Nolan miał skonkretyzowaną wizję muzyki do swojego filmu i nie uwzględniała ona udziału tradycyjnej, hollywoodzkiej orkiestry. A szkoda…

Twórczości Christophera Nolana nie trzeba chyba przedstawiać. Amerykański reżyser po krótkim romansie z historiami komiksowymi oraz fantastyką, od kilku lat szuka nowych przestrzeni artystycznych na kartach historii. I tak oto w 2023 roku oczarował widzów opowieścią o twórcy bomby atomowej, by kilka lat później zanurzyć odbiorców w greckim eposie antycznego klasyka. Nolan tłumaczył się, że wybór Odysei Homera podyktowany był tym, że Hollywood jeszcze nigdy nie podjęło z należytym rozmachem tematyki tułaczki Odyseusza. Były co prawda epickie filmy eksponujące wątki Iliady, ale to, co nastąpiło po zakończeniu wojny trojańskiej niekoniecznie interesowało współczesnych filmowców. Amerykanin podszedł więc do tego zadania bardzo ambicjonalnie, gromadząc przed kamerą śmietankę hollywoodzkiego aktorstwa, a samą opowieść realizując z typową dla siebie wizualną pedanterią. Efektem tego było trzygodzinne, epickie widowisko, stanowiące niezłą adaptację literackiego klasyka, ale też dające sporą przestrzeń dla reżysera do własnych interpretacji. Z jednej strony jest to więc kino, które na niemalże każdej płaszczyźnie ociera się o rzemieślniczą perfekcję, ale z drugiej… Brakuje w tym perfekcjonizmie tzw. bożej iskry. Na pewno warto pochwalić kreację, ale abstrahując od formalnej poprawności, w dalszym ciągu jest to jednak kino sandałowe i opowieść, która w proponowanym czasie trwania ma prawo wystawiać cierpliwość widza na sporą próbę. Cóż, Hollywood wszystko przetrawi, choć są pewne granice. I moim zdaniem zostały one przekroczone, ale na innej płaszczyźnie – muzycznej.
Nolan słynie z tego, że uwielbia stałe współprace z kompozytorami. Do roku 2020 filarem jego muzycznych wizji był Hans Zimmer. Potem jednak ze względu na inne zobowiązania Niemca, reżyser musiał zwrócić się o pomoc do coraz odważniej brylującego w branży szwedzkiego kompozytora, Ludwiga Göranssona. I tak jakoś zostało… Tenet oraz Oppenheimer dowiodły, że wybór ten był strzałem w dziesiątkę. Stale poszukujący nowych brzmień i eksperymentujący twórca idealnie „wstrzelił się” w równie odważne wizualizacje Nolana i nie inaczej miało być w przypadku Odysei. W zapowiedziach dotyczących muzyki dobitnie podkreślano, że stolik przy którym grało dotychczas kino sandałowe zostanie wywrócony. No i tak też się stało.
Reżyser miał skonkretyzowaną wizję muzyki do swojego filmu i nie uwzględniała ona udziału tradycyjnej, hollywoodzkiej orkiestry. Göransson wykonał więc ogromną pracę badawczą, doszukując się informacji na temat starożytnych instrumentów i uzyskiwanych za ich pomocą brzmień. Podróżował, poszukiwał, nagrywał, by w typowy dla siebie sposób przetworzyć to wszystko i połączyć z… ambientową elektroniką. I tu można poczuć lekki gwałt na logice, bo pedantyczne trzymanie się tradycji, wykluczanie symfoniki dla idei, demolowane jest przez ordynarne eksperymenty sprowadzające ilustrację na grunt hybrydowego grania. Surowym, wypranym z melodii i emocji dźwiękom starano się nadać głębszy sens jakiejś sonorycznej utopii, co pod pewnymi względami może i się udało. Muzyka Göranssona podtrzymuje ten oniryczny nastrój, ale w żaden sposób nie buduje świata przedstawionego, ignoruje dramaturgię i nie wchodzi w emocjonalną interakcję z widzem. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie rażąca niekonsekwencja bijąca z innych elementów przekazu filmowej Odysei. Oto bowiem z jednej strony schodząca do korzeni i dławiąca się w eksperymentatorstwie muzyka, a z drugiej… atletyczna sylwetka tułającego się po świecie, wygłodzonego Odyseusza… Można odnieść wrażenie, że cały ten rzemieślniczy majstersztyk rozbija się o chęć stworzenia sztuki dla sztuki. A gdzie w tym wszystkim pragmatyzm, estetyka i oczekiwania zwykłego odbiorcy? Znamiennym jest fakt, że wychodząc z kina nie zaprzątałem obie głowy dźwiękową tapetą podpisaną nazwiskiem Göranssona. Chyba pierwszy raz w przypadku ścieżki dźwiękowej tworzonej przez tego kompozytora…

I choć trudno zrozumieć, co przyświecało twórcy podczas konstruowania tak odpychającej muzyki, to jeszcze trudniej ogarnąć ideę jaka stała za stworzeniem dwugodzinnego soundtracku. Skąpane w ponurym ambiencie, antyczne instrumenty z okazjonalnymi rytmizacjami – również elektronicznymi – to niezbyt udany przepis na mile zagospodarowane dwie godziny. Szczerze powiedziawszy odsłuch tego soundtracku był dla mnie nie lada wyzwaniem, które kilkakrotnie odciągałem w czasie. Nawet po wysłuchaniu trudno mi się odnieść do zupełnie anonimowej i nie angażującej treści. O ile zatem wszystko oscylowało wokół budowania nastroju za pomocą dźwięków antycznych gongów i fujarek oraz rozmytej elektroniki, można to było jakoś przetrawić. Ale gdy kompozytor załączał tryb rapera, generując na bazie wyżej wspomnianych środków dziarskie bity… W tym momencie moja tolerancja spotykała się ze ścianą. Ostatecznie zmiażdżona została piosenką Travisa Scotta, When I’m Home, stanowiącą kwintesencję absurdu bijącego z tego soundtracku. Totalnie nie trafia do mnie ta muzyka, aczkolwiek mam duży szacunek dla twórcy za odwagę i pomysłowość.
Osobiście jednak pozostanę wierny tradycji i w ramach rehabilitacji po tym dołującym doświadczeniu po raz kolejny sięgnę do ścieżki dźwiękowej Jamesa Hornera z Troi. Może nie jest to w żadnym stopniu oryginalna, czy kultowa muzyka, ale chyba przystępniejsza i z perspektywy czasu bardziej uniwersalna niż eksperymenty Ludwiga Göranssona do obrazu Nolana. Oczywiście seans Odysei polecam, bo co by nie mówić o sposobie interpretacji dzieła Homera, jest to po prostu Kino przez duże K.

