Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Thomas Newman

Passengers (Pasażerowie)

(2016)
-,-
Oceń tytuł:
Paweł Stroiński | 10-01-2017 r.

Lecący na odległą kolonię Jim Preston budzi się z hibernacji. 90 lat za wcześnie. Będący jedynym obudzonym na statku, może porozmawiać tylko z… barmanem-androidem. W końcu zakochuje się w innej pasażerce, Aurorze Lane, co stawia go przed wielkim dylematem moralnym… W najnowszym filmie Mortena Tylduma (Łowcy głów, Gra tajemnic) zagrali Chris Pratt i Jennifer Lawrence. Poza tym na ekranie pojawiają się m.in. Laurence Fishburne i Andy Garcia. Głosem statku jest Emma Clarke, którą niektórzy mogą kojarzyć jako… głos londyńskiego metra. Norweski reżyser zebrał szacowną ekipę – zdjęcia zrobił Rodrigo Prieto, a za scenografię odpowiedzialny był Guy Henrik Dyas. Film wywołał wielkie kontrowersje i zebrał od krytyki cięgi właśnie z tego powodu. Niemniej drążenie tego wszystkiego byłoby zbyt dużym spoilerem dlatego skupmy się na faktach. Film jest dużo bardziej ckliwym melodramatem niż pokazywanym w trailerach filmem akcji. Porządnie zagrany, przedstawia jednak pewien moralny dylemat. Podstawową zaletą jest chyba jednak obraz i tutaj uwagę zwracają przepiękne zdjęcia Prieto -zwłaszcza te, ukazujące przestrzeń kosmiczną.

Po współpracy z Alexandre Desplatem, tym razem Tyldum postawił na Thomasa Newmana. Wybór ten bardzo ucieszył Jona Spaihtsa (Prometeusz), który ponoć pisał swój scenariusz słuchając właśnie jego muzyki. Krytycy uznali, że to odpowiednie, skoro tak naprawdę mamy do czynienia ze swoistą wersją Wall-E, jednej z najbardziej cenionych ścieżek kompozytora American Beauty. Ponadgodzinny album z muzyką wydało Sony.

Płytę rozpoczyna The Starship Avalon (Main Title). Proste ostinato powoli buduje nastrój, ale już na wstępie ścieżki słychać, że bardzo dużą rolę w tej muzyce odegra elektronika. Dopiero później pojawiają się smyczki, a dodatkowa warstwa syntezatorów nadaje wrażenia pulsu. Narasta dramatyzm, w czym jeszcze pomagają przeciągłe partie na waltornie. Hibernation Pod 1625 to już znany nam Thomas Newman: nieco jazzowy fortepian, niepozbawiona lekkiego humoru aranżacja (elektronika, smyczki pizzicato).

W muzyce do Pasażerów, jak słychać już w pierwszych utworach, dużą rolę odgrywa elektronika. Pomaga w tym jeszcze miks ścieżki, o bardzo dużym pogłosie. Newman korzysta z tego, by przede wszystkim oddać rozległą przestrzeń, w jakiej znajduje się główny bohater. Chodzi nie tylko o przestrzeń kosmiczną. Sam statek kosmiczny przypomina wielkie statki pasażerskie (w tłumaczeniu jest nawet nazwany liniowcem). Poprzez niejako stworzenie przestrzeni, oddanie jej nie tylko poprzez brzmienie elektroniki, ale i sam miks, Amerykanin oddaje stan psychiczny głównego bohatera, przede wszystkim jego osamotnienie. Co ciekawe, bardzo delikatnie kompozytor odwołuje się do klasyków elektronicznego grania. Choć nic bezpośrednio nie kopiuje, w pewnych momentach (Hibernation Pod 1625 chociażby) brzmienia syntezatorów przypominają Vangelisa. Smutek związany z tym osamotnieniem na samym początku albumu sugeruje Crystalline, choć muzyka nie jest wydana zgodnie z filmową chronologią. Oprócz tego smutku, jak zwykle u Thomasa Newmana pełnego empatii, pojawia też się większe napięcie.

Czy to w muzyce emocjonalnej czy akcji, którą usłyszeć można w dalszej części albumu (z krótkim interludium w pierwszym utworze), Thomas Newman koncentruje się przede wszystkim na budowaniu specyficznego nastroju. Tyldum, przynajmniej w swych hollywoodzkich projektach, wybiera kompozytorów-psychologów. Oprócz świetnego aktorstwa Chrisa Pratta, początek filmu jest dźwigany w dużej mierze właśnie przez delikatnie podkreślającą jego osamotnienie (nawet, jeśli bohater szuka pozytywów) muzykę. Tym bardziej dramatyczna staje się jego późniejsza decyzja (Sleeping Girl), gdzie mimo że akcja jest tak naprawdę dość prosta sama w sobie, Amerykanin doskonale oddaje pewną desperację. Podobnie, choć w zupełnie innym stylu dzieje się w I Tried Not to…, gdzie kompozytor sięga raczej do mrocznego ambientu. Jest to najtrudniejszy w odbiorze utwór, ale brzmieniowo spójny z pozostałymi na płycie.
Muzyka akcji pojawia się tak naprawdę w drugiej połowie płyty. Co ciekawe, wprowadza ją ten sam motyw, co rozpoczynał film. Mocna pulsująca elektronika może nieco przypominać twórczość Hansa Zimmera, ale Niemiec nie jest oczywiście jedynym kompozytorem, który tak dynamizuje akcję. Jest to kolejne wyraźne nawiązanie do tradycji lat osiemdziesiątych. Ten utwór charakteryzuje się dość typowym dla Newmana dialogiem harfy i fortepianu. Solowy wokal słyszany tu i ówdzie znany jest z He Named Me Malala. Cascade Failure wprowadza inny ważny element – kotły i przeciągłą blachę, znaną już z Bondowskich ścieżek kompozytora. Najlepiej zaś w filmie i na albumie wypada Zero-Gravity. Desperacka scena podkreślana jest przez to, co muzycznie można by uznać za połączenie Ratując Pana Banksa (mówiąc ściśle, To My Mother) ze Skyfall. Rytmiczna, oparta na prostym ostinacie elektronika, kotły, wreszcie dołączają wprost desperackie smyczki kontrastowane z przeciągłymi akordami na dęte blaszane. Podobnie dramatyczne jest Looking for Wrong.

Ostatnia wreszcie część, za której początek można uznać wspomniany już przed chwilą utwór, łączy materiał emocjonalny z muzyką akcji. Pod względem brzmień elektronicznych bardzo ciekawie wypada Untethered. Bardzo dramatyczne jest z początku też You Brought Me Back, choć rytm znany z Red Giant świadczyłby raczej o czymś innym. Zakończenie zaś to typowy romantyzm w niepowtarzalnym stylu Thomasa Newmana, a pokazują to ostatnie trzy utwory łącznie z elektronicznym, pełnym typowej newmanowskiej magii, Sugarcoat the Galaxy.

Pasażerowie to nic nowego. Dobrze wpisują się w ostatnie trendy twórczości Newmana, pogłębiając rolę elektroniki, przez co niektórzy wręcz stwierdzili, że kompozytor stracił swój unikalny głos. Bynajmniej. Owszem, niektóre utwory akcji bliższe są nowszym trendom w muzyce filmowej w ogóle, ale nie Hans Zimmer ani ktokolwiek inny wymyślił takie, a nie inne sposoby dynamizacji muzyki. Właśnie elektronika jednak, jak się zdaje, wyróżnia ścieżkę i pokazuje, że jest tu coś więcej niż tylko nawiązania do He Named Me Malala czy nawet Ratując pana Banksa. W muzyce akcji dochodzi jeszcze chociażby Skyfall. Ale jedno trzeba tej ścieżce, oprócz urody, oddać. Jej atmosfera jest wyjątkowa, choć stworzona prostymi środkami, syntezatorami i dużym pogłosom nadającym całości swoistego rodzaju „mokre” brzmienie.

Najnowsze recenzje

Komentarze