Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Patrick Doyle

Brave (Merida Waleczna)

(2012)
-,-
Oceń tytuł:
Marek Łach | 23-08-2012 r.

Jak wiadomo, każdy szanujący się pierwszoligowy kompozytor potrafi w satysfakcjonujący – przynajmniej dla laika – sposób imitować obce style muzyczne, co z reguły wystarcza na potrzeby komercyjnej kinematografii. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że w razie potrzeby każdy z dotychczasowych współpracowników Pixara byłby zdolny zaadaptować szkocko-celtyckie brzmienie na potrzeby Meridy walecznej, w rezultacie czego studio nie musiałoby sięgać po usługi nowego kompozytora. Na szczęście zdarzają się jeszcze wybory inspirujące – nawet jeśli na swój sposób oczywiste. Nie ma zapewne bardziej szkockiego kompozytora we współczesnej muzyce filmowej aniżeli Patrick Doyle i nie ma też kompozytora, dla którego projekt pokroju Brave znaczyłby więcej z uwagi na kontekst narodowościowy.

W dzisiejszym kinie kompozytor stał się jednym z trybików machiny marketingowej, przez co trudno oddzielić obecne w wywiadach zabiegi promocyjne od szczerych wyznań – wydaje się jednak, że Doyle, w licznych wypowiedziach udzielonych na okoliczność swojego udziału w powyższym przedsięwzięciu, brzmiał autentycznie, wskazując jak wiele praca przy Meridzie dla niego znaczy i jak w projekcie tego typu może wyrazić własne fascynacje, entuzjazm i dumę z bycia częścią szkockiej kultury. Wiadomo skądinąd, iż do przedsięwzięcia kompozytor podszedł z pełnym zaangażowaniem, poświęcacając czas na studiowanie swojego narodowego folkloru – w efekcie śliczna kołysanka Noble Maiden Fair wywodzi się w prostej linii od tradycyjnych pieśni szkockich tkaczek, które wypełniały sobie nimi czas poświęcony na pracę przy tkaninach. Temat ten (również w uroczej interpretacji Emmy Thompson i Peigi Baker) nadaje fragmentom Meridy autentyzmu, jakiego zwykły hollywoodzki rzemieślnik nie umiałby chyba wykrzesać.


Narodowe korzenie Doyle’a, spora ilość tradycyjnych instrumentów (m.in. Irlandzkie dudy, celtyckie flety i bębny), stylizacja na folkowe tańce (jeden z głównych tematów ukształtowany jest w formie jigu) nie wystarczają jednak, by można było muzykę do Brave całościowo postawić ponad innymi, pokrewnymi brzmienowo scorami. Nie jest to do końca wina kompozytora, bowiem Hollywood wyeksploatował celtyckie i szkockie brzmienia już dawno temu i nic dziwnego, że w tym zakresie Meridzie brakuje świeżości. Słabością muzyki Doyle’a jest jednak nadmiernie konserwatywne i zachowawcze podejście do stylizacji, co widać w szczególności, gdy zestawi się Brave z pokrewnym w pewien sposób How to Train Your Dragon. O ile bowiem Powell celtyckie wtręty przefiltrował przez swój muzyczny język i osiągnął w ten sposób nową jakość, definiującą w jakimś stopniu pojęcie nowoczesnej przygodówki, o tyle Doyle nie potrafił tego zrobić z uwagi na swój tradycjonalistyczny styl. Mógł to być po części świadomy wybór kompozytora i twórców filmu, opowiadających bardzo klasyczną w konstrukcji baśń, niemniej na tle orzeźwiającego osiągnięcia Powella, Brave wydaje się być spóźniona o jedną muzyczną epokę.

Kto jednak świadom był, iż szkocki folklor prawie zawsze wiąże się z tradycjonalizmem (bo czymże innym były Braveheart lub Rob Roy), ten z Meridy czerpać może sporo satysfakcji. Okazała jest tu szczególnie warstwa tematyczna, która nie charakteryzuje się może operowym rozmachem i bogactwem spod szyldu Johna Williamsa, ale posiada dość charyzmy, by „pociągnąć” opowieść w kluczowych momentach. Doyle z dużym zresztą kunsztem posługuje się poszczególnymi tematami, czego przykładem jest wspomniana Noble Maiden Fair – ilustrująca więź matki z córką, eteryczna, dziewczęca kołysanka, która w Get the Key staje się kanwą dla ekscytującej sekwencji akcji. Duża plastyczność charakteryzuje też komediowy jig reprezentujący ojca głównej bohaterki, choć w ekstremalnie poszatkowanym Through the Castle plastyczność ta wystawia cierpliwość słuchacza na ciężką próbę. Ogólnie środek albumu kuleje, gubi kontakt ze słuchaczem, co wynika tak z niezbyt udanych, przeciągniętych wątków filmu, jak i z mało absorbującego underscore Doyle’a. Na jego tle pierwszy i ostatni instrumentalny kwadrans płyty prezentuje się jednak na tyle dobrze, że Merida gwarantuje mocne kilkadziesiąt minut nieskrępowanej zabawy.

Szkoda oczywiście, iż Doyle tak mało uwagi poświęca mistycznemu klimatowi opowieści – pierwsza minuta Fate and Destiny (z lekkim mrugnięciem oka w stronę miłośników Jamesa Hornera) zdaje się zapowiadać ilustrację przesyconą dusznym, magicznym klimatem celtyckiego boru; to jednak finalnie nie następuje, a elementy magiczne opowieści kompozytor zaznacza w sposób raczej anemiczny (Merida Rides Away), ewentualnie komediowy (The Witch’s Cottage). Jak zwykle zatem w przypadku pixarowskich ścieżek, punkt ciężkości położony zostaje na wątki przez słuchacza nie do końca nieoczekiwane – w tym przypadku na relację Meridy ze swoją matką. Kołysanka, choć niezwykłej urody, jest jednak głównie stylizacją, nie dodaje wspomnianej relacji nowego wymiaru, jak czynił to Newman w Finding Nemo czy Giacchino w Up, i nie rekompensuje słabostek scenariusza. Ilustracyjnej dojrzałości należy bardziej doszukiwać się w muzyce dramatycznej, bowiem sekwencje akcji z finału filmu z powodzeniem mogłyby znaleźć się w aktorskiej przygodówce. Trudno jednak tę cechę uznać za coś oryginalnego, bowiem ścieżki do filmów animowanych już w przeszłości zacierały granicę między kinem dla najmłodszych a kinem dla dorosłych, a Doyle’owi brakuje trochę jednak wyrafinowania, jakim bronił się zeszłoroczny Tintin Johna Williamsa.

Brave o tyle wpisuje się w dotychczasowe dokonania studia z Emeryville, że podobnie jak ostatnie ścieżki pixarowskich kompozytorów, miesza finezję z rzemiosłem – w konsekwencji po raz kolejny otrzymujemy score, który oczekiwania spełnia tylko połowicznie. Merida bezbłędnie radzi sobie w połączeniu z obrazem, niemniej w żadnej scenie nie sposób doświadczyć wrażenia czegoś unikalnego, błyskotliwego, przełamującego schemat. Podobnie ograne, acz przyjemne, są niezbyt zainspirowane, trochę wysilone piosenki. Efektem jest rozrywka na poziomie, ale eksplorująca ledwie ułamek materiału wyjściowego. Nie-pixarowska, ale i pixarowska zarazem, skoro regres artystyczny studia staje się powoli faktem…

Najnowsze recenzje

Komentarze