Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Michael Giacchino

War for the Planet of the Apes (Wojna o Planetę Małp)

(2017)
-,-
Oceń tytuł:
Paweł Stroiński | 06-08-2017 r.

Pięć lat po wydarzeniach Ewolucji Planety Małp rozgorzała wojna z ludźmi. Niedobitki ludzkości pod dowództwem psychopatycznego Pułkownika nawet wykorzystują w tej walce Małpy-niewolników, tzw. „osły”. Z drugiej strony mówiący już praktycznie jak człowiek Cezar wciąż próbuje rządzić grupą. Kiedy w wyniku jednego z ataków ludzi spotyka go tragedia, jego konflikt z Pułkownikiem staje się osobisty… Tak w dużym skrócie przedstawia się fabuła Wojny o Planetę Małp trzeciej części rebootu franczyzy sięgającej jeszcze końca lat sześćdziesiątych. Podobnie jak w przypadku świetnej Ewolucji za kamerą stanął Matt Reeves, podobnie kręcąc film w bardzo tradycyjnym stylu, bardzo umiejętnie wykorzystując przy tym podstawowe kontrasty – kamery statycznej i ruchomej oraz dalekich i bliskich planów, co przy dzisiejszej wręcz fragmentacji rzeczywistości ekranowej, jest godne pochwały. Nie zawodzi też mający dużą swobodę twórczą autor zdjęć Michael Seresin. Reeves woli pracować z aktorami, więc nowozelandzki „książę ciemności” dostał zupełną wolność w doborze oświetlenia, a jedyne zalecenie co do zbliżeń brzmiało „byle było tak, jak u Alana Parkera”, z którym to Seresin pracował przez wiele lat. Aktorstwo jest wręcz świetne, czy to same Małpy (po raz kolejny pytania o Oscara dla Andy’ego Serkisa, który gra Cezara, są zasadne), czy ludzi, zwłaszcza Woody’ego Harrelsona, który potrafi i przestraszyć, a nawet poruszyć.

Po filmowym sukcesie poprzedniej części na powrót kompozytora Michaela Giacchino można było liczyć, zwłaszcza ze względu na jego przyjaźń z reżyserem. Wojna o Planetę Małp to już ich czwarta współpraca, czego w dość typowej reżyserskiej wypowiedzi w książeczce Matt Reeves nie waha się przywołać. Kompozytor ze swojej strony przyznaje się do bycia wielkim fanem serii i cieszy się, że jest mu dane w dzisiejszych czasach pisać do serii, którą pamięta z dzieciństwa. Swoją drogą ma do tego szczęście, ponieważ pisał chyba w tej chwili do większości nowych wersji franczyz, na których mógł się wychować. Trwający ponad siedemdziesiąt minut album wydało Sony.

Już początek płyty rzuca nas na głębokie wody. Apes’ Past is Prologue, którego kompozytorem miałby być… Griffith Giacchino, nastoletni syn Michaela. Nepotyzm nepotyzmem, ale sam utwór jest bardzo ciężkim underscore, snującym się powoli przez kilka minut. W ten sposób Giacchino zbliża się do oryginalnej ścieżki Jerry’ego Goldsmitha z 1968 roku. Kotły powoli zaczynają intonować temat Pułkownika. W filmie ilustruje w tym momencie po prostu ludzi, ale muzyczne powiązanie żołnierzy z ich dowódcą jest jak najbardziej zrozumiałym i słusznym zabiegiem. Chłód i dysonanse tego i następnego utworu przywołują Planetę Małp Jerry’ego Goldsmitha. Zwłaszcza początek Assault of the Earth, gdzie partie fletu brzmią tak, jakby Giacchino skorzystał ze słynnego Echoplexu. Pewne podobieństwa zawiera także charakterystyczny zjazd na smyczki, znany już z poprzedniej części.

Podobieństwo do słynnej ścieżki Goldsmitha można, a nawet należy traktować jako hołd dla oryginalnego filmu. Nie jest to jednak stuprocentowo jednoznaczne, bo fragmenty te można też zaliczyć do typowych dla twórczości samego Michaela Giacchino. Nie wydaje mi się jednak, by ta zbieżność była w pełni przypadkowa. Można powiedzieć, że Planety Małp pisze Giacchino znany nam z Zagubionych, ścieżki, która na lata ukształtowała samodzielny głos kompozytora. Jest wielce prawdopodobne, że chcąc stworzyć odrębność świata słynnej Wyspy, mógł odwołać się do sonorystycznej, atonalnej ścieżki sprzed pięćdziesięciu lat, gdzie Goldsmith wykorzystał techniki awangardowe, by oddać alienację głównego bohatera.

Giacchino jest mistrzem struktury lejmotywicznej. Z kompozytorów tego pokolenia jest chyba w tym najlepszy. Z tej perspektywy jednocześnie warto i nie warto pochylać się głębiej nad niuansami jego muzyki. Nie warto, bo pozornie wszystko wydaje się jasne. A jednak ten „staroświecki” model ilustracyjny wciąż działa doskonale dlatego, że jest staroświecki. Z jednej strony w tym roku mamy duży blockbuser ilustrowany w nowoczesnym stylu, gdzie muzyka gra i napięcie budowane jest cały czas. Z drugiej mamy kilka prób bardziej tradycyjnego podejścia nie tylko do orkiestracji, ale i przyjęcia pochodzącego jeszcze ze Złotej Ery modelu. Przyjęta przez kompozytora Wojny o Planetę Małp konstrukcja jest bardzo klarowna. Mamy więc nowy temat ogólnodramatyczny, wprowadzony w przepięknym wprost Exodus Wounds, jednym z highlightów kompozytora. W tym utworze po raz pierwszy pojawia się też mroczny temat podróży, intonowany przez waltornię. Wraca też kilka tematów z poprzedniej części, jak chociażby temat stada, czy króciutkie cameo tematu Koby, są one jednak nieobecne na płycie. Swój temat zyskuje też mała dziewczynka, Nova (nawiązanie do oryginału z 1968 roku). Pojawia się pierwszy raz w The Posse Polonaise. Kilka utworów powtarza strukturę, w której jej temat i temat podróży następują po sobie. Z niego też wychodzi świetny, typowo Giacchinowski The Bad Ape Bagatelle (i znowu poczucie humoru trzyma się kompozytora mocno), brzmiący wręcz jak Medal of Honor: Airborne.

Nowy temat wprowadza The Ecstasy of the Bold, jak można się spodziewać po tytule, nawiązanie do westernów Ennio Morricone. Wykorzystane ostinato przypomina też nieco Chevaliers de Sangreal Hansa Zimmera, jednak waltornie wskazują dość wyraźnie na westernową proweniencję utworu, który jest pierwszym w miarę optymistycznym utworem. Jest to też moment, w którym film w zasadzie zmienia gatunek. Na muzykę nie ma to żadnego wpływu, jest spójna przez cały czas. To tylko potwierdza, jak wartościowy jest klasyczny model ilustracyjny i sposób realizacji. Pod tym względem Reeves i Giacchino stanowią idealny mariaż. Pomaga w tym fakt, że bardzo mocny film, tak emocjonalnie i intelektualnie, jest realizowany na pewnym wyciszeniu. Postawy poszczególnych postaci nie są wykrzyczane. Oczywiście, mamy ataki wściekłości np. Cezara, bardzo ważne też w kontekście jego postawy w poprzedniej części. Ale na przykład ważna pod względem przesłania filmu i oczywiście dramaturgii rozmowa z Pułkownikiem jest (do pewnego momentu) bardzo spokojna i przez to tym ważniejsza i bardziej poruszająca. Powoli jednak zwiększa się intensywność filmu i muzyki. Planet of the Escapes zawiera bardzo ciekawy materiał suspensu/akcji przypominający Medal of Honor, ale tym razem raczej Frontline niż bliższe późniejszemu stylowi Giacchino Airborne. W połączeniu z tematem dramatycznym i później westernowym jest to naprawdę ekscytujące. Trudne w odbiorze, choć filmowo świetne, jest The Hating Game. Cudowne jest natomiast chóralne More Red Than Alive. Ta aranżacja tematu dramatycznego naprawdę chwyta za serce. Piękne, choć bardzo proste, są Migration i Paradise Found.

Wszystkie tematy zbiera jak zwykle świetne End Credits. Muzyka Michaela Giacchino wspomaga film emocjonalnie, nie banalizując przy okazji jego analizy ludzkiej natury w momencie rozpadu. Nie przeładowuje filmu emocjami, a przy tym wpisuje się w narrację klasyczną. W ten sposób oddala się od alienującej wręcz ścieżki Jerry’ego Goldsmitha, muzycznego arcydzieła napisanego do oryginalnej Planety Małp. Można się zastanawiać, która ze ścieżek Giacchino wypada lepiej na albumie. Choć nieco bardziej melodyjna, mimo bardzo trudnego, atonalnego wręcz początku, Wojna nie zawiera materiału tak ekscytującego jak temat Koby. Ale przepiękne Exodus Wounds, które zachwyciło samego reżysera, The Ecstasy of the Bold, subtelny temat Novy czy wreszcie smutne, choć nie pozbawione nadziei zakończenie, pozwala docenić tę ścieżkę także poza obrazem. A muzyka brzmi tak, jakby ta seria powstała właśnie dla tego kompozytora. Hermetyczna czasem stylistyka Zagubionych tutaj otrzymuje swą najdojrzalszą obok serialu wersję.

Najnowsze recenzje

Komentarze