej autorstwa The Newton Brothers. Muzycznie Five Nights at Freddy’s 2 to przykład sequelu, który hołduje zasadzie: skoro coś zadziałało wcześniej, nie należy tego za bardzo zmieniać.

Już pierwszy kontakt z wydanym przez Back Lot Music albumem (ponad 40 minut muzyki rozpisanej na krótkie, funkcjonalne utwory) sugeruje, że mamy do czynienia z rozwinięciem, a nie reinterpretacją. To w gruncie rzeczy ta sama estetyka co w „jedynce”, gdzie największą siłą partytury pozostaje temat główny. Już w pierwszym filmie był on elementem wynoszącym muzykę ponad gatunkową przeciętność i tutaj sytuacja się powtarza. Ponownie otrzymujemy ten chwytliwy motyw, idealnie łączący retro-elektronikę z niepokojącym dziecięcym chórem, co świetnie oddaje charakter serii. Szkoda tylko, że The Newton Brothers, mając tak udany temat w rękach, nie „bawią się” nim bardziej – nie usłyszymy tu żadnych rewolucyjnych aranżacji, tylko lekkie zmiany. Kompozytorzy trzymają się bezpiecznej ścieżki, co pozostawia pewien niedosyt, bo pole do popisu było dość duże.

Poza solidnym motywem przewodnim drugim filarem tej ścieżki są wyraźne nawiązania do estetyki lat 80. Elektronika, syntezatory i proste rytmiczne pulsacje wpisują się zarówno w realia fabularne, jak i ogólną modę na retro-horror. Autorzy nie próbują jednak tworzyć ścieżki w duchu Johna Carpentera czy typowej synthwave’owej nostalgii. Ich elektronika jest raczej użytkowa – ma oddać klimat epoki, z której pochodzą mordercze maskotki. Chociaż takie utwory 1982 Shoe Goo, czy Science Fair naprawdę mogą się podobać i przenoszą nas swoim retro stylem, do lat 80. – ale tylko na 1 minutę. I wszystkie te momenty, kiedy kompozytorzy znani jako The Newton Brothers odpalają retro-elektroniczne brzmienie, są najlepszymi w obrazie, jak i na albumie.

Muzycznie Five Nights at Freddy’s 2 to przykład sequelu, który hołduje zasadzie: skoro coś zadziałało wcześniej, nie należy tego za bardzo zmieniać.

Warto jednak zaznaczyć, że spora część materiału to typowe horrorowe rzemiosło. Krótkie, ilustracyjne tracki oparte na smyczkowych dysonansach, niskich dronach i nagłych uderzeniach orkiestry funkcjonują dokładnie tak, jak powinny: budują napięcie i przygotowują widza na jump scare’y. Mamy też trochę ambientowych momentów i nasza ścieżka do horroru jest gotowa! Problem w tym, że poza filmem te wszystkie zabiegi tracą niemal całkowicie swoją siłę rażenia.

To zresztą największa bolączka tej ścieżki – jej czysta funkcjonalność. The Newton Brothers są sprawnymi rzemieślnikami, którzy rozumieją mechanikę współczesnego horroru, ale rzadko wychodzą poza jej schematy. Tam, gdzie pojawia się miejsce na rozwinięcie tematów czy bardziej wyrazistą narrację, wybierają bezpieczne rozwiązania. W efekcie soundtrack działa dobrze w filmie, ale jako samodzielne doświadczenie pozostaje nierówny i momentami nużący.

Większość zarzutów wobec tej ścieżki dźwiękowej można by skopiować z recenzji pierwszej części. Ostatecznie mamy do czynienia z kontynuacją w prostej postaci: to solidny score do horroru, ale pozbawiony ambicji redefiniowania stylu. Chociaż samo brzmienie wydaje się bardziej doszlifowane i dopracowane, to jednak dalej należy mówić o „muzycznym liftingu” niż wielkich zmianach. Ale dla fanów FNAF, będzie to udany powrót do znajomych brzmień, choć też prawdopodobnie z pewnym poczuciem „powtórki z rozrywki”. Biorąc pod uwagę otwarte zakończenie, można się zastanawiać, czy przy ewentualnej trzeciej części The Newton Brothers ponownie wybiorą tak zachowawcze podejście. O ile bowiem filmowe uniwersum FNAF próbuje się rozszerzać, o tyle muzyka zamyka się w sprawdzonym, ale funkcjonalnym schemacie. Pod koniec i tak najważniejsze jest, aby powrócił muzyczny temat tej serii ze śpiewającym dziecięcym chórkiem. I tutaj można być pewnym, że on powróci, albowiem on zawsze powraca!

Najnowsze recenzje

Komentarze

Jeżeli masz problem z załadowaniem się komentarzy spróbuj wyłączyć adblocka lub wyłączyć zaawansowaną ochronę prywatności.