Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Fernando Velázquez

Monster Calls, A (Siedem minut po północy)

(2016)
-,-
Oceń tytuł:
Łukasz Koperski | 21-01-2017 r.

Trzynastoletni Conor O’Malley nie potrafi pogodzić się z konsekwencjami ciężkiej choroby samotnie wychowującej go matki. Pewnej nocy (dokładnie o godzinie, która robi za polski tytuł tej historii) odwiedza go potwór i obwieszcza, że opowie mu trzy historie… tak przedstawia się zarys powieści Patricka Nessa A Monster Calls, która tak naprawdę miała być książką autorstwa Siobhan Dowd. Brytyjska pisarka nie zdołała jej jednak dokończyć, zmarła bowiem na raka zdążywszy przedstawić sam początek i koncept reszty niedoszłej powieści swemu wydawcy. Ten poprosił o jej dokończenie Nessa, a efekt jego pracy został entuzjastycznie przyjęty w rodzimej Wielkiej Brytanii i nie tylko. Wkrótce prawa do ekranizacji zakupił Focus Features i przekazał je hiszpańskim twórcom, a konkretnie Juanowi Antonio Bayonie. Reżyser Sierocińca okazał się znakomitym wyborem, a jego adaptacja Siedmiu minut po północy niewątpliwie jednym z najlepszych filmów 2016 roku, jak najbardziej zasłużenie nominowanym w Hiszpanii do nagrody Goya aż w 12 kategoriach. Wśród nich i za muzykę, za którą odpowiada oczywiście Fernando Velázquez.

Słowo „oczywiście”pojawia się w kontekście twórcy muzycznej ilustracji, bo choć to dopiero trzeci pełnometrażowy obraz Bayony, to Velázquez zdaje się uchodzić za jego nadwornego kompozytora. Obaj dali się poznać światu Sierocińcem, można powiedzieć, że wypromowali się nawzajem: reżyser dał duże możliwości pokazania się autorowi muzyki, ten odwdzięczył mu się bardzo dobrą ścieżką, która była jednym z atutów tamtego obrazu. Obaj zdają się też dobrze czuć we wspólnych projektach. Poza nimi Velázquez, mimo dobrego przecież warsztatu, wcale nie zachwyca tak często, zazwyczaj pisuje prace na solidnym poziomie, ale bez większego błysku. Gdy jednak współpracuje z Bayoną, w jego pracach oprócz technicznej poprawności pojawia się i pamiętna tematyka, i duże emocje, a kompozytor jawi się jako ktoś więcej niż tylko rzemieślnik. Tak było i przy Sierocińcu, i przy Niemożliwe. Nie inaczej jest przy Siedmiu minutach po północy.

Muzyczna wrażliwość i umiejętność pisania dobrych tematów przez Hiszpana objawiają się już na samym początku. Connor Wakes Up / Main Title zaczyna się wprawdzie pojedynczymi, nieco niemrawymi dźwiękami fortepianu, za chwilę jednak usłyszymy tajemnicze chóry i brzmienia rodem z horroru. Z kolei w drugiej części utwory dostaniemy pierwszą aranżację ładnego tematu, podjętego tu najpierw przez fortepian, a potem przez flet na tle smyczkowych ostinat. Warto zauważyć, że melodia ta faktycznie towarzyszy napisom początkowym… To znaczy chciałem zwrócić uwagę na fakt, że A Monster Calls w ogóle ma rozbudowane napisy początkowe, rzecz mało popularna ostatnio w mainstreamowym kinie. W „starych, dobrych czasach” napisy początkowe tak wspaniale potrafiły wprowadzać w nastrój filmu i prezentować główny zamysł muzyczny kompozytora. Dziś najwyraźniej widzowie są zbyt znudzeni reklamami przed seansem, by serwować im dodatkowo napisy, a może akcja filmu musi się zaczynać już, od razu, bez chwili zwłoki… Dygresje na bok, w każdym bądź razie J.A. Bayona uznał, że nigdzie spieszyć się nie musi i oddał na początku tę odrobinę czasu do dyspozycji swojemu kompozytorowi.

Paradoksalnie w dalszej części filmu Velázquez aż tak znowu wiele możliwości jak by się wydawało dla prezentacji swego kunsztu mieć nie będzie. I bynajmniej nie dlatego, że jest to film „przegadany” czy też załadowany akcją. Reżyser z kompozytorem uznali, iż z uwagi na bardzo intymny w wielu momentach charakter obrazu, dotykający kwestii psychologicznych, relacji osobistych etc., będą ostrożni w dawkowaniu ścieżki dźwiękowej. Stąd chociażby te powściągliwe partie fortepianowe, od których score się zaczyna. Tego typu rozwiązania będą pojawiać się i później, przez co – a piszę to z żalem jako słuchacz albumu, choć z punktu widzenia filmu, wybór twórców jest zrozumiały – niewiele będzie możliwości do prezentowania tego, czym Velázquez zwrócił na siebie uwagę już przy El Orfanato, do owej „emocjonalnej tematyki”, do świetnych aranżacji głównego tematu zwłaszcza w pełnej orkiestrowej ekspresji. Na to wszystko razem przyjdzie nam niestety poczekać do końca i filmu, i albumu, bowiem tradycyjnie to suita z napisów końcowych stanowi najpełniejszą i najbogatszą ekspozycję głównych myśli tematycznych. Aczkolwiek i ona pozostawić może delikatny niedosyt, wcześniej na albumie usłyszymy bowiem bardziej mocarne wejścia orkiestry i chóry, w porównaniu z którymi End Credits prezentuje się bardziej stonowanie. Z tematycznych aranżacji wyróżnić trzeba jeszcze jeden bardzo ładny kawałek, a mianowicie Home Alone / Dad Arrives będący optymistyczną wariacją głównego tematu na fortepian i smyczki.

Większość score oscyluje jednak raczej z dala od głównych tematów: począwszy od smutnych, kameralnych dźwięków fortepianu aż po mocne (i mroczne) wejścia sekcji dętej i chóru. Wynika to oczywiście z charakteru opowieści: realistyczne sekwencje psychologiczno-obyczajowe współegzystują ze scenami, w których stare drzewo zamienia się w wielkiego potwora i odwiedza Connora, a do tego mamy jeszcze fenomenalnie zrealizowane animowane sekwencje opowiadanych przez niego baśniowych historii. W filmie oczywiście ten charakterologiczny rozrzut kompozycji Velázqueza jest jak najbardziej naturalny i sprawdza się bez zarzutu, jednak w kontekście płyty dla wielu osób może przynosić uczucie nadmiernej ilustracyjności. Plusem tego jest natomiast brak monotonii i większe zróżnicowanie muzyki.

Nie da się jednak ukryć, że z uwagi na taki charakter docenienie pracy hiszpańskiego kompozytora może wymagać znajomości filmowego kontekstu czy pewnej dozy cierpliwości, czy może też pewnego „wyrobienia” w materii muzyki filmowej. Nie jest to bowiem score przepełniony masą lekkich, chwytliwych melodii, czy oparty na rytmicznym action score. Gdy jednak dać mu szansę, ukaże przed nami wiele świetnie rozpisanych i niezwykle poruszających fragmentów. Wprawdzie jak to zwykle u Velázqueza, nie będą to jakieś odkrywcze i nowatorskie rzeczy pod względem koncepcyjnym, ale jeśli cenicie klasycznie napisaną, po profesorsku zorkiestrowaną „filmówkę” to znajdziecie tu wiele dobrego. I można tylko domyślać się, co by było gdyby obraz pozwolił kompozytorowi na rozwinięcie niektórych idei. Ot, choćby znakomitego połączenia intymnej aranżacji głównego tematu na fortepian z quasi-religijnymi chórami (przynoszącymi skojarzenia z Agnes of God Delerue) w końcówce I Wish I Had a Hundred Years. Szkoda, że ledwie Hiszpan rozbudzi nasz apetyt na więcej, utwór się kończy. Na pocieszenie mistyczne chóry powrócą w kolejnym kawałku, a trochę chórków usłyszymy też w innych utworach, choćby w The First Tale, które zresztą brzmi w dużej mierze niczym uwertura z jakiegoś score do klasycznego filmu fantasy (bo i po prawdzie pierwsza opowieść potwora mogłaby stanowić taką pełnoprawną, osobną krótkometrażową baśń).

Cała ścieżka autorstwa Velázqueza, tj. bez „bonusów” w postaci zupełnie zbytecznej drugiej wersji Montage zawierającej oprócz muzyki także filmowe dialogi, oraz dwóch wersji całkiem przyjemnej piosenki zespołu Keane (ale nie pytajcie mnie o jej rolę w filmie – o ile w ogóle w nim była, to gdzieś na jakimś trzecim planie), trwa niespełna godzinę. Jest to moim zdaniem czas nie tylko dla tego ale dla większości soundtracków w zupełności wystarczający, choć w tym akurat przypadku wynika to z ograniczonej ilości ilustracji w filmie a nie skrupulatnej selekcji pod kątem płyty. Tak czy inaczej album nie męczy przesadnie swą długością a wart jest niewątpliwie przynajmniej kilku przesłuchań. Od pierwszych teaserów A Monster Calls wiązałem spore nadzieje z tą pracą i choć z uwagi na duże oczekiwania, prezentacja albumowa przyniosła drobne rozczarowania, to przyniosła też i, niekoniecznie takie drobne, oczarowania. Siedem minut po północy należy niewątpliwie do absolutnej czołówki prac Fernando Velázqueza, ale wydaje mi się, że hiszpański kompozytor ciągle nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i wierzę, że zostało mu jeszcze parę asów w zanadrzu. Czy wyciągnie je przy kolejnej współpracy z J.A. Bayoną? Czas pokaże.

Najnowsze recenzje

Komentarze