Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Jo Yeong-wook

Oldboy

(2004)
-,-
Oceń tytuł:
Łukasz Wudarski | 15-04-2007 r.

Jakiś czas temu kino azjatyckie zaczęło swój tryumfalny marsz na podbój Europy. Po filmach japońskich i chińskich, także i produkcje koreańskie zaczęły zdobywać serca zarówno prostych widzów, jak i wyrafinowanych krytyków. Co sprawia, że jeszcze do niedawna gardzone i uznawane za śmieszne produkcje, dziś urastają do rangi wielkiej sztuki? Wydaje się ze w epoce braku pomysłu, w erze sequeli i coverów dobra idea jest na wagę złota. A to kino azjatyckie, będące skarbnicą koncepcji skumulowanych w dalekowschodniej kulturze popularnej, jest w stanie zaproponować, wypranym już nieco z pomysłów Europejczykom.

Oldboy to zaczerpnięta z komiksu historia mężczyzny porwanego i uwięzionego na piętnaście lat. Gdy po tym czasie, spędzonym w ciasnym pokoiku, bohater zostaje bez żadnego powodu wypuszczony na wolność, pragnie tylko zemsty. Lecz aby jej dokonać musi się dowiedzieć kto jest odpowiedzialny za jego tragedię, i jaki był cel tego porwania.

Film odniósł duży sukces (za sprawa zasiadającego w jury Quentina Tarantino nagrodzono go Złotą Palmą w Cannes), który przyczynił się do dystrybucji tej produkcji w świecie. Przedmiotem naszej recenzji będzie oczywiście muzyka. Została ona skomponowana przez Jo Yeong-wook, w Europie niemal nieznanego kompozytora, który za swą pracę przy Oldboyu w 2004 odebrał koreańskiego Oskara Grand Bell Award dla najlepszej partytury roku.

Oldboy to muzyka którą należy odkrywać stopniowo, muzyka która w miarę słuchania ukazuje coraz to nowe swe oblicza. Kompozytor z dużą bowiem wirtuozerią połączył utwory ściśle przynależące do kręgu europejskiego („The Last Waltz”, „The Searchers”) z charakterystycznymi dla azjatyckich produkcji dusznymi brzmieniami („In a Lonely Place”, „Out Of Sight”, „Dressed to Kill”). Słuchając płyty z Oldboya uderza nas bogactwo tematyczne, inwencyjne i klimatyczne. Niewątpliwie owa wielorakość sprawia, że słuchacze o różnych gustach muzycznych będą mogli tu znaleźć coś dla siebie. Od europejskiej klasyki, przez mglisty azjatycki Jazz („In a Lonely Place”, „The Big Sleep”), aż po modnie brzmiące, mroczne beaty ze świetną elektroniką („Jailhouse Rock”, „Look Who Is Talking”). Dla kogoś kto nie widział filmu taka mieszanka może się wydać nieco zbyt różnorodna, a nawet pozbawiona wszelkiego ładu. Zapewniam jednak, że obraz tłumaczy charakter muzyki. Prawdą jest również, że dla Europejczyka wychowanego na żywej orkiestrze, niektóre pomysły kompozytorskie mogą być świętokradztwem, jednak nie zapominajmy o zupełnie innej kulturze i nieco odmiennym celu jakiemu ma służyć muzyka. Jestem przekonany, że wykorzystanie banalnie brzmiących smyczków, to nie przejaw nieumiejętności kompozytorskich (Jo Yeong-wook swoimi innymi partyturami udowodnia, że potrafi poprowadzić masywną i skomplikowanie brzmiącą orkiestrę – vide zimmerowsko brzmiące Silmido), lecz jest zabiegiem celowym, mającym budować atmosferę wyalienowania i specyficznego „duszenia się”, zarówno w maleńkiej celi jak i w wielkim, technokratycznym społeczeństwie.

Niewątpliwie najlepszym utworem na soundtracku jest prześliczny temat miłosny ”The Last Waltz”. Niestety posiada on jeden zasadniczy minus: pojawia się na płycie jedynie raz. A szkoda bo swoją emocjonalnością, siłą oddziaływania i prześliczną tematycznością (wspinający się klarnet) bez wątpienia może konkurować z najsłynniejszymi motywami znanymi z historii muzyki filmowej. Gdy rozbrzmiewa w kinie jest tak sugestywny, że po prostu nie daje się od niego uciec. Można go określić przymiotnikiem „hipnotyczny” tak jak hipnotyczna była miłość głównych bohaterów.

Bardzo trudno oceniać Oldboya kategoriami europejskimi, ale nie jest też łatwo przyłożyć go do typowego schematu azjatyckiego. Kompozycja ta bowiem jest rodzajem hybrydy, która w równym stopniu czerpie z tradycji europejskiej (walce, minimalistyczne smyczki mogące przywoływać na myśl barokowe pastisze Nymana), jak i z kultury rodzimej (tradycja ilustracji filmów anime). Wszystko to tworzy ciekawą mozaikę styli, która choć nie poraża oryginalnością i czasami może męczyć w odsłuchu („In a Lonely Place”, „Out Of Sight”, „Dressed to Kill”) to jednak genialnie oddziałuje w kinie i z pewnością warta jest przesłuchania, nawet przez miłośników hollywoodzkich wielkich produkcji. Polecam z całego serca, bo Oldboy to dowód na to, że kino koreańskie ma dużo do zaoferowania, nie tylko w warstwie obrazu, ale też w materii muzycznej.

Najnowsze recenzje

Komentarze