Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Jóhann Jóhannsson

Arrival (Nowy początek)

(2016)
-,-
Oceń tytuł:
Paweł Stroiński | 20-11-2016 r.

Na Ziemi ląduje kilka dziwnie wyglądających statków kosmicznych. Amerykańskie wojsko angażuje do kontaktu lingwistkę Louise Banks i fizyka Iana Donnelly’ego. Niewiele więcej można powiedzieć, bo Nowy początek Dennisa Villeneuve’a, reżysera takich filmów jak Labirynt czy Sicario, jest dziełem tak złożonym i wielowarstwowym, że trzeba uważać, by nie zdradzić za dużo. Główne role zagrali genialna wprost Amy Adams, Jeremy Renner oraz Forest Whitaker. Za zdjęcia odpowiadał tym razem nie Roger Deakins (który do współpracy z reżyserem wróci przy okazji sequelu Łowcy androidów), a Bradford Young. Dający do myślenia, mądry, złożony film mogę tylko polecić z całego serca. Jest to bez wątpienia jeden z najlepszych filmów roku, a reżyser tylko potwierdza swój wielki talent.

Przy okazji Labiryntu Villeneuve spotkał się z islandzkim kompozytorem, Johannem Johannssonem. Od tego czasu ciągle, z wyjątkiem Wroga, ze sobą współpracują. Nic więc dziwnego, że po sukcesie Labiryntu i Sicario dojdzie do ich kolejnego spotkania na planie. Kompozytor zaczął pracę na podstawie scenariusza, inspirując się przy tym zawartą w nim koncepcją języka. Poszukiwania doprowadziły go aż do awangardowego twórcy, jednego z pionierów muzyki elektronicznej, Karlheinza Stockhausena. W filmie, w którym tak ważna jest komunikacja, podkreślenie wagi głosu, wydaje się to rozwiązaniem bardzo ciekawym. Do tego dochodzi jeszcze niesławny już utwór Maxa Richtera On the Nature of Daylight, który odgrywa także dość specyficzną funkcję w filmie. Album z muzyką wydała legendarna wytwórnia zajmująca się muzyką klasyczną, Deutsche Grammophon.

Utwór Richtera zaczyna (i kończy też) film. Pierwszym utworem płyty jest zaś tytułowe Arrival. Na tle prostego drona pojawia się nieco dziwny motyw na przesterowany wokal. Utwór ten jest jednocześnie niepokojący i refleksyjny, perfekcyjnie oddając przy tym atmosferę filmu. Kolejny ważny dla ścieżki element wprowadza Heptapod B. Wokal używany jest tutaj w sposób polifoniczny, tworząc swoisty rytm, ale też pozory tematu. Minimalizm oddany wyłącznie przez wokal to w muzyce filmowej pewne novum, choć w tym roku już powstał score, który w całości praktycznie jest wykonany przez ludzkie głosy (Swiss Army Men). Ten utwór dodaje tak ważnego dla ambitnego kina science-fiction, elementu cudowności. Bliskie jest ambientowi.

Nie jest to ścieżka łatwa w odbiorze, w żadnym razie. W odróżnieniu od Sicario czy Labiryntu nie jest przejmująco przerażająca czy smutna. Wciąż jednak jest to muzyka awangardowa, oparta na nietypowych środkach. Użycie wokalu jest jak najbardziej zrozumiałe – Jóhannsson odwołuje się do idei komunikacji, wykorzystując głosy dorosłych i dzieci. Z jednej strony stara się budować niepewność, charakteryzującą zresztą obie strony, i ludzi, i obcych. Tę niepewność doskonale widać w First Encounter, gdzie Islandczyk znakomicie operuje dynamiką (głośne, długie uderzenia) i prostym, banalnym wręcz rytmem wygrywanym przez smyczki pizzicato. Nie jest tak, że brakuje tu motywu głównego. Ten jest podobnie prosty, słychać go pierwszy raz dopiero w Transmutation at a Distance i Around the Clock News.

Przeważa przede wszystkim niepokój i niepewność. Emocje te w filmie, właśnie dzięki takiemu podejściu kompozytora, działają podskórnie. Z wyjątkiem partii wokalnych kompozytor nie odwołuje się do intelektualnej, czy filozoficznej, tematyki filmu, bo byłoby to muzycznie bardzo trudne. Nowy początek opowiada bowiem o potrzebie i trudnościach w komunikacji. Pierwsze próby porozumienia z kosmitami są oczywiście nieśmiałe i nieudane. Źródła samego niepokoju są trzy. Po pierwsze, nieznajomość intencji obcych, po drugie lęk przed wszelkiego rodzaju błędną komunikacją (choć to się wyjaśnia względnie szybko), po trzecie zaś próba współpracy między wieloma krajami, która też narażona jest na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa. I tutaj paradoks muzyki Jóhannssona. Wyrażenie tego niepokoju to w pewnym sensie punkt zerowy emocjonalnej strony filmu. Kiedy już to zostaje wyrażone, dalsza komunikacja, czyli temat filmu, może się toczyć. Sonorystyczne zabawy wokalne, jeśli można w ten sposób uprościć pomysł kompozytora, świetnie wpisują się w obraz „uczących się siebie” nawzajem, obu stron.

Jak pokazuje Properties of Explosive Materials, obaj twórcy są mistrzami nie tylko tej niepewności, którą w recenzji Sicario określiłem zgodnie z amerykańską terminologią mianem dread, ale też klasycznego hitchcockowskiego suspensu. Sekwencja buduje napięcie poprzez większą wiedzę widza niż bohaterów. Odsyłam tu do seansu filmowego. Sama scena i tez jej dramatyczna muzyczna ilustracja, pokazują, że zarówno Dennis Villeneuve, jak i jego kompozytor Jóhann Jóhannsson, należą do najważniejszych i najciekawszych głosów, które pojawiły się w ostatnich latach w hollywoodzkim mainstreamie.

Właściwą ścieżkę kończą Rise i Kangaru. Są to utwory pełne swoistej atmosfery cudowności, spójnie ją budujące. Zwłaszcza ostatni z nich (promujący scieżkę przed jej oficjalnym wydaniem) wykorzystują polifoniczny wokal. Cóż można powiedzieć. Film jest świetny, uważam, że lektura Nowego początku Dennisa Villeneuve’a jest obowiązkowa. Muzyka Jóhanna Jóhannssona pokazuje, że ten nietuzinkowy islandzki twórca pozostaje jednym z najbardziej interesujących twórców, którzy pojawili się w Fabryce Snów. Nie jest łatwo. Album jest za długi jak na tak awangardową, nietuzinkową muzykę, choć kilka minut krótszy od materiału kompletnego. Niemniej jest w tej muzyce coś, co może fascynować, klimat niepokoju, ale i cudowności, tak potrzebnej dobremu science-fiction, jakim Nowy początek niewątpliwie jest. Mnie ta muzyka i, w ogóle, ta historia, fascynuje niewątpliwie.

Najnowsze recenzje

Komentarze