Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Loading
Danny Elfman

Alice in Wonderland (Alicja w Krainie Czarów)

(2010)
-,-
Oceń tytuł:
Marek Łach | 21-03-2010 r.

Trudno może w to uwierzyć, ale Danny Elfman – kompozytor i Tim Burton – reżyser ostatni raz współpracowali ze sobą przed pięcioma laty. W tym długim okresie czasu autor ścieżki do Batmana przeszedł jedną z najbardziej radykalnych w swojej karierze przemian muzycznego stylu, począwszy od znakomitej Serenady Schizophrany. Nowe brzmienie zdołał zaadaptować nie tylko do swojej pracy koncertowej – postawił na nie w kinie SF (Wanted, Terminator: Salvation), dokumentalnym (Standard Operating Procedure), dramatycznym (Milk), a w mniejszym stopniu również w fantasy (Hellboy 2, The Wolfman). Jak po pięcioletniej przerwie Elfman czuje się w groteskowym świecie wyobraźni Burtona?

Czuje się chyba znudzony. Ostatni raz tak mało zainspirowanego burtonowoskimi wizjami Elfmana słyszałem chyba przy okazji Mars Attacks!, czyli niemal 15 lat temu. Zaskakuje to o tyle, że Alicja w Krainie Czarów jest – przynajmniej w teorii, bo praktyka pokazuje co innego – dla artysty zajmującego się sztuką audiowizualną materiałem wręcz wymarzonym: barwnym, bogatym w ukryte znaczenia, wypełnionym po brzegi magią, cudownością i unikalnymi postaciami. Elfman natomiast nie sygnalizuje żadnego z tych elementów w należyty sposób – metaforyki kompletnie brak (choć to chyba wina słabiutkiego filmu), jeden zaś rozbudowany koncept muzyczny na potrzeby całej czarodziejskiej krainy to trochę za mało…


Przyznam szczerze, że z perspektywy recenzenta pomysł oparcia ścieżki na bazie jednego tematu przewodniego brzmi mimo wszystko intrygująco, z kilku powodów. Po pierwsze jest to dla kompozytora spore wyzwanie – pojedynczy temat ma sens tylko wtedy, gdy autor ma pomysł na jego rozwinięcie na przestrzeni filmu. Paradoksalnie więc tak uboga na pierwszy rzut oka koncepcja wymaga bogatej wyobraźni muzycznej i ilustracyjnej, będącej niestety w deficycie pośród młodych kompozytorów XXI wieku (z chlubnymi wyjątkami oczywiście, jak w przypadku Michaela Giacchino). Po drugie, w przypadku takiego projektu, jak Alicja sam pomysł ograniczenia się do jednego silnego tematu brzmi odważnie i niekonwencjonalnie. Po trzecie wreszcie – przejdę już do sedna – temat Elfmana jest po prostu znakomity.


Co z tego jednak, skoro film konsekwentnie marnuje jego potencjał? Można oczywiście bronić twórców, zauważając że w swojej ostatecznej, wokalnej formie temat powstał dosłownie za pięć dwunasta („Jestem spóźniony!”) i zapewne trudno było go wcisnąć do gotowego praktycznie obrazu – ale w takim razie pierwotna wizja ilustracji musiała być jeszcze uboższa. Inteligentna produkcja albumu, który dzięki regularnym powtórkom tematu głównego gwarantuje bardzo sprawny i spójny odsłuch, tylko podkreśla słabość filmu w tej kwestii. Bo co z tego, że Elfman kilkukrotnie doskonale aranżuje temat na potrzeby scen akcji (co dowodzi, ile przy pomocy jednej melodii może dokonać zdolny kompozytor), co z tego, że oba tematy drugoplanowe bazują na tej samej konstrukcji (Proposal wykazuje nadto dziwne podobieństwa do stylu Howarda Shore – co najzabawniejsze, druga część utworu, Down the Hole, również brzmi jak gdyby ktoś styl Kanadyjczyka przefiltrował przez wygibasy muzyczne Elfmana – czyżby temp-track?), co z tego, że temat zaznacza swoją obecność w trakcie seansu, skoro tak naprawdę filmowi brakuje jednej porządnej koncertówki z Alice’s Theme w roli głównej (pojawia się dopiero w napisach końcowych; na minus trzeba zaliczyć brak jakichkolwiek Main Titles). Jeśli większość ilustracyjnego tła kompozytor postanowił rozegrać przy pomocy faktury, a nie konkretnej tematyki, to tym bardziej należało dla kontrastu pokusić się o lepsze, bardziej przebojowe wykorzystanie Alice’s Theme. Kto by jeszcze niedawno pomyślał, że Kraina Czarów Carrolla utonie w hollywoodzkiej tapecie, mało wyszukanej, kiepsko ukierunkowanej.

Jak już jednak wspomniałem, płyta robi znacznie lepsze wrażenie. Co prawda również odczuwalne jest ubóstwo drugiego planu, niemniej o wiele konsekwentniej i silniej podkreślone jest znaczenie tematu przewodniego dla całej opowieści. Koncertowa wersja Alice’s Theme ma zadatki na elfmanowski klasyk i stanowi arcyciekawy przykład połączenia modernistycznego stylu Serenady… (nawet w warstwie chóralnej!) z tradycyjnymi chwytami (nawiązania do Black Beauty, jeszcze wyraźniejsze w pobocznym Little Alice). Za walory produkcyjne podwyższam ocenę płyty, Elfman bowiem w ciekawy i inteligentny sposób korzysta z repryz tematu i tym samym nadaje swojej ścieżce indywidualny rys, w filmie niestety rozmywający się pośród ilustratorskiej sztampy.

Na koniec małe zestawienie. W ostatnich miesiącach dwa szumnie reklamowane widowiska 3D, Avatar oraz Alicja właśnie, dawały kompozytorom możliwości tak wielkie, że jedynym ograniczeniem wydawała się być wyobraźnia. Z tego małego pojedynku zwycięsko wychodzi jednak film Camerona. O ile bowiem temat Elfmana jest (w wersji płytowej naturalnie) po prostu lepszy i bardziej pomysłowy, to wizja Hornera, mimo swoich niedoskonałości, ma bardziej kompletny, barwniejszy charakter – i więcej wnosi do obrazu. Elfman stworzył produkt, będący bladym odbiciem dawnych, ekscentrycznych, groteskowych i niewygodnych ilustracji – stworzył produkt masowy. Horner uczynił podobnie – ale użył szerszej palety kolorów. Pamiętał bowiem o podstawowej zasadzie: Krainie Czarów po prostu nie do twarzy w szarościach.

W imieniu redakcji zachęcam również do wzięcia udziału w konkursie, w którym do wygrania są egzemplarze promocyjne ścieżki dźwiękowej do Alicji

Najnowsze recenzje

Komentarze