On the Nature of Daylight to piękny utwór. Ale czy przez jego nadmierne wykorzystywanie przez Hollywood nie traci on czegoś ze swojego uroku? A może — co gorsza — zaczyna przeradzać się w swoją własną karykaturę?
Zanim przeniesiemy się do czasów Williama Szekspira, odbyjmy krótką podróż do roku 2004. To właśnie wtedy ukazał się studyjny album (wówczas jeszcze nie tak znanego) Maxa Richtera pt. The Blue Notebooks. Wśród wielu znakomitych kompozycji znalazł się utwór, który przyniósł mu międzynarodową rozpoznawalność — On the Nature of Daylight. Ze sławą przyszła popularność, a wraz z nią szczególna sympatia Hollywood. Mówiąc prościej: z biegiem lat kompozycja ta zaczęła pojawiać się w niezliczonych produkcjach filmowych i telewizyjnych.
Usłyszymy ją m.in. w Shutter Island (Wyspa tajemnic, 2010) Martina Scorsesego czy w Arrival (Nowy początek, 2016), gdzie — obok oryginalnego score’u Jóhanna Jóhannssona — pełni ważną funkcję dramaturgiczną w filmie Denisa Villeneuve’a. Pojawia się także w w filmie przygodowym Disneya Togo (2019), jak i w dokumentach: jednym o himalaistach pt. Sherpa (2015) czy innym o mistrzu sushi pt. Jiro Dreams of Sushi (2011), a także w serialach (The Handmaid’s Tale, The Last of Us, Castle Rock). Lista ta mogłaby być znacznie dłuższa — i właśnie jej długość staje się kluczowa.



