Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Hans Zimmer

Dune (Diuna)

(2021)
3,5
Oceń tytuł:
Maciej Wawrzyniec Olech | 24-12-2021 r.

 

A gdyby tak zastanowić się, jak może brzmieć muzyka w roku 10191. Jakich instrumentów będą używali mieszkańcy na rozsianych we wszechświecie planetach? Jak bardzo będzie się różnił muzyczny język od tego, który znamy? Nie trzeba być jasnowidzem, aby przewidzieć, że i w tak dalekiej przyszłości muzyka będzie towarzyszyć ludziom, tak jak to czyniła od zarania dziejów. Czy będzie ona jednak brzmieć jak oprawa dźwiękowa do Diuny Hansa Zimmera i czy jest on „Wybrańcem”?

Trudno powiedzieć, gdyż mimo że niemiecki kompozytor posiada wiele talentów, to raczej nie jest profetą. Przynajmniej z tego, co wiadomo. Co nie znaczy, że i on nie zadawał sobie pytań odnośnie muzyki przyszłości. I między innymi w odpowiedzi na nie, stworzył tę ścieżkę dźwiękową. Naturalnie w pierwszej linii miała być ona podporządkowana nowej adaptacji dzieła Franka Herberta (a dokładnie pierwszej połowy tego klasyka literatury science-fiction), ale jednocześnie też być inna, jakby nie z tego świata. Czy osiągnął on swój zamierzony cel i przewidział przyszłość? Co do drugiego punktu, to tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Bez wątpienia skomponował on muzykę, niezwykłą, obok której trudno przejść obojętnie. Ale też taką, która na pewno podzieli słuchaczy i widzów, którzy będą mieli z nią do czynienia.

Pisząc o muzyce Hansa Zimmera, można byłoby wręcz użyć zwrotu, że wypełnia ona obraz Denisa Villeneuve’a. Jego score jest nieustannie obecny w filmie od pierwszej do ostatniej minuty. Tym samym wpisuje się on w umowną tradycję widowisk science-fiction i fantasy, w których tak długo ma muzyka grać, jak długo film trwa. Jednocześnie Zimmer odcina się od klasycznych symfonicznych ilustracji jak te do Gwiezdnych wojen, Star Treka, czy Gwiezdnych wrót, utożsamianych z kosmicznymi widowiskami, określanymi także „space operami”. Niemiecki kompozytor nie chciał być wiernym tradycji i postawił na stworzenie nowego, unikatowego muzycznego języka do opisania świata roku 10191. Bardzo dalekiego od tego, które możemy utożsamiać z naszą „ziemską, klasyczną muzyką”. Niemiec zresztą w wielu wywiadach deklaruje się jako wielki miłośnik książek Franka Herberta, dlatego też pracę nad muzyką zaczął na długo, zanim Denis Villeneuve z ekipą skończyli kręcić i montować film. Opierając się wtedy głównie na swojej znajomości literackiego pierwowzoru, stworzył fundament pod finalną ścieżkę, którą słyszymy w filmie. Wiele z tych pomysłów znalazło się na wydanym przez WaterTower Music albumie Dune: Sketchbook, będącej zbiorem pomysłów, „szkiców”, suit, jakie Hans Zimmer stworzył w celumuzycznego opisania świata wykreowanego przez Franka Herberta. Usłyszmy tam wiele motywów i melodii, które później w odpowiednio zmienionej i podporządkowanej obrazowi formie, trafiło do filmu jak i na oficjalny soundtrack. Jako samodzielne słuchowisko Sketchbook jest zdecydowanie przystępniejszy od również wydanego przez WaterTower Music albumu zawierającego ścieżkę dźwiękową z filmu Villenevue’a, ale w końcu muzyka filmowa, jak sama nazwa wskazuje, podporządkowana jest przede wszystkim filmowi. To w nim w pierwszej linii, ma funkcjonować i się odnajdywać, nawet kosztem słuchalności na płycie.

 

Trudno powiedzieć jak wielki wpływ na brzmienie Diuny miała pandemia Covid-19, ale na pewno nie ułatwiła ona zadania. Nagrywanie z orkiestrą, czy większą grupą muzyków w jednym pomieszczeniu, nie było możliwe. Dlatego też Hans Zimmer odbywał na początku sesje nagraniowe z pojedynczymi muzykami. Następnie łączył te solowe występy w swoim studio, odpowiednio je miksował i tak stworzył swój zespół/orkiestrę, dzięki któremu mógł wykreować oprawę dźwiękową. Jej ważnym elementem jest kobiecy, egzotycznie brzmiący wokal. Niemiecki kompozytor uznał głos za instrument uniwersalny, w zależności od kultury, miejsca i czasu. Zamiast kłaść nacisk na pojedyncze instrumenty, których brzmienie znowu moglibyśmy zbyt mocno identyfikować z różnymi krańcami Ziemi, muzyczny świat Diuny głosami stoi. Czasami szepczą, czasami zawodzą, a czasami wręcz krzyczą, ale co najważniejsze, najczęściej należą one do kobiet. Muzyczna siła kobiet nie jest przypadkowa, a zamierzona, gdyż tak naprawdę to one są siłą napędową tego filmu. To tylko pozornie historia mężczyzn, ich spisków i wojen. Nad wszystkimi wydarzeniami czuwa i pociąga za sznurki tajemniczy kobiecy zakon Bene Gesserit, do którego należy Lady Jessica, matka głównego bohatera Paula. Przypisane im motywy wypadają bardzo dobrze w obrazie, jak chociażby podczas przybycia zakonu na Caladan, planetę rodu Atrydów. Wśród mroków nocy, pojawiają się zakapturzone postacie, którym towarzyszą tajemnicze, często złowieszcze szepty, zwiastujące spiski i knowania, które mogą wpłynąć na losy Galaktyki. Myśli przyszłego wybrańca też krążą wokół kobiety. Tajemniczej dziewczyny z pustynnej planety. Oczywiście i tym wizjom towarzyszy kobiecy wokal. Ma on jednak bardziej egzotyczną barwę, która dobrze komponuje się z obrazami niebieskookiej Chani spacerującej w slow-motion po pustynnych wydmach.

Jednak finalny i najważniejszy głos odnośnie brzmienia Diuny miał oczywiście Denis Villeneuve. Często zapominamy, że kompozytor filmowy w pierwszej linii ma zadowolić reżysera, producentów, a dopiero później nas: widzów i słuchaczy. Znając dorobek kanadyjskiego filmowca i jego preferencje muzyczne, można było domyślać się jakiego typu soundtrack otrzymamy. Podobnie jak przy Łowcy androidów 2049, którego Hans Zimmer zilustrował razem z Benjaminem Wallfischem, czy też kompozycjach Jóhanna Jóhannssona do jego wcześniejszych filmów, tak i przy Diunie dominuje gęste, atmosferyczne granie. Drony, ambient, industrialne dźwięki, połączone z egzotycznymi instrumentami oraz muzycznymi eksperymentami kreują odrealniony, surowy i mroczny klimat filmu kanadyjskiego reżysera. Muzyka dobrze współgra z niespieszną narracją, ładną acz w dużej mierze chłodną stroną wizualną i grubo ciosaną architekturą Arrakeen. Kiedy trzeba, niemiecki kompozytor otula obraz muzycznym całunem mroku i tajemniczości, idealnym do rozmyślań nad pięknem oraz zagadkami, jakie kryją piaski pustyni. Jednak wraz z ciągle czyhającym zagrożeniem, czy też regularną walką, potrafi zaatakować mocną, brutalną muzyką, która nie bierze jeńców. Istny muzyczny pojedynek tych skrajności możemy odczuć przy pierwszej konfrontacji głównych bohaterów z czerwiem pustyni. W ilustrującym to spotkanie utworze Ripples in the Sand, słyszymy z jednej strony piękny, wręcz hipnotyzujący wokal, idealnie wpisujący się w melanżowy trans. Z drugiej strony mamy bardzo mocną, agresywną muzykę akcji, która świetne oddaje zagrożenie, ale też niszczycielską siłę i rozmiar potężnej pustynnej bestii.

Trudno jednak powiedzieć, czy zaserwowane przez Niemca danie wszystkim posmakuje. Jego muzyka jest bardzo ekspresyjna i stale obecna. Kiedy jesteśmy świadkami, ważnych, czy też epickich wydarzeń, score daje nam o tym znać w całej swojej rozsadzającej obraz, okazałości. Dla przykładu weźmy scenę gdzie ród Atrydów opuszcza rodzinną planetę Caladan (utwór LeavingCaladan na albumie) Widzimy jak Paul przechadza się po raz ostatni nad morzem, w tle ogromne statki transportowe wznoszą się w przestrzeń, a score przeradza się we wręcz rockową orgię dźwięków. Muzyka jest niezwykle wyrazista, ale też głośna. I w sumie można się zastanawiać, czy nie mamy do czynieniaz ukłonem Hansa Zimmera w stronę Pink Floydów, którzy w szalonej wizji Alejandro Jodorowsky’ego, mieli skomponować muzykę do jego adaptacji Diuny.

Takich momentów, kiedy muzyka wychodzi na pierwszy plan i wręcz rozsadza ekran, jest bardzo wiele. W trakcie oblężenia Arrakeen (utwór: Burning Palms) to naprawdę za sprawą ścieżki dźwiękowej można się poczuć jak na wojnie. Jest bardzo agresywna, bezkompromisowa i głośno pod obraz podłożona. Podobnie przy wizji nachodzącej świętej wojny (kawałek o logicznej nazwie Holy War) dosadnie daje się odczuć wagę tego zbliżającego się konfliktu. Muzyka Hansa Zimmera jest bardzo wyrazista i ekspresyjna od samego początku do końca. Dla niektórych może aż za bardzo powielać i uwydatniać to co i tak już widać na ekranie. Z drugiej jednak strony można stwierdzić, że dodaje filmowi jeszcze większego rozmachu i jest w perfekcyjnej symbiozie z obrazem.

Niektórzy mogą się zastanawiać czy kosmiczna ścieżka dźwiękowa do Diuny, jest w ogóle przystępna dla nas, ziemskich słuchaczy? Odpowiedź oczywiście brzmi: tak! Tylko dlatego, że Hans Zimmer nie korzysta z orkiestry symfonicznej, znanej w wielu „space-operowych” dziełach, nie oznacza, że jego ścieżka nie ma nic wspólnego z klasycznymi ilustracjami. Co więcej, pod międzyplanetarnym, malenżowym brzmieniem, kryje się funkcjonalna i tradycyjnie rozpisana ścieżka dźwiękowa. Posiada ona bogatą bazę tematyczną, a niemiecki kompozytor odpowiednio ją przez cały film aranżuje. Obok wspomnianego już Bene Gesserit, także rywalizujące ze sobą szlacheckie rody Atrydów i Harkonnenów mają swoje tematy. W przypadku tych pierwszych, Hans Zimmer zaskakująco postawił na tradycyjnie brzmiące szkockie dudy. Brzmienie jak najbardziej się sprawdza i przynosi skojarzenia ze szlacheckością, prawością, honorem.

Całkowitym przeciwieństwem, także w sferze muzycznej, jest dom Harkonnenów, który charakteryzuje industrialne, metaliczne brzmienie. Idealnie ono pasuje do mrocznego rodu, opierającego swoją siłę na przemocy i przemyśle. Równie znakomicie wypada motyw Sardaukarów, elitarnej jednostki Imperatora. Charakteryzuje go ponury, wręcz przerażający, gardłowy śpiew. Co prawda,jego inspiracji należy szukać w mongolskich stepach, to jednak Hans Zimmer tak go wykorzystał i zaaranżował, że brzmi on jak nie z tego świata. Fenomenalnie prezentuje się on w scenie, kiedy widzimy przygotowujących się na misję Sardaukarów z górującym nad nimi mistrzem ceremonii na zalanej deszczem planecie Salusa Secundus. Lecz to nie jedyny moment, kiedy daje nam on świetnie o sobie znać. Właśnie to jest charakterystyczne dla tej ścieżki dźwiękowej. Z jednej strony mamy te odrealnione brzmienia, które jednak są bardzo przemyślanie i logicznie rozłożone w filmie. Hans Zimmer używa często nietypowych narzędzi, ale pod względem struktury, narracji mamy bardzo klasycznie rozpisaną ścieżkę dźwiękową. Wystarczy dla przykładu wziąć utwór Armada przypisany atakowi na Arrakeen, gdzie niemiecki kompozytor zgrabnie łączy wspomniane tutaj wyżej tematy. I kiedy na ekranie pojawia się oddział Sardaukarów, którym towarzyszy ów gardłowy motyw, to wiedz, że coś się dzieje.

Trudno jednoznacznie powiedzieć jak bardzo Hansowi Zimmerowi udało się stworzyć ponad planetarną ścieżkę dźwiękową przyszłości i czy potrzebny jest melanż, aby móc się nią w pełni zachwycać. Ale na pewno udało mu się oddać ducha powieści Franka Herberta, jak i wzbogacić wizję Denisa Villeneuve’a i stać się jej nierozłączną częścią. Mimo że akcja Diuny dzieje się w odległej przyszłości, na odległych planetach, to jednak wątki w niej poruszane są jak najbardziej przyziemne. Bohaterowie walczą białą bronią, zaś otaczający ich świat z monarchią absolutną i walczącymi rodami, łączy elementy fantastyczne z jakże dobrze nam znanymi z lekcji historii. Podobnie ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera, łączy elementy fantastyczne, futurystyczne i odrealnione z tradycyjną formą ilustrowania filmów. Nawet jeżeli na początku brzmienie może wydawać się nam obce, to jednak koniec końców, jest ono podane w dość tradycyjnej, wręcz operowej formie. A skoro tak, to czy możemy mówić o muzycznej „space operze”? Tak, mimo zamierzonego braku klasycznej orkiestry, ścieżkę dźwiękową do Diuny, w całej swej strukturze i rozmachu, jak najbardziej możemy nazwać „kosmiczną operą”! Czy w takim razie Hans Zimmer, autor tego spektaklu, jest „Wybrańcem”? Na to pytanie, musi już sobie każdy z nas osobno odpowiedzieć. Dla mnie odpowiedź również brzmi „tak”. Zresztą, jak mogłoby być inaczej, skoro został wybrany do skomponowania muzyki do drugiej części Diuny?

 

 

Najnowsze recenzje

Komentarze