Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Loading
Abel Korzeniowski

A Single Man (Samotny mężczyzna)

(2009/2010)
-,-
Oceń tytuł:
Łukasz Wudarski | 30-05-2010 r.

Gdy Abel Korzeniowski wyjechał do USA wielu wieściło mu szybką i zawrotną karierę. Niestety w Hollywood jeśli nie ma się kontaktów, poparcia i łutu szczęścia, to nawet będąc niezwykle utalentowanym można klepać biedę. Fabryka snów potrafi złamać najtwardszych, którzy po nieudanym epizodzie amerykańskim wracają z podkulonym ogonem do kraju, gdzie wciąż śnią o wielkiej sławie. Na całe szczęście Korzeniowski jest przykładem, że ciężka praca, upór i konsekwencja przynosi nagrodę. Nasz rodak wszystko zawdzięcza tylko swoim umiejętnościom, no i może troszkę szczęściu. Od kilku bowiem lat mozolnie wyrabiał sobie nazwisko pisząc partytury do filmów, zaczynając od tych z najniższej półki i stopniowo chwytając coraz ciekawsze projekty. Gdy w wyniku problemów logistycznych Shigeru Umebayashi musiał zrezygnować z pracy nad filmem Samotny Mężczyzna, Abel dostał wielką szansę, którą w pełni wykorzystał.

A Single Man to bez dwóch zdań ciekawie nakręcony, pełen symboliki i ukrytych znaczeń film. Mamy tu świetne zdjęcia (w których Eduard Grau stosując różnego rodzaju filtry tworzy panoramę emocjonalną głównego bohatera – za każdym razem gdy George zostaje sam, jego samotność dodatkowo podkreślana jest przez królujące na ekranie kolory sepii), są brawurowe kreacje aktorskie (rewelacyjny, odważnie grający Collin Firth), jest wreszcie muzyka, zupełnie inna od jednowymiarowych rzemieślniczych ilustracji z Hollywood.

To co mnie zachwyciło już po pierwszym przesłuchaniu (jeszcze bez znajomości filmu) to szlachetna elegancja i subtelnie budowany dramat, który nie zbacza na manowce ckliwości. Do tego w tej kompozycji naprawdę czuć masę żywych emocji, których prawdziwe znaczenie ujawnia się dopiero w filmie („Stillness Of The Mind”, „Snow”, „Becoming George”). Co więcej te emocje nie są jakimś plastykowym substytutem, lecz kreują psychologiczne niuanse toczące się między słowami. Za przykład niech posłuży nam scena w której obserwujemy poranek głównego bohatera George’a, człowieka który zmaga się z dojmującą pustką po śmierci swego partnera. Korzeniowski nie melodramatyzuje, lecz podkłada pod ten moment delikatny fortepianowy temacik, który mógłby być pewnie ilustracją każdej codziennej czynności, gdyby nie słyszalny w tle pewien zgrzyt. To imitowany przez orkiestrę tykający zegar. Mamy więc zwyczajny początek dnia w który wkradła się pustka upływającego czasu, czasu dotąd niezauważalnego („szczęśliwi czasu nie liczą”), czasu który teraz, gdy zabrakło Jima stał się nieznośny. Ale Korzeniowski jest w swych kompozycjach wszechstronny. Nie tylko oddaje dramat, ale także mądrze potrafi oddać klimat beztroski i szczęścia. Dzieje się tak choćby w utworze „Swimming”, będącym tłem dla szalonej, zabarwionej sporą dawką erotyki, kąpieli George i jego studenta Kenny’ego, temat w którym silnie zaznaczane nuty fortepianu zdają się przypominać rozbryzgujące krople morskiej wody.

Nie wiem czyja to zasługa czy reżysera Toma Forda, czy Korzeniowskiego, faktem jest jednak, że dawno nie słyszałem w hollywoodzkim dramacie tak ciekawej, tak dobrze i tak inteligentnie wymyślonej ilustracji, pełnej nawiązań, gry z widzem, wreszcie ilustracji, która rozumie ciszę. Bo nie ma chyba lepszego opisania uczuć, jakie doznaje główny bohater gdy dowiaduje się o śmierci ukochanego, niż właśnie milczenie. Ford i Korzeniowski nie idą w patos, lecz kąpią bohatera w strugach deszczu (jedynego słyszalnego dźwięku) i bijącej po uszach ciszy. Nie ma muzyki, nie ma efektów. Jest dramat, po trzykroć donioślejszy niż gdyby w tle słyszalny był choćby najpiękniejszy chóralny lament.

Pisząc o muzyce do filmu A Single Man nie można nie wspomnieć o szeregu nawiązań do Bernarda Herrmanna. Korzeniowski swymi kompozycjami delikatnie inspiruje się dokonaniami etatowego kompozytora Hitchcocka (głównie ze względu na użycie pulsujących instrumentów smyczkowych). To samo czyni Shigeru Umebayashi, którego trzy tematy reżyser postanowił w filmie zostawić. Jednym z nich jest przypominający klimatem filmy Wong Kar Waia „George’s Waltz”. Robi on piorunujące wrażenie wraz z obrazem (chyba nawet większe niż muzyka Korzeniowskiego). Jest to absolutnie mistrzowsko symboliczna pieśń rozpaczy (gdzie Ford kontrastuje pragnącego zemsty Georga, z wyeksponowanymi przez spowolnione zdjęcia kadrami, prezentującymi fałszywe szczęście ludzi mieszkających na przedmieściach), która przykuje uwagę każdego miłośnika piękna. O ile George Waltz” jest oryginalną kompozycją Japończyka, o tyle dwa pozostałe fragmenty są już wariacjami na temat utworów Bernarda Herrmanna. A Variation On Scotty Trails Madeline to zabawa z hitchcockowskim „Vertigo”. Chociaż słowo zabawa zdaje się być nieadekwatne. Utwór ten ma bowiem konkretne znaczenie symboliczne. Pojawia się on w momencie, gdy na ekranie widzimy wizualne nawiązania do filmów Hitchocka (George parkuje pod wielkim plakatem „Psychozy”, a potem wdaje się w dyskusję z kobietą ustylizowaną na Verę Miles , która jak wiadomo była odtwórczynią głównej roli w tym thrillerze mistrza suspensu). Ale poza taką grą z widzem, Ford przerzuca jeszcze jeden symboliczny pomost. Bowiem George jest w pewien sposób podobny do bohatera hitchcockowskiego Vertigo, który wszak również opłakiwał utratę swojej prawdziwej miłości, popadając w obłęd.

Mimo, że muzyka do Samotnego Mężczyzny na soundtracku przypomina bardziej składankę niż dzieło jednego kompozytora (poza kompozycjami Korzeniowskiego, Umebayashiego, herrmannowskimi wariacjami, mamy także fragment opery Alfredo Catalaniego i troszkę hitów z epoki), całość nie gryzie się za bardzo, co z pewnością policzyć należy za plus, chociaż odsłuch jest zdecydowanie lepszy po obejrzeniu filmu.

Długo się zastanawiałem, jaką wystawić ocenę. Gdyby nie film i absolutnie cudowne oddziaływanie tej partytury (jako całości, bowiem rewelacyjnie są tu dobrane nie tylko utwory źródłowe, ale także to co skomponował Umebayashi i oczywiście Korzeniowski) pewnie wstawiłbym solidną czwórkę. Tak jednak postanowiłem nieco naciągnąć ocenę. I nie jest to wcale spowodowane jakimś patriotyzmem, lecz wiarą w to, że ta muzyka jest po prostu dobra. Zbyt dobra, by jej nie wyróżnić.

Najnowsze recenzje

Komentarze