Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Patrick Doyle

Rise of the Planet of the Apes (Geneza planety małp)

(2011)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 14-11-2011 r.

Rupert Wyatt, to raczej mało znany filmowiec. Na swoim koncie ma raptem kilka niezbyt głośnych obrazów. Tym większym wydaje się jego sukces, że zdołał okiełznać każdy element tak dużej produkcji, jaka spadła na jego barki nie tak dawno temu. Geneza planety małp, bo o tym filmie mowa, to nie tylko cofnięcie się w czasie i poznanie okoliczności w jakich upaść miała nasza cywilizacja. To także inteligentne kino, pełne emocji i wrażeń. Z pewnością jest to jedna z lepszych produkcji s-f roku 2011, stawiająca znaną nam od lat serię w zupełnie nowym świetle.

Kredyt zaufania, jakim Wyatt obdarzył tworzącego muzykę, Patricka Doyle’a, przyniósł swoje wymierne efekty… Choć tylko na pewnych płaszczyznach. Kompozytor dostarczył bowiem wiarygodną muzykę, która wyrosła na jeden z mocniejszych elementów filmu. Zbudowała ona potrzebne napięcie i podkreśliła całkiem niewybredną narrację filmu Wyatta. Zresztą już kilka miesięcy wcześniej, Doyle udowodnił nam, że całkiem nieźle radzi sobie z kinem s-f. Partytura do ekranizacji przygód Thora nie wpisała się może do kanonu jego największych osiągnięć, ale potrafiła zaistnieć tam, gdzie powinna, a i dostarczyła pewnych wrażeń. Mimo iż Geneza planety małp zawężała nieco przed Doylem muzyczne horyzonty (ze względu na silne obciążenia serią), to kompozytor zdołał targnąć się na solidne rzemiosło, które ma prawo szczerze ukontentować widza mierzącego się z filmem.



Jednakże pierwsze wrażenie, jakie zostawił po sobie odsłuch Genezy oscylował na granicy zaskoczenia i pewnego niezrozumienia. Spuścizna Goldsmitha i Elfmana była ogromna, czemu więc kompozytor nie odwołał się do tych ikon? Zapoznanie się z filmem rozwiało część z tych wątpliwości. Jak się bowiem okazało, celem projektu nie było rozpływanie się nad wspaniałością poprzednich odsłon serii, ale stworzenie wiarygodnego podłoża pod nakręcone wcześniej dzieła. Nie dziwne zatem, że Doyle odciął się od tego wszystkiego i postawił na współczesne symfoniczno-elektroniczne, hollywoodzkie brzmienie. Jeżeli istnieje jakiś link łączący Genezę z pozostałymi partyturami tej serii, to położenie większego nacisku na etniczny charakter muzyki. W czymże owa etniczność miałaby się przejawiać? Przede wszystkim w zaangażowaniu większej ilości instrumentów perkusyjnych – tych naturalnych jak i samplowanych – oraz oscylującego wokół afrykańskich rejonów, chóru. Brzmi znajomo? Nie ma się czemu dziwić! Muzyka Doyle’a opiera się poniekąd na poprzedniej pracy z tej serii, na partyturze Danny’ego Elfmana do remake’u Planety małp, choć metodycznie blisko jej do innego hitu z 2005 roku – King Konga.



Jak się okazuje, Geneza nie do końca czerpie pełnymi garściami z tych źródeł. Zresztą nawet jeżeli, to sposób w jaki transferowano te pomysły na karty partytury, dowodzi, że Doyle poszukiwał jeszcze innych rozwiązań. Jest to tylko drobna wykładnia stylistyczna, która ukierunkowała kompozytora na pewne standardy, jakie od lat kształtują przecież Hollywood. Jednym z owych standardów wydaje się być między innymi ostinato, do którego Patrick sięga równie ochoczo. A sięga po to, aby zarzucić pomost pomiędzy generującym napięcie underscore, a pełną dynamiki i symfonicznej „brutalności”, muzyką akcji. Fani ścieżek dźwiękowych pokroju Batman: Początek znajdą więc tu coś dla siebie. Geneza Planety Małp jest zatem muzyką w głównej mierze odtwórczą.


Paleta tematyczna również nie przyprawi nas o swobodny opad szczęki. Żaden z filmów tej serii nie prezentował zresztą niezapomnianych melodii. Bo i po co? Partytury do pierwszych obrazów z lat 60-tych były wariacją na awangardowe podejście do ilustracji. Praca Elfmana również stroniła od wyrafinowanych i łatwo zapadających w pamięć, melodii. Kompozycja Doyle’a jest o tyle lepsza, że posiada uporządkowaną linię melodyczną. Uporządkowaną w ramach dwóch stale powracających tematów. Pierwszy z nich, nostalgiczny, jest synonimem głównego bohatera – w tym przypadku małpy o imieniu Cesar, której dramatyczne losy doprowadzą do wszczęcia rewolty przeciw ludziom. Trzeba przyznać, że filmowcy postarali się i obdarzyli Cesara rzadko spotykanym wśród animowanych komputerowo postaci, autentycznym charakterem. Owej wiarygodności dodaje również muzyka Doyle’a, a właściwe wspomniany tu temat. Jego walory estetyczne są raczej niskiej jakości, ale wiele razy uderzą nas piękne aranże – czy to na solowy żeński wokal, czy też na silącą się na epickie, dynamiczne frazy, orkiestrę. Jako podstawa lirycznej strony partytury sprawuje się więc całkiem poprawnie.

Drugi temat, to już czysta akcja, a tej w partyturze Doyle’a, co jak co, ale nie zabraknie. Przedsmak takowej mamy okazje usłyszeć już we fragmencie ilustrującym ucieczkę „Jasnookiej” z laboratorium. Co można powiedzieć o action score po tym krótkim fragmencie? Przede wszystkim to, że jest budowany na wspomnianym wyżej ostinato. Rytmiczne, posuwiste ruchy smyczków dają tło pod liczne wejścia instrumentów perkusyjnych i dęciaków, zapewniających fakturze (gdy zaistnieje taka potrzeba) większą „potęgę” i moc. Nihil novi, chciałoby się powiedzieć. Kompozytor nie zaskakuje nas bowiem niczym nowym w tego typu zabiegach. Tak samo sprawa ma się z chórem. Ostatnich kilka utworów zawartych na płycie, to czysta akcja – ilustracja buntu małp okraszona dodatkową obecnością charakterystycznych głosów i wokali. Nie bez powodu zresztą odsyłających naszą wyobraźnię do afrykańskiej etniki.

Najbardziej sugestywne wydają się pasaże pomiędzy dynamiczną akcją, a elektronicznym underscore. Patrick Doyle nie stroni od współczesnych technik budowania napięcia i podtrzymywania go za pomocą snujących się w tle tekstur. Nie zawsze zdają one egzamin, ale na przykład mroczna, wypełniona mocnymi uderzeniami perkusji, muzyka, jest idealnym katalizatorem pomiędzy małpami, a widzem, który stara się zrozumieć to, co czai się w głowach uwięzionych i sfrustrowanych zwierząt. Muzyka Doyle’a ma swoje mocne pod względem ilustracyjnym, momenty. Niekiedy wdziera się w realia filmowe tak bardzo, że staje się jej nieodzownym elementem. Przykładowa scena, w której (uwaga, spoiler!) Cesar przemawia ludzkim głosem wykrzykując „Nie!” wywołuje solidne ciarki na plecach.

Szkoda tylko, że ten sam fragment muzyczny nie potrafi w równym stopniu zachwycić na płycie. Największym grzechem partytury jest chyba to, że poza filmem stanowi ona jedynie dobre i całkiem wiarygodne rzemiosło z kilkoma momentami zdolnymi przyciągnąć uwagę słuchacza na dłużej (np. sekwencja potyczki na Golden Gate). Odrębną sprawą jest kwestia kiepskiego, moim zdaniem, masteringu. Materiał zawarty na płycie jest „przepompowany” – skompresowany tak, aby wszelkie uderzenia perkusyjne zachowywały się jak bit w utworze z gatunku muzyki klubowej. Może i kształtuje to dynamikę w bardziej ożywionych fragmentach partytury, ale z pewnością nie daje przyjemności słuchania, zwłaszcza na dobrym sprzęcie. Pomijając ten drobny techniczny kiks, ścieżka dźwiękowa do Genezy planety małp, to zdecydowanie jedno z ciekawszych osiągnięć muzycznych tej serii. Polecam sięgnąć po krążek i przekonać się o tym samemu.

Najnowsze recenzje

Komentarze