Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
David Newman

Serenity 1

(2005)
-,-
Oceń tytuł:
Mariusz Tomaszewski | 15-04-2007 r.

Częste są przypadki, gdy artysta zyskuje sławę po śmierci. Jest w tym coś, co nas przyciąga. Świadomość, że już nic więcej podobnego się nie powtórzy, podziwianie sztuki, która w naszej świadomości zaczyna istnieć jako coś wyjątkowego po części dlatego, że jest to ostatni przypadek w swoim rodzaju. W tym wypadku taki los nie dotknął artysty, lecz jego dzieło. Firefly po zdjęciu z anteny okazało się mieć rzesze wiernych i spragnionych dalszych epizodów fanów. Niestety ta prośba w żaden sposób nie mogła zostać spełniona, ale każdy kto uważa się za artystę, doskonale wie, że jeśli się coś zaczyna, trzeba to skończyć.

Firefly kończy się w momencie, kiedy na dobrą sprawę się zaczyna. Nie trzeba chyba mówić, jak wielki niedosyt to pozostawia po sobie. Na szczęście Joss Whedon – twórca serii – znalazł pośrednie rozwiązanie tego problemu. Nie mogąc kontynuować pracy nad serialem, zdecydował się nakręcić kinową wersję Firefly. Jej celem nie było zdobywanie nowych fanów ani wyciąganie pieniędzy od miłośników serii. Jej zadaniem było przynieść zakończenie, którego próżno szukać w serialu. Naturalnie całość skonstruowana jest w ten sposób, że ktoś nie znający Firefly również będzie się dobrze bawił w kinie (chociaż w przypadku naszego kraju możemy mówić wyłącznie o wydaniu DVD, bowiem i tym razem nasi rodzimi dystrybutorzy zapomnieli o tym tytule).

Telewizyjna wersja doczekała się porządnej oprawy muzycznej autorstwa Grega Edmonsona. Niestety producenci nie odważyli się powierzyć mu ponownie zadania wykreowania muzycznego świata na potrzeby Serenity. Po raz kolejny dała o sobie znać chciwość i strach producentów, którzy zażądali znanego kompozytora. Tym samym po raz kolejny popełnili błąd. Pierwszym błędem było nie danie szansy Edmonsonowi i zatrudnienie Cartera Burwella. Drugim błędem było zwolnienie Burwella, bowiem ten nie zgodził się pisać tak jak mu kazano. Żądał swobody, nie otrzymawszy jej, został zwolniony. Na ‘wizję’ producentów przystał David Newman, brat Thomasa, syn Alfreda Newmana. I zgodnie z oczekiwaniami producentów wyszło wielkie nic z małymi akcentami, które niestety dla producentów, a na szczęście dla nas znalazły miejsce w filmie i na tej płycie.

Na wstępie wymienię zalety tej partytury. Nie będzie ich za wiele, zatem nie zajmie to dużo miejsca. Tym, co ratuje tą ścieżkę przed totalną katastrofą jest świetny temat napisany jakoby dla samego statku. Usłyszymy go w Serenity, zaś jego wolniejszą aranżację w Funeral / Rebuilding Serenity. Główną rolę odgrywa tutaj tak charakterystyczne banjo, towarzyszy mu zaś perkusja, wiolonczela oraz waltornie. Całość brzmi świetnie, ale… no właśnie, tutaj daje o sobie znać ograniczenie, jakie niesie ze sobą pisanie muzyki pod obraz. Wspomniany temat nie trwa nawet minuty, bowiem tylko tyle miejsca na taką muzykę było w filmie. Kompozytor nie ma jak obejść takiego problemu. Jedynym rozwiązaniem jest trochę inny materiał na soundtracku, co zdecydowanie poprawiłoby jego słuchalność. Zabiegi, które stosują najwięksi kompozytorzy jak John Williams czy Hans Zimmer niestety nie znalazły tutaj zastosowania. Nie przyjdzie nam usłyszeć żadnej suity, ani przearanżowanej wersji któregoś z utworów. Wszystko jest takie, jak słyszymy w filmie. Przez co na albumie panuje chaos.

Do plusów zaliczyłbym jeszcze utwór Jayne & Zoe / Final Battle, gdzie możemy usłyszeć naprawdę dobrą muzykę. Tutaj do głosu dochodzi sekcja dęta, na której opiera się szybki, przygodowy motyw. Na dobrą sprawę to są wszystkie zalety tej płyty. To co szybko zaczyna drażnić, to przewaga elektroniki nad orkiestrą. Zastąpiła ona wszelkie etniczne elementy tak obecne u Edmnosnoa. Naturalnie momentami słychać stylistykę country, ale to już nie to samo. Muzyka zatraciła swoją serenity (pogodę ducha). Próżno na tym soundtracku szukać klimatów związanych z bliskim wschodem czy z kulturą kraju kwitnącej wiśni. Niestety to co słyszymy, to najczęściej zbiór elektronicznie wykreowanych, przypadkowo pojawiających się dźwięków. Czasami usłyszymy kilka sympatycznie brzmiących akordów na gitarę akustyczną, ale tego wszystkiego jest za mało. Ta ilustracja to typowa tapeta muzyczna, jakich niestety coraz więcej. Zero w tym kreatywności (poza tematem statku), zero inwencji i poświęcenia.

Biorąc pod uwagę czas jaki Newman miał na skomponowanie tej ścieżki (prawie pół roku), oraz, że wcześniej sprawdził się w znakomitej komedii sci/fi Galaxy Quest, należy uznać tą muzykę za porażkę. A wystarczyło iść ścieżką wytyczoną przez Edmonsona, który stworzył naprawdę specyficzny klimat. Tutaj za mało jest country, za mało jest innych elementów etnicznych, razi tematyczna pustka, zrezygnowano z motywu z piosenki, którą słyszymy w Firefly. Innymi słowy w drodze tworzenia tej ilustracji zapomniano chyba, do czego ona powstaje i jaki ma być jej ostateczny cel. Wielka szkoda, bo film ma wielki potencjał i aż prosiło się, aby otrzymał lepszą oprawę muzyczną. A tak, jest jak jest i w sumie szkoda czasu dla tej muzyki na soundtracku. Lepiej zaopatrzyć się w dvd i delektować się nią wraz z obrazem, gdyż w takim wykonaniu wypada ona dużo lepiej.

Inna recenzja z serii:

  • Firefly
  • Najnowsze recenzje

    Komentarze