Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Loading

Na czasie – dyskusja o muzyce filmowej, część I

Paweł Stroiński, Tomek Rokita | 21-04-2022 r.

Razem z Pawłem Stroińskim z Filmmusic.pl, z którym odbyłem dziesiątki mniej lub bardziej poważnych dysput i rozmów o muzyce filmowej, wpadliśmy na pomysł cyklicznych dyskusji, w których chcielibyśmy poruszać aktualne wydarzenia, wydawnictwa, trendy i co tylko przyjdzie ciekawego na myśl związanego z filmowym graniem. Jako, że obydwaj zasadniczo nie mamy podobnych gustów, wykazujemy częściej niż rzadziej inne stanowiska a i nie rzadko się spieramy, postanowiliśmy zamieścić nasze dyskusje na łamach publicznych.

Na początek porozmawialiśmy o dwóch bardzo głośnych kompozycjach finiszującego sezonu, obu piór starych hollywoodzkich wyjadaczy, Johna Williamsa i Jamesa Hornera – Munich oraz The New World. Mamy nadzieję, iż ten pomysł przypadnie Wam do gustu, dlatego też prosimy o wszelkie uwagi, a szczególnie te krytyczne.


TR: Na początek muszę powiedzieć, że po paru przesłuchaniach i naprawdę próbach niezauważania auto-plagiatów w The New World, James Horner ponownie niestety znowu zaprzepaścił szansę na naprawdę znaczącą ścieżkę…

PS: Tak, to prawda, chociaż temat jest śliczny.

TR: Mówisz oczywiście tym z Pocahontas and Smith?

PS: Tak. Pocahontas and Smith. Zwłaszcza jednak o piosence Hayley Westenra. Moja ulubiona w jego karierze chyba.

TR: Zgadzam się. Piosenka jest fenomenalna. Najlepsza od czasów All Love Can Be z Pięknego umysłu. Choć All Love Can Be jest bardziej uduchowione, ta jest dość hollywoodzka jednak, ale wykonanie i przede wszystkim zmiany w muzycznym tonie piosenki to Horner w swojej najlepszej formie…

PS: Zwłaszcza po Remember z Troi ta zmiana cieszy. A co było dobrego w tej porażce?

TR: W Troi nie było nic dobrego tak naprawdę… Może ta porażka jakoś zainspirowała, kto wie. Może trochę jeszcze ponarzekajmy na biednego Jamesa, zanim zaczniemy chwalić. Jeżeli chodzi o tematykę, słyszę wszystko od tematu Ludlowów z Legends of the Fall, po Braveheart i Titanica. Nie wspomnę o The Missing, ale to z kolei pochodna poprzednich… Czasami faktycznie zgadzam się z krytykami Hornera, którzy mówią, iż jedyny oryginalny (i to nie do końca) materiał napisał na początku lat 80-ych. Utwór Winter-Battle to bezwstydna kopia Battle of Stirling, tylko jeszcze bardziej przyszumiona syntezatorami. Dość długa końcówka albumu (mimo tragicznego All is Lost) również nie jest in plus, to prawie 30-minut takiej samej, melodramatycznej muzyki Hornera. Byłaby ona dla mnie czymś nowym, ale nie dziś.

PS: Problem z Hornerem polega niestety na tym, że on chyba nigdy nie wymyślił nic nowego tak naprawdę. Zawsze kopiuje albo siebie, albo innych kompozytorów (głównie Szostakowicza i Prokofiewa ostatnio). Co do twoich zarzutów masz oczywiście rację. Winter-Battle to dla mnie jeden z najnudniejszych utworów Hornera w całej karierze.

TR: Dlatego też chyba nie napisze nigdy dzieła koncertowego z prawdziwego zdarzenia, bo publiczność klasyczna poprostu by go zdyskredytowała. Jest doskonałym tapeciarzem hollywoodzkim, Niestety muzyka, którą tworzy jest hermetycznie zamknięta i będzie tylko w stanie zachwycić fanów muzyki filmowej. Jego twórczość nigdy nie będzie w stanie osiągnąć arkan sztuki jak np. pozafilmowa twórczość Williamsa moim zdaniem.

PS: James Horner akurat ma za sobą dwie poza-filmowe prace – Spectral Shimmers (wykonane raz przez bodajże Indianapolis Symphony Orchestra) i coś na iluś-lecie parku narodowego (z lasem w tytule) wykonane przez Cleveland Symphony.

TR: No to moja niewiedza, ale to pierwsze bodajże jeszcze zanim zdecydował się na pracę w filmie.

PS: Tak. Spectrals Shimmers nie zostało przyjęte tak jak chciał, więc przeszedł do filmu. Tak sam Horner mówi. A co z tymi ptakami?

TR: A właśnie mi się
przypomniało że gdzieś o tym czytałem, zgadza się. Zsamplowane odgłosy ptaków, nie możemy o tym nie wspomnieć. To jest właśnie dla mnie magia momentów płyty z The New World. W połączeniu z wygładzonym, smyczkowym tłem (bardzo tonalnym), stale „pukającym” fortepianem i szczególnie z syntezowanym chórem w utworze pierwszym dawać mogłoby nadzieję na pracę właśnie wybitną i nie do zakwalifikowania. Szkoda, że Horner tylko w małej części odszedł od swojego typowego języka, szkoda że nie wykorzystał tej szansy tak jak u Malicka Zimmer. Być może dlatego mimo 8-miesiesięcznej pracy, Malick w końcu ponoć 75% filmu wypełnił Wagnerem i Mozartem…

PS: To bardzo długo. Dlatego właśnie uważam, że The New World to zmarnowanie okazji, mógł być przecież dużo bardziej kreatywny. Czas powstawania tej muzyki działa zdecydowanie na jego niekorzyść moim zdaniem. Zimmer też pracowal 9 miesięcy nad Cienką czerwoną linią i to miał trudniej, bo wszystko powstało przed rozpoczęciem zdjęć…

TR: O tym właśnie mówię… Jedyne co kreatywnie wymyślił to właśnie ten melanż ptaków i fortepianu, resztę można byłoby zastąpić muzyką z jego innego epickiego dzieła i nie zauważylibyśmy różnicy… Nie wiem czy się zgodzisz, ale najważniejszym, rzekłbym fundamentalnym instrumentem jest tu fortepian, to on decyduje o tempie, to on kreuje klimat, cały czas jest w tle. Co by nie mówić jest świetny.

PS: Według mnie, tego fortepianu jest tu za dużo. Mój kolega twierdzi, że te ptaki są fatalnie (za głośno) wmiksowane w resztę ścieżki. Np. jak w Of the Forest, śliczny kawałek, bardzo magiczny, chociaż może trochę przydługi.

TR: Czy ja wiem… Może i masz rację, że trochę za głośno. Jak dobre wokale Westenra by nie były, mi jednak za bardzo przypominają Sissel Titanic no i trochę jednak Charlotte Church. Wielu obserwatorów twierdzi, że Horner skopiował nawet Menkena. Coś w tym jest bo ta piosenka jest faktycznie disneyowska trochę… Podejumując dalej temat magii i ptaków, jednak lepsze jest The New World od Of the Forest

PS: Lepsze jest oczywiście The New World od Of the Forest, tutaj zdecydowanie się z tobą zgadzam. Tak samo, co do podobieństw między wokalem Hayley a Sissel. Są trochę za bliskie Titanicowi w ogólnym rozrachunku, ale cóż. Jimmy to Jimmy … Zastanawiam się jaki wpływ na sprawy długich albumów Hornera ma Simon Rhodes. Długie albumy są głównie od czasu początku ich współpracy.

TR: Ja myślę, że to głównie podyktowane jest swego rodzaju komercyjnością kompozytora. Żeby wydać 80 minut muzyki trzeba chyba za nią trochę zapłacić. Ale to ciekawa teoria.

PS: Rhodes zawsze współprodukuje album.

TR: Nie wiem jaki to mogłoby mieć związek… Tzn., wiem że jest producentem, ale dlaczego?

PS: Producent załatwia pieniądze z reguły, prawda? A jak daje pieniądze, to ma wpływ na to, co z tego wyjdzie dalej. Horner do czasu współpracy z Rhodesem produkował swoje albumy sam.

TR: Więc tak samo odbywa się to w świecie muzyki filmowej również?

PS: Myślę, że tak. Wszystko zależy od układu z producentem filmu. Istnieją tzw. kontrakty pakietowe i wtedy kompozytor dostaje cały budżet do swojej dyspozycji, łącznie z własną gażą.

TR: Może zostawmy kwestie ekonomiczne na boku i przejdźmy do ostatniej pracy Johna Williamsa, Monachium.

PS: Moją opinię na temat Monachium znasz. Tezę niespójności podtrzymuję. Underscore nie łączy się dobrze z materiałem tematycznym, niezależnie od tego, co miało być w filmie, a co nie. Co sądzisz o retrospekcjach w Monachium (Attack at Olympic Village i Tarmac at Munich)?

TR: Oczywiście, że się dobrze nie łączy, ale Williams bardzo dba by jego albumy dobrze się słuchało. Możesz mieć do niego pretensje tylko jako producenta, ale nie jako kompozytora. Szczególnie Tarmac zalatuje mi Wojną światów. Plus te motywy bliskowschodnie w muzyce (oud?).

PS: Może cimbalon? Mam pretensje do kompozytora z powodu zrobienia dwóch niemożliwych do pogodzenia światów. W filmie to jest prawie niezauważalne (bo drugiego świata w filmie właściwie nie ma, z materiału tematycznego jest tylko Munich 1972, Remembering Munich, Bonding, End Credits i w napisach Thoughts of Home)

TR: Tylko, że jeden świat stworzył pod film a drugi był jego kaprysem. Dlaczego masz mieć pretensje? Są ścieżki 1000-razy bardziej eklektyczne niż Munich. Gdybyś nie miał tych wersji koncertowych, nie byłoby nic już do słuchania. Dopiero teraz zauważam zupełnie niezwykłą elektronikę pachnącą latami 70-ymi. Asłuchalne ale bardzo klimatyczne.

PS: Hmm, Munich nie jest eklektyczne. Chodzi trochę o coś innego. Popatrz na eklektyzm (zupełny! – od Mozarta przez Barbera i Góreckiego) Gladiatora a na Munich. Która ścieżka jest bardziej spójna? Mimo wszystko wydaje mi się, że istnieje w Gladiatorze pewien wspólny idiom, jakim jest głos Zimmera. Williams rezygnuje ze swojego głosu. Fakt faktem, że bardziej w filmie niż poza nim, bo najbardziej zimmerowskie kawałki właśnie w filmie są. I wypadają w nim najlepiej, powiem więcej. Np. Bearing the Burden – nie rozumiem zachwytów nad tym kawałkiem…

TR: Jest fatalny.

PS: Aranżacja jest ciekawa w jednym miejscu. Zwróć uwagę, że temat Avnera jest zaaranżowany na akordeon i klarnet. To tradycyjna aranżacja klezmerska,

TR: No tak, te elementy bliskowschodnie (tak to nazywam) to czasami jedyna odskocznia od tych zmiksowanych bębnów czy tych uderzeń w struny (cokolwiek to jest) jak tutaj, dzięki temu jedynie Williams trzyma jako tako fason. Bardzo intymna jednak i ascetyczna muzyka. Ogólnie to anty-Williams. Natomiast „prawdziwy: Williams to np. od 2:44 (solo na róg) w Avner and Daphna. I wiesz co jak tak tego słucham, to jednak włączę sobie Prochy Angeli, to jest dopiero dzieło…

PS: Skoro tak mówisz… 🙂

Najnowsze artykuły

Komentarze