Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Tom Holkenborg

Three Thousand Years of Longing (Trzy Tysiące Lat Tęsknoty)

(2022)
4,0
Oceń tytuł:
Maciej Wawrzyniec Olech | 29-10-2022 r.

Podczas wizyty naukowej w Stambule brytyjska uczona Alithea przypadkowo uwalnia dżina. Ten tradycyjnie oferuje spełnić jej trzy życzenia, jednak nasza bohaterka nie jest zainteresowana. Jako, że sama naukowo specjalizuje się w opowieściach i mitach, wie że tego typu zabawy zwykle źle się kończą dla wypowiadającego życzenia. Dżin nie daje jednak za wygraną i zaczyna opowiadać fantastyczne historie ze swojego życia, licząc, że w ten sposób przekona Alitheę do wypowiedzenia życzeń. Jednak zamiast tego między nietypową dwójką zaczyna się rodzić wzajemne uczucie.

Tak prezentuje się punkt wyjściowy do najnowszego filmu George’a Millera, który na chwilę porzucił postapokaliptyczny świat Mad Maxa, aby opowiedzieć romantyczną baśń. Właściwie w przypadku Three Thousand Years of Longing możemy mówić o dwóch filmach w jednym. Z jednej strony mamy niesamowite historie dżina rodem z Baśni Tysiąca I Jednej Nocy. Z drugiej strony mamy film miłosny opowiadający historie i uczucie Alithei i dżina w współczesnym świecie. I w sumie podobnie możemy mówić o ścieżce dźwiękowej Toma Holkenborga, która jakby składała się z dwóch soundtracków. Jednego współczesnego, nowoczesnego, elektronicznego z elementami New Age, oraz drugiego, klasycznego, romantycznego przyprawionego nutką orientu.

 

Widać, że współpraca obu panów przy Mad Max: Fury Road układała się na tyle dobrze, że postanowili ponownie połączyć swoje siły. Tym razem jednak, jak już wspomniałem, do jakże innego projektu. O ile George Miller może pochwalić się dość różnorodną filmografią (seria Mad Max, The Witches of Eastwick, Babe: Pig In the City, Happy Feat ), o tyle ta Toma Holkenborga zdominowana jest przez szerokopojęte kino akcji, blockbusterów. W przypadku Three Thousand Years of Longing poza orientalną baśnią, po raz pierwszy ilustruje film miłosny. I właśnie ten wątek romantyczny bardzo dobrze udało się holenderskiemu kompozytorowi umuzycznić. Tym samym przechodzimy do klasycznej części tego score’u, którą charakteryzuje romantyczny motyw, niewątpliwej urody. Jego pierwsze pojawienie się w obrazie towarzyszy opowieści dżina, kiedy Król Salomon stara się oczarować piękną Królową Shebę. Do tego celu wyciąga wymyślny, magiczny instrument i zaczyna grać… muzykę Toma Holkenborga. Dokładnie kawałek Djinn’s Theme, gdzie nazewnictwo jest dość ciekawe, zważywszy że to utwór miłosny Króla Salomona dla Królowej Sheby. Ale mniejsza oto gdyż, co ważniejsze, melodia jest naprawdę ładna, chwytliwa i niesie ona cały ten score. O ile jej pierwsze pojawienie ma bardziej minimalistyczny charakter z przyjemnym brzmieniem harfy, fletu, cymbałków z dodatkiem orientalnych instrumentów, które może przypisać do szeroko pojętej kultury arabskiej, o tyle wraz z trwaniem filmu i soundtracku, holenderski kompozytor coraz bardziej go rozwija. Najlepiej wychodzi to w utworze Raucous Skies and Song of Transference. Zaczyna się on delikatnie, wręcz melancholijnie, aż w połowie wchodzi orkiestra, głównie oparta o instrumenty smyczkowe i kawałek przeradza się w klasyczny utwór miłosny. Każda aranżacja tego motywu, każe jego pojawienie się w obrazie, jest wyraziste i zostaje w pamięci. W oparciu o niego Holkenborg napisał nawet piosenkę, która pojawia się na napisach końcowych. Wykonuje ją Matteo Bocelli (tak, tak, syn słynnego Andrei Bocelliego), który, jak słychać, odziedziczył siłę głosu po ojcu. Jest to piosenka dwujęzyczna, w której język włoski przeplata się z angielskim i jako romantyczna ballada, jak najbardziej ma prawo się podobać.

Tak wygląda ta tzw. „klasyczna” część tej ścieżki dźwiękowej. A co z tą drugą „nowoczesną” częścią. Czy Tom Holkenborg jako były DJ Junkie XL, serwuje jakieś remixy? Bynajmniej i szczerze mówiąc i ta część ma dobre i ciekawe elementy. Jak wspomniałem Holender idzie w regiony New Age’u mieszając delikatne elektroniczne dźwięki syntezatora z pojedynczymi orientalnymi instrumentami. Szczególnie jest to słyszalne w eksperymentalnych kawałkach takich jak As a Consequence of Zefirczy A Djinn’s Oblivion. Są one bez wątpienia interesujące, ale nie każdemu muszą przypaść do gustu. Tym bardziej, że jakże różne są od tych wspomnianych klasycznych momentów.

 

Przy czym warto zaznaczyć, że ten miks klasyki, orientu i elektronicznego brzmienia jak najbardziej odnajduje się w filmie, który sam wiruje między baśniowymi obrazami, romansem, a kosmicznymi wizjami. Three Thousand Years of Longing może zachwycać niezwykłą i pomysłową stroną wizualną i muzyka Holkenborga gra przy tym ważną rolę. Oczywiście w tych momentach, w których się pojawia, gdyż warto zaznaczyć, że obraz Millera nie jest jakoś wielce przepełniony muzyką. I trwający zaledwie 37 minut album, wydany przez Milan Records, zawiera w sumie większość ścieżki dźwiękowej, jaka znalazła się w filmie. I choć nie ma jej dużo, to w większości przypadków, kiedy już się pojawia to jednak spełnia swoje funkcje. Może z pewnymi wyjątkami i aby nie było tak bajkowo, to akurat najdłuższy utwór na soundtracku (Two Brothers) trochę zawodzi. I czyni to zarówno na albumie jak i w obrazie. Z jednej strony dżin opowiada fascynujące historie dziejące się na dworze sułtana. Mamy pełne przepychu i koloru scenografie oraz kostiumy, historie o miłości, zdradzie oraz magii… Zaś Tom Holkenborg idzie trochę w regiony Mad Max: Fury Road i serwuje ponad 10 minutowy perkusyjny rytm z elektronicznym ambientowym brzmieniem i pojedynczymi smyczkami. Kawałek co prawda nie gryzie się z obrazem, ale Holender skręca w ilustracyjny minimalizm, a patrząc na sceny filmu, można byłoby sądzić, że da się z nich muzycznie „wycisnąć” zdecydowanie więcej.

Ścieżka dźwiękowa Toma Holkenborga, składa się jakby z dwóch soundtracków. Jednego współczesnego, nowoczesnego, elektronicznego z elementami New Age, oraz drugiego, klasycznego, romantycznego przyprawionego nutką orientu.

Mimo wszystko muszę przyznać, że na potrzeby Three Thousand Years of Longing Tom Holkenborg skomponował dobrą muzykę, z jednym z ładniejszych (jak nie najładniejszych) tematów w swojej filmowej karierze. Reszta tego soundtracku też ma prawo się podobać, jeżeli jesteśmy otwarci na bardziej współczesne, czasami eksperymentatorskie elektroniczne brzmienie z domieszką orientu. I wtedy te „dwa soundtracki” są w stanie stworzyć „jeden” ciekawy soundtrack. Może nie jest to drogocenny skarb orientu, ale widząc go na bazarze warto po niego sięgnąć i potargować się ze sprzedającym o (o)cenę.

Najnowsze recenzje

Komentarze