Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Maurice Jarre

Soleil Rouge (Samuraj i kowboje)

(1971/2011)
-,-
Oceń tytuł:
Dominik Chomiczewski | 10-08-2014 r.

Kino samurajskie i western to przykłady filmowych gatunków, które pomimo dzielących ich różnic kulturowych na przestrzeni wielu lat wzajemnie na siebie wpływały. Akira Kurosawa tworząc większość ze swoich najsłynniejszych samurajskich produkcji inspirował się filmami Johna Forda, a te produkcje Japończyka były z kolei (zwłaszcza Straż Przyboczna) fundamentem pod pierwsze spaghetti westerny. Zatem było tylko czekać, kiedy ktoś wpadnie na pomysł, aby połączyć obydwa gatunki. Taki projekt został zrealizowany w 1971 roku przez twórcę słynnego Dr. No Terence’a Younga, a nosił on tytuł Soleil Rouge, który w Ameryce był wyświetlany pod nazwą Red Sun. Film opowiada historię samuraja, sługi ambasadora Japonii, któremu zostaje skradziona katana, mająca być podarunkiem dla prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wysyła on zatem swojego wasala na poszukiwanie zrabowanego przedmiotu, który albo odnajdzie zgubę, albo będzie musiał popełnić rytualne seppuku. W ten sposób rozpoczyna się przygoda samuraja na Dzikim Zachodzie, któremu będzie towarzyszyć rewolwerowiec – rzezimieszek. Pomimo różniących ich systemów wartości i konfliktu interesów obserwujemy stopniowo rodzącą się między nimi przyjaźń.

Soleil Rouge to film utrzymany w tonie lekkiej komedii z o wiele wyraźniejszymi wpływami amerykańskiego westernu i jego włoskiej odmiany niźli kina samurajskiego sensu stricto. Nie jest to pozycja wybitna, choć z pewnością stanowi ciekawą alternatywę dla znudzonych typowymi schematami tego gatunku. Na tle innych produkcji wyróżnia go także iście gwiazdorska i kosmopolityczna obsada. W rolę samuraja wcielił się legendarny Toshiro Mifune. Jako jego filmowego kompana przydzielono mu mającego już spore doświadczenie w westernach Amerykanina Charlesa Bronsona. Z kolei głównego antagonistę zagrał prawdopodobnie najsłynniejszy ówcześnie amant Starego Kontynentu – Alain Delon. Natomiast w pierwszą rolę żeńską wcieliła się szwajcarska aktorka Ursula Andress. Jakby tego było mało, warto zauważyć, że reżyser był Brytyjczykiem. Kolejną utytułowaną osobą mającą swój wkład w film był ówczesny laureat dwóch Oscarów, kompozytor Maurice Jarre, dla którego miał być to już czwarty western w dorobku. Już sam zarys fabuły klaruje oczywiste, choć wcale nie proste zadanie, jakie stanęło przed Francuzem, czyli przelanie na papier nutowy muzycznej konfrontacji dwóch kultur.

Jak się okazuje, dokonana na potrzeby partytury do Soleil Rouge fuzja muzycznych światów w wykonaniu Jarre’a jest bardzo ostrożna. Ze względu na miejsce akcji obrazu Younga znajdziemy w niej znacznie więcej wpływów westernowej muzyki niż nawiązań do kultury Japonii, które mają charakter przede wszystkim intuicyjny. Pojawiają się one jedynie w najbardziej oczywistych momentach, jak chociażby partie na popularny, ludowy instrument koto, który ilustruje filmową prezentację skradzionej katany w Le Sabre. Natomiast „amerykańskość” muzyki Jarre’a znajduje swoje odbicie zwłaszcza w warstwie tematycznej, z którą zapoznaje nas kompozytor przede wszystkim w pierwszym i ostatnim utworze. Obydwie kompozycje opierają się o dwa motywy, a ich genezy należy szukać w parze głównych bohaterów – samuraju i kowboju, których relacje stanowią fundament filmu. Pierwszy z nich to rubaszna, niemalże sielska i łatwo wpadająca w ucho melodia, którą możemy przypisać postaci odgrywanej przez Bronsona. W czasie seansu szybko przekonamy się, że będzie ona stanowiła motyw wiodący omawianej partytury. Następnie pojawia się temat drugi, prostszy, ale także dużo bardziej poważny, grany na oboju i dulcimerze. Zostanie mu poświęcone nieco miejsca w kilku kolejnych utworach, a zwłaszcza w bardzo ładnym Samurai, ładnie odzwierciadlającym dumę postaci odtwarzanej przez Mifune. Charakterystyczne jest to, że materiał muzyczny samuraja nie otrzymał żadnych znaniom muzyki Wschodu. Próżno w nim szukać skal pentatonicznych czy chociażby odpowiednich naleciałości instrumentacyjnych. Jak widać. Jarre nie stara się rozdzielać postaci, a wprost przeciwnie – próbuje zacierać granice między bohaterami. Niemniej o ile ten temat faktycznie ilustruje sceny z jego udziałem, o tyle zakres działania poprzedniego motywu zostaje znacznie bardziej rozszerzony.

Jarre nie ogranicza jego roli jedynie do akompaniamentu w scenach z udziałem Bronsona. Dlatego też wspomniałem, że temat ten ma swoje korzenie w tej właśnie konkretnej postaci, ale nie jest jej lejtmotywem. Świetne wybrzmiewa zwłaszcza w plenerowych ujęciach ze scen podróży pary głównych bohaterów. Dodatkowo w tych sekwencjach stosuje go naprzemiennie z innym, lekkim tematem stanowiącym precyzyjny kontrapunkt do wspomnianej wyżej melodii, co możemy podziwiać w utworze Vers la Montagne, nasuwającym skojarzenia z westernowymi ilustracjami Elmera Bernsteina. Większość tych wejść podkreśla lekki i nieco komediowy charakter filmu Younga. To samo sugeruje widzowi kolejny temat, tym razem z Le Poursuite, który jest jeszcze bardziej komiczny i fikuśny. Dziś już jednak nieco trąci myszką.

Sporą część albumu stanowi także dość trudny w odbiorze underscore, którego nie jesteśmy w stanie ulokować w obyczajowości Zachodu ani Wschodu. Jarre tworzy w ten sposób trzecią płaszczyznę swojej partytury, którą najdogodniej byłoby umiejscowić gdzieś pomiędzy obydwoma kulturami. Daje ona upust eksperymentatorskim fantazjom kompozytora, który aby wykreować odpowiednie napięcie stosuje cały arsenał przeróżnych, żeby nie powiedzieć dziwacznych, instrumentów. Przywołuje to niejednokrotnie na myśl muzykę Ennio Morricone, który podobne zabiegi wprowadzał w cięższych fragmentach swoich spaghetti westernów. Interesującą ideą jest na przykład wykorzystanie fal Martenota w durowej melodii z otwierającej album kompozycji. Jest to tak naprawdę jedynie preludium do kolejnych ekstrawaganckich, choć nie zawsze łatwych w odsłuchu, zagrań ze strony kompozytora. Przykładem jest utwór Commaches, wykorzystujący różnorakie instrumentarium uzupełnione bardzo prymitywnym brzmieniem syntezatorów. W dzisiejszym kinie taka ilustracja z pewnością nie sprawdziłaby się, ale w filmie Younga nieźle udaje jej się wykreować uczucie trwogi przed wrogo nastawionymi Indianami. Jarre jednak nie ucieka się jedynie do nietypowych instrumentów i wprowadza też bardziej konwencjonalne środki wyrazu, jak chociażby niskie partie na fortepian, które stanowią rytmiczny fundament w ciekawym i oryginalnym Terreur Dans les Roseaux. Co prawda ta kompozycja na płycie nie radzi sobie zbyt dobrze, ale za pomocą niej Jarre świetnie buduje napięcie przed finałowym rozstrzygnięciem. Co ciekawe, na przestrzeni niemalże całej partytury rola underscore’u francuskiego kompozytora ogranicza się do tworzenia suspensu przed poszczególnymi sekwencjami akcji, które jednak już własnej ilustracji nie otrzymały.

Część zachodnich recenzentów zwraca uwagę na wpływy muzyki nadwornego kompozytora Akiry Kurosawy – Fumio Hayasaki – na kształt partytury Jarre’a do Soleil Rouge. Osobiście byłbym jednak bardzo ostrożny w tego typu ocenie. Generalnie Jarre nie tyle nie odwołuje się do japońskiego kompozytora jeśli chodzi o melodykę, ale także w przypadku orkiestracji. Pewne metody ilustracyjne faktycznie wydają się zbieżne, lecz wynika to z tego, że sam Hayasaka przejął je od swoich zachodnich kolegów po fachu. Ponadto, jak wspomniałem wyżej, Jarre w pierwszej kolejności odwołuje się do zachodniej muzyki, aby dopiero w drugiej kolejność uzupełnić ją o wpływy Wschodu, do tego zazwyczaj na bardzo subtelnym poziomie. Z tychże względów przyrównywania score’u Jarre do muzyki Japończyka wydają się mi nie do końca trafione.

Album prezentuje materiał w niechronologicznej kolejności – nie licząc oczywiście pierwszego i ostatniego utworu. Część muzyki z filmu w ogóle nie znalazła się na płycie – głównie ciężko przyswajalny i eksperymentatorski underscore. Niestety wydawniczej selekcji padło ofiarą także nieco muzyki ilustrującej podróż głównych bohaterów opartej przede wszystkim o motyw przewodni.

Soleil Rouge nie ma w sobie tej lekkości i meksykańskich wpływów Villa Rides i El Condor, czy przebojowości The Professionals. Z tego też względu niełatwo go przyrównać do któregokolwiek z wyżej wymienionych westernów, przy których pracował Maurice Jarre. Omawiany album jest dużo bardziej stonowanym przykładem westernowej partytury, ostrożnie poszukującym alternatyw. Muzyka ta niestety nie uchroniła się, co prawda, przed zębem czasu, ale z drugiej strony łatwo da się odczuć pewną nutkę nostalgii za dziełami tamtego okresu. Nawet sam kompozytor nie ukrywał, że nie zaliczyłby Soleil Rouge do swoich najlepszych partytur. Niemniej, my słuchacze, nie powinniśmy się zbytnio sugerować tą opinią, bo chociaż partytura ta bez wątpienia pozostanie w cieniu słynnych prac Jarre’a, jak i innych westernowych klasyków, to mimo wszystko jest pozycją na tyle szczególną, że warto poświęcić jej pół godziny czasu. Pomimo cięższych fragmentów amatorzy score’ów starszej daty powinni się odnaleźć w tym albumie, a w przypadku fanów gatunku mogę to powiedzieć ze stuprocentową pewnością.

Najnowsze recenzje

Komentarze