Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
James Peterson

Red Canvas, The

(2009)
-,-
Oceń tytuł:
Marek Łach | 27-01-2010 r.

Jedna z najmilszych niespodzianek mijającego sezonu. Młody amerykański debiutant przebija się do zbiorowej świadomości z niespotykanym impetem, udowadniając, że mimo małego doświadczenia w branży można napisać kompozycję przemyślaną, efektowną, garściami czerpiącą z najlepszych tradycji gatunku, ale mieszającą je w oryginalny sposób. Mnie osobiście najbardziej cieszy fakt, że The Red Canvas Petersona cechuje duża wyobraźnia, że jest to ilustracja idąca pod prąd zestandaryzowanej, współczesnej muzyce akcji, że jest to wreszcie muzyka, w której czuć autorski koncept zamiast biblioteki sampli.


Oczywiście pomysł Petersona na score nie jest czymś szczególnie nowatorskim ani wyszukanym, niemniej jednak porównanie uczestników brutalnego turnieju sztuk walki ze starożytnymi gladiatorami, jak trywialne by nie było, stało się punktem wyjścia dla ciekawego hołdu twórczości tuzów symfonicznej muzyki filmowej, z Miklósem Rózsą na czele. Węgra Peterson wskazuje osobiście jako źródło inspiracji, trudno zresztą liczne aluzje do Ben-Hura doświadczonemu słuchaczowi przegapić (w utworach Johnny Likes Extortion czy Calling All Gladiators odniesienia te są aż nazbyt czytelne); poza tytanem Złotej Ery odnajdzie się w The Red Canvas sporo innych, dawnych i dzisiejszych mistrzów, których muzyka ukształtowała Petersona jako kompozytora dojrzałego i świadomego swych możliwości.


Zadanie było bowiem dość karkołomne – film to akcyjniak klasy B, którego akcja toczy się gdzieś wśród nizin społecznych, a zwycięstwo w tytułowym turnieju ma być szansą na nowy start w życiu. Obraz ten o dziwo udał się, zdobył uznanie na amerykańskim festiwalu Action on Film, a jedna z nagród powędrowała do Petersona za muzykę (napisaną w 3 tygodnie). Jeśli podejść do The Red Canvas bez uprzedzeń, zobaczy się całkiem solidny film, z klasycznie rozpisaną dramaturgią i tragedią rodzinną w tle, uzasadniającą motywacje głównego bohatera. Ten prosty, ale realizujący założenia gatunku scenariusz dał kompozytorowi dużo przestrzeni, w rezultacie czego ilustrację cechuje wysoka płynność fabularna, a w konsekwencji – sprawny, konkretny przekaz w formie płytowej. Spójność formy jest jak na tak młodego twórcę bardzo satysfakcjonująca, co udowadnia wyprodukowany przez Mikaela Carlssona z MovieScore Media album; słuchacz otrzymuje muzyczną opowieść według sprawdzonych prawideł, z introdukcją, rozwinięciem i efektownym finałem włącznie. I tutaj tkwi chyba największy sukces Petersona.

Jak to wszystko wypada w filmie? Ano całkiem solidnie, choć niektóre z obaw, jakie miałem przed seansem, potwierdziły się. To co jednak szwankuje, to wcale nie muzyka akcji, a warstwa liryczna i barberowskie akcenty dramatyczne. O ile Peterson trafnie wyczuwa atmosferę i potrzeby danej sceny, o tyle czasami zdarza mu się przeszarżować – w sumie nic dziwnego, to właśnie w tym aspekcie ewolucja muzyki filmowej poczyniła największy krok i symfoniczna dosadność, jaka przed laty była standardem, dzisiaj przytłacza obraz, nie posiadając dawnej finezji. Łatwo sobie wyobrazić, jak w kameralnej mimo wszystko opowieści o rodzinnym dramacie (z bijatyką w tle), działałoby Adagio for strings Barbera – otóż właśnie, intensyfikowałoby emocje do niebotycznych rozmiarów i teatralizowało niepotrzebnie sceny z założenia realistyczne. Jako że inspiracje barberowską harmoniką są u Petersona bardzo ewidentne, końcowy efekt jest podobny, a dramatyczna szarża tego rodzaju we współczesnym kinie dawno już straciła rację bytu.

Ścieżka rehabilituje się jednak w innych miejscach, szczególnie w muzyce akcji. To ona właśnie stanowi o przebojowości kompozycji Petersona, warto się więc nad nią dłużej zatrzymać. Zaznaczyć trzeba od razu, że w filmie, poza orkiestrową ilustracją dostępną na albumie, pojawiają się również fragmenty utrzymane w ostrym, metalowym stylu, z przewodnią rolą gitary elektrycznej, na tle których symfoniczny score ukazuje wszystkie swoje walory. Otóż fragmenty te brzmią niezwykle topornie i choć sprawdzają się w migawkowych pojedynkach (reżyser bardzo długo czeka z celebracją właściwego turnieju, w którym weźmie udział główny bohater), nadając im nieobecnego w ścieżce Petersona modernistycznego brzmienia oraz pompując w obraz końską dawkę adrenaliny, to finałowej potyczki, w trakcie której zawodnicy nie są już dla widza anonimowi, nie zdołałyby emocjonalnie udźwignąć.

I tutaj wkracza słynny Ballet for Brawlers, 11-minutowe tour de force, które pod względem dramaturgicznym rozplanowane zostało po prostu znakomicie. Szalenie cieszy mnie, iż debiutant potrafił przyrządzić tak kompleksowy, dopracowany utwór, w którym nie czuć prawie w ogóle piętna ilustracyjności i który zdaje się wymykać gorsetowi filmowego montażu. Interakcja sekcji dętej i perkusji jest jak gdyby odbiciem zachowań i ruchu zawodnikow na ringu, orkiestrowe bombardowanie brzmi niczym seria ciosów, spośród których za każdy jeden odpowiada inny instrument. Co najważniejsze, utwór w filmie cechuje wysoka funkcjonalność, co pokazuje, że w kwestii emocji i dramaturgii w muzyce akcji goldsmithowska szkoła, do której Peterson oczywiście się odnosi, wciąż nie ma i chyba nie będzie miała sobie równych.

O ile jednak The Red Canvas twórczo łączy dziedzictwo symfonicznej muzyki filmowej (obok wspomnianych Rózsy i Goldsmitha najważniejszym punktem odniesienia byłby tu jeszcze Elliot Goldenthal) i w rezultacie, mimo że sklejona z gotowych już materiałów, brzmi całkiem świeżo i indywidualnie (inspiracje cechuje bardziej podobieństwo harmoniczne niż faktyczne naśladownictwo), o tyle nie można tego samego powiedzieć o zamieszczonej bonusowo na płycie Moving Images Suite. Powstała dwa lata wcześniej praca koncertowa jest już niestety typowym imitatorstwem, ślepo kopiującym patenty Williamsa, Silvestriego czy Coplanda, imitacją o nikłej wartości artystycznej i nadmiernym uzależnieniu od typowo kinowych środków wyrazu. Pokazuje to, jak znacząco Peterson jako kompozytor się przez ten czas rozwinął i pozostaje mieć nadzieję, że The Red Canvas to tylko przedsmak jego możliwości. Brawa dla MovieScore Media za jedno z odkryć roku i pokazanie, że poważna ilustracja symfoniczna również zasłużyć może na określenie „fajna”.

Najnowsze recenzje

Komentarze