Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Jerry Goldsmith

Medicine Man (Uzdrowiciel z tropików)

(1992)
4,0
Oceń tytuł:
Łukasz Koperski | 15-04-2007 r.

W tym zawodzie trzeba być wyjątkowo samokrytycznym i często my (kompozytorzy) jesteśmy bardzo krytyczni wobec siebie i odkładamy na bok pomysły, które są bardzo dobre i trafne a nasza dusza zamyka się z niezrozumiałych powodów. To spotkało mnie, gdy walczyłem z pewnym tematem – tematem miłosnym z Medicine Man – przez dwa tygodnie. Pisałem score i doszedłem do punktu, w którym trzeba było znaleźć temat miłosny, bo jeszcze takowego nie napisałem, a należało w końcu to zrobić. Pisałem temat za tematem, ale żaden mi się nie podobał. W końcu zacząłem szperać we wszystkich papierach, zeszytach, szkicach, gdzie zapisywałem te kawałki i powiedziałem sobie: „Jedną chwilę”. Spojrzałem na pierwszy z tematów, które napisałem i „Voila!”. Leżał ukryty przez dwa tygodnie! — Jerry Goldsmith (cytat za Traxzone)

Taka była geneza jednego z najpiękniejszych tematów w karierze Jerry’ego Goldsmitha, skomponowanego do filmu Uzdrowiciel z tropików. Jest to piękna melodia grana przez orkiestrę z dominacją sekcji smyczkowej. Pełna przede wszystkim liryzmu, ale momentami ma w sobie także coś epickiego, zwłaszcza w kulminacyjnym momencie wspaniałego utworu „The Trees”. Melodia ta, którą sam kompozytor nazywa tematem miłosnym, to prawdziwe serce całej partytury i esencja soundtracku z Medicine Man. Nawet tylko dla niej samej warto zainteresować się tym albumem.

Zanim jednak temat miłosny porazi nas swoim pięknem, album przywita nas utworem „Rae’s Arrival” i jego radosnymi, latynoskimi rytmami, podobnymi do tych znanych z wcześniejszej partytury Goldsmitha do Under Fire. Tutaj jednak gitary, etniczne piszczałki, no i syntezatory są chyba jeszcze bardziej wesołe, frywolne i skoczne. Obecność tego jakże południowo-amerykańskiego motywu (powtórzonego jeszcze w „The Harvest”) nie może zaskakiwać, jeśli wiemy, jaki film ilustruje tutaj Goldsmith. Medicine Man to opowieść o naukowcu (w tej roli jak zwykle znakomity Sean Connery, tutaj z fryzurą a la… Jerry Goldsmith!), poszukującym lekarstwa na raka wśród Indian w amazońskiej dżungli. W „Rae’s Arrival” także po raz pierwszy usłyszymy motyw zagrożenia, pojawiający się jeszcze potem kilkukrotnie na płycie. W nim obok smyczków bardzo silną rolę odgrywa elektronika, ale usłyszeć możemy także wyłaniające się z mrocznego brzmienia delikatne dźwięki harfy.

Interesująca jest druga ścieżka na płycie, która zaczyna się underscore’m o bardzo tajemniczym, wręcz magicznym charakterze, świetnie oddającym klimat skąpanego w półmroku, słabo poznanego przez człowieka lasu tropikalnego. Efekt ten Goldsmith uzyskuje głównie dzięki syntezatorom, którym towarzyszą także grzechotki, bardzo podobne do tych z Rambo 2. Z czasem utwór rozwija się i dzięki wprowadzaniu kolejnych instrumentów z niemal typowego underscore przechodzi na krótko w swej środkowej części w wyraźną melodię, by w drugiej połowie ścieżki powrócić do początkowego charakteru.

Podobny w budowie jest „Campbell and The Children”, tyle że tam w samej końcówce Goldsmith po raz pierwszy zarysowuje nam temat miłosny. To jednak tylko skromne preludium do wspomnianego już „The Trees”. Utwór ten ilustruje w filmie scenę, w której grany przez Connery’ego bohater i jego towarzyszka wspinają się na korony wysokich drzew i z ich czubków mogą podziwiać wspaniałą panoramę dżungli. Scena ta robi spore wrażenie, ale tak naprawdę chyba bardziej dzięki cudowności muzyki Goldsmitha, niż dzięki imponującym widokom południowoamerykańskiego lasu. Zwłaszcza znakomita, co powtórzę, niemal epicka kulminacja około 3-ciej i pół minuty – chyba najwspanialszy moment nie tylko utworu ale i całej partytury – to kwintesencja tego co ukazuje filmowa scena: piękna i potęgi przyrody.

Temat miłosny występuje jeszcze w kilku utworach, a ciekawe są zwłaszcza jego aranżacje w finałowym „A Meal and A Bath” z partiami solowymi na flet czy gitarę. Obok niego przez całą partyturę przewijają się jeszcze wspomniane już fragmenty muzyczne i oczywiście inne, podobne. Obok rzewnych smyczków często słychać te raczej underscore’owe kawałki, w których Goldsmith na przeróżne sposoby (fletnie pana, flety, grzechotki, „latynoska” gitara) szkicuje nam swoimi nutami amazońską dżunglę, wpisując się w ekologiczne przesłanie filmu. Całości, mimo nie małej ilości typowo ilustracyjnych fragmentów, słucha się naprawdę bardzo dobrze. Serce oczywiście mocniej bić będzie głównie przy co wspanialszych wejściach wiadomo-którego-tematu. Jeśli nie wiecie którego, jeśli go nie znacie, to koniecznie nadróbcie to niedopatrzenie, sięgając po jeden z lepszych soundtracków w bogatej karierze Jerry’ego Goldsmitha. Polecam.

Najnowsze recenzje

Komentarze