Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Tymon & Transistors

Wesele

(2004)
-,-
Oceń tytuł:
Łukasz Wudarski | 15-04-2007 r.

Tradycyjnie polskie Wesele, w masowej świadomości wcale nie kojarzy się z magiczną chwilą, w której dwie osoby mówią sobie „tak”. To okazją do wielkiej popijawy, na której wszyscy nawaleni bawią się w rytm Białego misia, popijawy na której puszcza większość hamulców.

Młody reżyser Wojtek Smarzowski postanowił opowiedzieć nie tylko o tradycyjnym polskim weselu, ale przede wszystkim o nas. O naszych wadach, skąpstwie, znanym wszem i wobec toposie „zastaw się, a postaw”. Powstało Wesele. Obraz z jednej strony śmieszny, ale z drugiej niezwykle gorzki, ze wspaniałą rolą Mariana Dziędziela kreującego ojca panny młodej, człowieka bogatego, ale skąpego, myślącego tylko aby się pokazać, aby wzbudzić w innych zazdrość. „Wesele” to film na polskie warunki nietypowy. Nie jest to żaden artystowski dziwoląg, nie jest też banalną, plastykową komedyjką romantyczną. Dzieło Smarzowskiego to po prostu pare słów o nas podane w świeży (świetny scenariusz!) i realistyczny sposób (dzięki dużej ilości zdjęć z ręki mamy wrażenie, że oglądamy dokumentalny reportaż)

Aby film mógł zyskać na naturalizmie wymagał specyficznej muzyki. Nie można było tutaj wstawić prawdziwej orkiestry, nawet w momentach gdzie mogłaby się pojawić muzyka stricte ilustracyjna. Smarzowski jednak wiedział, że gdyby zatrudnił klasycznego kompozytora filmowego musiałby liczyć się ze zniszczeniem quasidokumentalnego charakteru. Stąd wybór padł na Ryszarda Tymona Tymańskiego, który napisać miał do filmu kilka weselnych przyśpiewek, a także zagrać lidera kapeli i wodzireja, odpowiedzialnego za idiotyczne weselne zabawy. O ile z tej drugiej roli Tymański wywiązał się świetnie, o tyle z tej pierwszej, o dziwo nie najlepiej. Ale może po kolei…

W roku 1998 światło dzienne ujrzała jedna z najważniejszych płyt polskiej muzyki alternatywnej, płyta która dziś ma już status w pełni kultowej. Mowa oczywiście o albumie POLOVIRUS zespołu Kury, albumie parodiującym i wyśmiewającym wszystkie liczące się w kraju gatunki muzyczne (od popu, przez disco polo, rock, reggae, pieśń patriotyczną, poezję śpiewaną, aż po metal i jazz). Sukces płyty przerósł najśmielsze oczekiwania, ale jednocześnie stał się przekleństwem zespołu. Publika odtąd bowiem chciała słuchać Tymona zwałowego, śpiewającego tylko „Aj jaj nie mam jaj”, a nie jakieś alternatywne popisy. Wydaje mi się, iż Smarzowski też poddał się tej presji. Prosząc Tymańskiego o muzykę do filmu chciał otrzymać POLOVIRUSA 2. I choć Tymon utrzymuje, że płyta wcale nie ma być kontynuacją kultowego wydawnictwa z 1998, lecz penetrowaniem nowych obszarów, nieznacznie tylko nawiązujących do znanej stylistyki, trudno mi się jednak tutaj do końca zgodzić z artystą. Soundtrack z Wesela jest bowiem kontynuacją parodystycznego stylu POLOVIRUSA, na warsztat biorący weselne piosnki (Wieś jak Malowanie), big beat (Mówisz mi, Wirtualna Miłość) , piosenki patriotyczne (D.O.B), reggae (Ewakuacja Watykanu), melodyjny punk rock w stylu Pidżamy Porno (Głupie Piosenki), natchniony pop (Song o grzywce), Czesława Niemena (znane z soundtracku do filmu „Sztos” Widziałem Cię), szanty (Sztuczne Szanty) i wreszcie Krzysztofa Krawczyka (Do Widzenia Wam). Tylko czy to w jakiś drastyczny sposób obniża wartość płyty, jako autonomicznego produktu? Nie sądzę. Muzyka Tymańskiego ma w sobie bowiem coś co sprawia, iż wykracza ona poza zwykłą zgrywę i parodię. Tym czymś jest duża poetyckość tekstów. Poetyckość daleka od klasycznego rozumienia tego słowa. Nie jest to Słowacki, czy Stachura, lecz pokolenie postmodernistów, kpiarzy i błaznów kpiących ze wszystkiego, od kościoła i tradycji (motyw Lichenia w Ewakuacji Watykanu), przez patriotyzm (Dymać Orła Białego) aż po napiętnowanie żulerskiego przywiązania do fryzury (Song o Grzywce). Jeśli chcielibyśmy analizować humor Tymańskiego to przypomina on mocno surrealistyczne popisy Monthy Pythona, kontrastujące często w jednym zdaniu sztukę wysoką, z absolutnie niskim wtrętem. Tutaj jest tak samo o czym świadczyć może choćby piosenka Lubię gdzie powaga majsterkowania wzbogacona fachowym słownictwem w ostatnim wersie zostaje brutalnie zachwiana:

Lubię oliwić stare sworznie

Lubię mutrami bawić się

Lubię wiercić i szlifować

Wbijać nity i gwintować

Spędzać za tokarką noc i dzień

Lubię namaścić się towotem

Lubię kolekcjonować złom

Lubię trawić i chromować

Skrawać, spawać i heftować

Lecz najbardziej lubię cipkę twą

Świetne teksty w połączeniu z melodyjną muzyką sprawiają, że autonomicznie „Wesele” to niezła płyta, z którą, mimo iż daleko jej do kultowego POLOVIRUSA warto się zapoznać.

I w tym miejscu dochodzimy do największego problemu. Bowiem „Wesele” to także muzyka którą w pewnej mierze słyszymy w filmie Wojtka Smarzowskiego, filmie który wielu recenzentów nazywało (chyba znacznie na wyrost) obrazowym POLOVIRUSEM. Na początku trzeba zauważyć, że to co słuchać podczas seansu znacząco różni się od wydawnictwa płytowego. Przede wszystkim jest „wzbogacone” o charakterystyczny efekt live, w wielu miejscach jest też zagrane w innej instrumentacji (Biały Miś). Dodatkowo zauważamy brak niektórych kompozycji (m.in. D.O.B., Sztuczne Szanty, Głupie Piosenki). Pozwala mi to stwierdzić, iż nazywanie „Wesela” muzyką filmową jest chyba sporo na wyrost. Dla mnie to po prostu kolejny solowy album Tymon & Transistors, który dzięki wykorzystaniu w filmie zyskał dodatkową promocję. Dodajmy, że to wykorzystanie też jest niezbyt ciekawe. A raczej nie do końca zachowuje ważne w filmie decorum. Co z tego że sama muzyka ma posmak wiejskiej żenady (nierówne granie, efekty fałszu), skoro teksty w wielu miejscach gryzą się z biesiadnym charakterem imprezy (Adam Małysz, Ewakuacja Watykanu). Gdyby całość filmowa była utrzymana w konwencji Białego Misia (który ratuje tu honor wsiórskości), lub nawet Mówisz mi, nie miałbym żadnych pretensji. A tak mam chyba uzasadnione prawo się czepiać.

Chcąc jakoś ocenić stworzoną przez Tymona & Transistors płytę mam ambiwalentne uczucia. Bo z jednej strony to ciekawa muzyka (której prezentacja na albumie też mogłaby być nieco lepsze: głupie i żenujące gadki Pawła Paulusa Mazura, niepotrzebne, odtworzone od tyłu ścinki monologów, które nie zostały zaakceptowane jako przerywniki – Do Widzenia Wam), z drugiej zaś mamy przejmujące wrażenie deja vu. Dodatkowo biorąc pod uwagę słabe brzmienie muzyki w filmie zupełnie nie rozumiem tu zachwytów krytyków, którzy chyba oceny wydawali nie na podstawie obrazu, lecz na podstawie płyty. Podsumowując Wesele jest niezłym albumem do słuchania, z kilkoma iście świetnymi songami (Wirtulana Miłość, D.O.B, Ewakuacja Watykanu, Song o grzywce, Sztuczne Szanty) jednak muzyka filmowa to raczej kiepska, zupełnie nie wytrzymująca porównania z tym co Tymon stworzył do „Sztosu”. Zupełnie.

Najnowsze recenzje

Komentarze