Ludwig Göransson znalazł w gwiezdnowojenym uniwersum swoją drogę i sukcesywnie nią podąża. Wydaje się, że mimo wielu sprzecznych odczuć, to jednak… This is the way!

Po porażce ostatnich kinowych produkcji z serii Gwiezdnych Wojen, a zwłaszcza Solo oraz Skywalker. Odrodzenie, studio Disneya wzięło na wstrzymanie i skupiło się na rozwijaniu historii w mniejszym formacie. W ten sposób powstał między innymi serial Mandalorianin, który zebrał całkiem niezłe opinie. Niemniej spore zdziwienie przyniosła informacja że zamiast finalnego, czwartego sezonu otrzymamy… kinowy film. Czy historia łowcy nagród i małego stworka o imieniu Grogu warta była kinowego formatu? Cóż, to wszystko zależy, jak spojrzymy na gotowy już produkt. O ile bowiem widzowie serialu nie poczują tu znaczącego przeskoku w jakości oraz skali opowiadanych historii, to już dla przypadkowego widza Mandalorian i Grogu może się okazać niezgorszą rozrywką. Magia tytułowego duetu udzieli się każdemu, kto weźmie udział w tej przedziwnej wyprawie. Co prawda po drodze można się potknąć o wystającą z ram logiki fabułę, czy odgrzewane z uniwersum gwiezdnowojennego pomysły, ale co tam. Ahoj przygodo! W kinowym Mando dzieje się całkiem niemało, a i zwykłej, dziecięcej radości przy tym co nie miara!
Mando i Grogu poza dopracowanymi efektami praktycznymi (czego nie można powiedzieć o CGI) mają jeszcze jeden świetnie wpasowany w ten obraz element – oprawę muzyczną o którą zadbał trzykrotny laureat Oscara, Ludwig Göransson. Przygoda szwedzkiego kompozytora z tą serią trwa od jej początków, niemniej w trakcie kolejnych sezonów jakoby powoli odsuwał się w cień, dając przestrzeń do wykazania się swoim pomocnikom. Nie ulega jednak wątpliwości, że gdyby nie oryginalne pomysły kompozytora (przez niektórych nazywane nawet obrazoburczymi, odżegnującymi się od czci i wiary), nie byłoby tak ciekawej palety melodii i brzmień. Göransson przełamał bowiem schemat williamsowskiej space-opery, zastępując klasyczne brzmienia powiewem nowoczesności i łącząc to wszystko z główną koncepcją projektu przedstawiającą swoistego rodzaju kosmiczny western. Nie dziwiła więc specyficzna konstrukcja tematu przewodniego żywo nawiązująca do poetyki tworzenia spaghetti-westernów Ennio Morricone, czy elektryzująca akcja łącząca pulsującą elektronikę z żwawą symfoniką będącą listem miłosnym do muzycznego idola Göranssona – Billa Contiego. Ale czy tak skonstruowany fundament wystarczył do zaspokojenia ilustracyjnych potrzeb kinowego Mando?

Na papierze wygląda to dosyć skromnie. Poza kilkoma pomysłami nie ma tu bowiem nic, czego kompozytor nie wypróbowałby w toku prac nad serialem. Skala przedsięwzięcia również nie poraża, ale kinowy seans skutecznie rozwiewa wszelkie wątpliwości. Mandalorian i Grogu to jeden z takich obrazów, które przemawiają nie skalą, ale stojącymi w centrum wydarzeń postaciami. I to głównie wokół nich budowana jest muzyczna narracja. Wraca zatem temat przewodni skojarzony z tytułowym bohaterem. Westernowy marsz wybrzmiewa od pierwszych minut widowiska kiedy podziwiamy sympatyczny duet podczas wykonywania ważnej misji. Dynamiczna akcja zwarta ze specyficznym humorem sytuacyjnym rozgrzesza kompozytora z sięgania po zapętlone dźwięki syren, glitchów i wszelkiego rodzaju dodatków perkusyjnych. Bynajmniej nie cierpi na tym warstwa orkiestrowa, która jak na standardy serii prezentuje się dosyć okazale, sięgając nierzadko po chóralny argument. Niemniej w wielu momentach można odczuć, że po raz kolejny wchodzimy do tej samej rzeki. Serialowa przestrzeń w jakiej poruszają się nasi bohaterowie jest dosyć wąska, więc na potrzeby kinowego doświadczenia postanowiono ją nieco poszerzyć.
Świetnym posunięciem ze strony twórców było przerzucenie części akcji do świata Huttów. Specyficzna rasa parająca się gangsterką doskonale odnalazła się w hiphopowych i elektronicznych fanaberiach kompozytora, pozwalając mu przy tym na odrobinę ekstrawagancji. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że doświadczenie nabyte w toku prac nad serią Creed znalazło tu swoje zastosowanie. Szczególnie wyraźnie daje się to odczuć w scenach walk Rotty przypominających analogiczne sceny z filmów bokserskich. Sam temat przypisany Huttom jest już zdecydowanie poważniejszy, zanurzony w mrocznym, atmosferycznym graniu z chaotycznie dawkowanymi perkusjonaliami. Najbardziej zapadającym w pamięć jest jednak motyw wspólnego działania Mando i Grogu, który często przeplata się z tematem przewodnim. Oparty na analogowym brzmieniu syntezatora poddanemu efektowi choppingu (trance gate) z wyrazistą linią basową i potężnymi uderzeniami w kotły, tworzy swoisty anthem podkreślający determinację bohaterów. Zresztą palta barw i dźwięków wykorzystywanych do umuzycznienia tego filmu jest znacznie szersza. Przykładem niech będzie długa sekwencja poświęcona tylko i wyłącznie postaci Grogu. Nasycona pięknymi, lirycznymi frazami smyczkowymi doskonale splata się z zabiegami onomatopeicznymi typowymi dla animacji i filmów familijnych. Wszystko to tworzy piorunującą mieszankę, która w obrazie Jona Favreau brzmi po prostu fantastycznie! Muzyka jest bardzo dobrze wyeksponowana i co najważniejsze – autentycznie buduje polichromatyczne rubieże gwiezdnowojennego uniwersum.
Troszkę więcej problemu może przysporzyć próba wejścia w ten muzyczny świat bez wcześniejszego zaznajomienia się z kontekstem filmowym. Prawie 80-minutowy soundtrack, który trafia zarówno na streaming, jak i nośniki fizycznie, niekoniecznie trafić musi w gusta statystycznego odbiorcy. Dodatkową trudnością może się okazać fakt łączenia na albumie fragmentów muzyki z filmowymi efektami dźwiękowymi. To wszystko z pewnością nie do końca sprosta oczekiwaniom williamsowskich purystów, którzy już od pierwocin serialowego bytu Mando krytykowali Ludwiga Göranssona za odważne decyzje. Jako jeden z nielicznych odbiorców broniących takich brzmień w Gwiezdnych Wojnach muszę z satysfakcją odnotować, że z biegiem lat tylko utwierdziłem się w tym przekonaniu. I choć nie znajdziemy tu ponadczasowych, napisanych mistrzowską ręką konstrukcji tematycznych Williamsa, muzyczna seria o łowcy nagród i jego młodym towarzyszu ma do zaoferowania coś innego, na wielu płaszczyznach niespotykanego w tego typu kinie. Ludwig Göransson znalazł w gwiezdnowojenym uniwersum swoją drogę i sukcesywnie nią podąża. Wydaje się, że mimo wielu sprzecznych odczuć, to jednak… This is the way!

