Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
John Lunn

Downton Abbey: A New Era (Downton Abbey: Nowa Epoka)

(2022)
5,0
Oceń tytuł:
Maciej Wawrzyniec Olech | 25-07-2022 r.

Nie będzie w tym zbytniej przesady jeżeli uznamy Downton Abbey za jedną z popularniejszych posiadłości na świecie. Fikcyjnych posiadłości ma się oczywiście rozumieć. Już jako scenarzysta Gosford Park Julian Fellowes dał się poznać jako, w pewnym sensie ekspert, od wielowątkowych historii dziejących się na brytyjskich dworach. Downton Abbey to bez wątpienia jego opus magnum. Historia rodziny Crowley’ów i ich służby zamieszkujących tytułową posiadłość w początkach XX wieku stała się telewizyjnym hitem na skalę światową. W efekcie na przestrzeni lat 2010 – 2015 otrzymaliśmy pięć sezonów, które nie tylko zdobyły serca widzów, ale też wiele prestiżowych nagród. Sukces był tak ogromny, że w 2019 roku doczekaliśmy się filmowej kontynuacji. Ta również została doceniona przez widzów (bardzo dobry wynik kasowy) jak i krytyków, więc zaledwie po dwóch latach ukazał się kolejny film pt. Downton Abbey: A New Era (Downton Abbey: Nowa epoka). Po raz kolejny odbywamy podróż do wyidealizowanej epoki wystylizowanych dam, dżentelmenów oraz ich służby. Jesteśmy świadkami coraz to większych zmian w otaczającym bohaterów świecie i ich zmagań z nimi. Witamy nowe postacie, z niektórymi musimy się niestety pożegnać, tak jak w prawdziwym życiu. Dochodzą do tego też pewne drobne intrygi z odpowiednią dawką brytyjskiego humoru, czyli w sumie wszystko to czego miłośnicy tej serii, jak i też autor niniejszej recenzji, oczekują. Nie można zapomnieć o jak zawsze bezbłędnej stronie wizualnej z dopracowanymi scenografiami, pięknymi kostiumami idealnie uchwyconymi okiem kamery. Wszystkiego tradycyjnie dopełnia niezawodna muzyka Johna Lunna, która nie tylko bezbłędnie pomaga kreować ten świat, ale też gotowa jest zmieniać się razem z nim.

Z jednej strony słowo „zmiana” można jak najbardziej utożsamiać z serią Downton Abbey. W kolejnych odcinkach serialu byliśmy świadkami jak bohaterowie poznawali nowe nowinki techniczne, jak telefon, maszyna dopisania, czy nawet suszarka do włosów. Nie wspominając o tak „szokujących” dla niektórych przełomach jak kobiety noszące spodnie – skandaliczne! Tym przemianom od samego początku towarzyszyła muzyka Johna Lunna w swojej klasycznej niezmienionej formie. Właściwie słynny motyw przewodni serii można utożsamiać z postępem, gdyż w swej pierwotnej wersji powstał jako ilustracja pod scenę z nadjeżdżającym pociągiem. Mimo wszystko jeżeli chodzi o formę mamy do czynienia z tradycyjną oprawą dźwiękową, rozpisaną na orkiestrę i wykonywaną przez The Chamber Orchestra of London. I tutaj raczej nikt nie oczekiwałby „współcześnie” brzmiącego score’u, czy jakiś muzycznych eksperymentów. Tak jak od kolejnych odsłon Downton Abbey wymagamy spełnienia pewnych zasad i poszanowania tradycji, nie inaczej jest z muzyką. I tak oprawa dźwiękowa do pierwszego filmu była oparta o tematy muzyczne znane z serialu. John Lunn ładnie je zaaranżował w pełni zachowując muzyczną ciągłość serii. W imię tej zasady nie oczekiwałem tutaj muzycznej rewolucji i jako miłośnik Downton Abbey na szczęście jej nie otrzymałem. Chociaż można mówić o pewnej ewolucji i tutaj też pozwolę sobie użyć zwrotu „na szczęście”.

Zaniepokojone osoby od razu mogę uspokoić. W ogólnym zarysie oprawa dźwiękowa do Downton Abbey: A New Era dalej zachowuje swój klasyczny, elegancki styl. John Lunn znowu sięga po znane z serialu tematy, jednak w przeciwieństwie do poprzedniego filmu, czyni to oszczędniej, nie raz korzystając z nich symbolicznie, czy też bardzo mocno zmieniając ich aranżacje. Pojawiają się przy tym też nowe ładne tematy amiejscami wręcz dochodzi do pewnych zmian muzycznego stylu. Ale znowu tradycjonalistów uspokajam, gdyż wszystko to jest naturalnie podyktowane wydarzeniami jakie towarzyszą nam na ekranie. Fabuła Downton Abbey: A New Era składa się z dwóch głównych wątków. W jednym z nich część bohaterów udaje się na południe Francji, aby rozwiązać kwestie zaskakującego spadku. W drugim zaś tytułowa posiadłość staje się dosłownie kulisami planu filmowego, gdzie na naszych oczach widzimy zmierzch kina niemego i początek tego, w którym słychać dialogi. Nowe lokalizacje, nowe okoliczności, a więc pojawiają się i nowe tematy. I naprawdę jest z czego wybierać.

Skoncentrujmy się najpierw na wątku kręcenia filmu w rezydencji Downton Abbey. Przede wszystkim daje ono spore pole do popisu i John Lunn je wykorzystuje serwując klasyczne melodie i brzmienie rodem z dawnych czarno-białych filmów. Mamy muzyczne ukłony do kina niemego, jak i też romantyczne tematy jakby wyjęte z wielkich historii miłosnych kina lat 30tych i 40tych. Są one ładnym hołdem dla minionej epoki i muzyki takich twórców jak Max Steiner. Szkoda tylko, że są one tak krótkie i w sumie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby cała ścieżka była skomponowana w tym stylu. Tego typu brzmienie ilustruje już gotowe sceny filmu… w filmie. Jeżeli zaś chodzi o wszystkie zakulisowe momenty ukazujące pracę nad obrazem, Lunn idzie w jazzowym kierunku, który znowu może się kojarzyć z twórczością George’a Gershwina. Skoczne swingujące kawałki dobrze oddają dynamiczną i trochę chaotyczną atmosferę pracy na planie filmowym. Na pewno tego typu brzmienie jest nowej dla tej serii, ale wypada jak najbardziej naturalnie, szczególnie widząc to co się dzieje na ekranie. Zresztą nie pojawia się ono wyłącznie kiedy dawna posiadłość przemienia się w plan zdjęciowy. Usłyszymy je także w południowej Francji. Dokładniej podczas wytwornego przyjęcia w nadmorskiej rezydencji, gościom do zabawy i tańca przygrywa stylowy jazz-band. Przewodzi nim charyzmatyczna wokalistka, która śpiewa zaaranżowane przez Lunna i dopasowane do epoki piosenki „Crazy Rhythm” i „Am I Blue”. W tę rolę wcieliła się brytyjska piosenkarka soulowo-jazzowa Cherise Adams-Burnett i naturalnie te dwa kawałki znalazły się na wydanym przez Decca Records albumie. Pozostając jeszcze trochę na południu Francji, John Lunn serwuje także eleganckie romantyczne orkiestrowe tematy. Doskonale one współgrają z błękitem morza, kamienistymi plażami i pięknymi willami z bujną roślinnością. Wykorzystaniu w paru momentach akordeonu, niektórzy mogą uznać za zbyt stereotypowe, jeżeli chodzi o ilustrowanie francuskich klimatów. Zważywszy jednak, że seria w zwyczaju ma ukazywanie trochę wyidealizowanej, romantycznej przeszłości, takie muzyczne przedstawienie Francji, jak najbardziej ma swoje uzasadnienie.

Wśród tej jazzowej zabawy i ukłonów do Złotego Wieku Hollywoodu nie zabrakło miejsca dla typowego dla Downton Abbey brzmienia. Jak wspomniałem John Lunn dyskretniej  operuje swoją dawną bazą tematyczną, nier,az mocno aranżując znane nam melodie. Jako, że w tej części musimy pożegnać się z jedną z ważnych i lubianych postaci, niektóre tematy przyjmują bardziej elegijną formę. Jest to bardzo ładne, smutne, ale i godne pożegnanie i muzyka Lunna pełni w tym bardzo dużą rolę. Na sam koniec filmu (napisy końcowe) jak i też albumu otrzymujemy klasyczny temat z Downton Abbey w swojej pełnej krasie. Właściwie to mamy dokładnie przepisaną z serialu suitę, która nie różni się niczym od tej jaką możemy znaleźć na albumie z pierwszego sezonu. Niektórych może ten brak oryginalności razić, ale miłośnicy Downton Abbey powinni być zadowoleni, że mogą znowu usłyszeć swój ulubiony temat.

Czy znany serial Downton Abbey przerodzi się w równie znaną serię filmową? Mam taką nadzieję, gdyż teoretycznie tę historię rodu Crowley’ów można jeszcze długo ciągnąć, tym bardziej, że jak widać po tym filmie, Julianowi Fellowesowi nie brakuje pomysłów.Podobnie zresztą jak Johnowi Lunnowi, który swoimi kompozycjami wciąż potrafi zaskakiwać. Nie słychać zmęczenia materiału, a wręcz przeciwnie. Wraz z kolejną ścieżką dźwiękową szkocki kompozytor, ubogaca swój muzyczny świat, czyniąc go nie tylko barwniejszym, ale i dojrzalszym. Ta oprawa dźwiękowa wciąż posiada odpowiednią klasę i styl, ale też nie stroni od dobrej zabawy. I zważywszy jak udany był ten kolejny powrót do Downton Abbey, pozostaje mieć nadzieję, że nadarzą się kolejne okazje, aby w przyszłości móc znowu odwiedzić tę słynną posiadłość, w towarzystwie muzyki Johna Lunna, ma się rozumieć.

 

Najnowsze recenzje

Komentarze