Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Carter Burwell

Carol

(2015)
-,-
Oceń tytuł:
Tomasz Ludward | 12-02-2016 r.

Todd Haynes kontynuuje swoją opowieść o Ameryce lat 50., okresie konsumpcyjnego boomu, stabilności ekonomicznej i ciągle marginalnej roli kobiety w świadomości społecznej. To zdecydowanie ulubiona konwencja Haynesa, w której porusza się od początku swojej twórczości. Nie mniej jednak dopiero w Far from Heaven z roku 2003 udało mu się skupić uwagę większej publiczności, a także krytyków. Tamten obraz pozwolił mu nie tylko na bezbłędną filmową rekonstrukcję, odrobinę nadużywanej przez filmowców epoki Eisenhowera, ale również ukształtował go jako ważny głos w nurcie kinowym określanym jako new queer cinema. Najnowsze dzieło Haynesa utrzymane w tej stylistyce, to Carol, adaptacja powieści The Price of Salt Patricii Highsmith.

Carol opowiada o nierównej walce dwóch odmiennych stanowisk wobec fasadowej epoki lat 50. Therese to emocjonalna nowicjuszka, która czerpie radość z podglądania ukradkiem innych ludzi. Gdy zapala papierosa lub przechyla lampkę wina, sprawia wrażenie jakby to był jej pierwszy raz – podobnie we wszystkim. Na co dzień doradza bogatej klienteli zza sklepowej lady i obserwuje. Gdy zatem zamożna i zblazowana Carol gubi rękawiczkę podczas bożonarodzeniowych zakupów, Therese znajduje pretekst, aby przełamać szklany sufit i, na granicy wojeryzmu, zerknąć za kulisy życia wyższych sfer. Nie zdaje sobie przy tym sprawy, że ten drobny gest wywoła w niej fale uczuć wobec starszej mężatki. Sama Carol nie notuje zguby. Jest zduszona materialnymi luksusami, a w dodatku pochłaniają ją myśli o rodzinie i rozpadającym się związku. W obliczu życiowego dyskomfortu dyktowanego różnymi czynnikami, obie kobiety odnajdują nić porozumienia.

Po niezwykle udanej współpracy z Haynesem przy miniserialu Mildred Pierce, muzyczny angaż w najnowszym dziele reżysera otrzymał Carter Burwell. Stojący zawsze z boku, raczej nie zabiegający o uwagę, Burwell podobne wrażenie pozostawia po swoich kompozycjach. Trudnością jest przywołanie poszczególnych tematów, które wyszły spod jego ręki. Nie licząc bardzo mocnej ekranowej więzi z braćmi Coen – Fargo, Bracie, gdzie jesteś? – większość prac Amerykanina umacniało jego solidną pozycje na drugiej linii. O dziwo, takie stanowisko wydaje się pasować wszystkim. Autor ścieżki do Zmierzchu od ponad dwudziestu lat funkcjonuje jako rozpoznawalna marka, a producenci chętnie zatrudniają go, gdy potrzebują muzyki uniwersalnej, w pewien sposób oryginalnej i, najnormalniej w świecie, dobrej. Ile czasu jednak można się przyglądać, jak inni spijają śmietankę, a ty sam, oparty o wejściową futrynę, będąc świadomy swojego wkładu, wiecznie odczuwasz muzyczny niedosyt. Przy Carol, niespodziewanie, Burwell otrzymuje prawo głosu. I jak nigdy przedtem wyskakuje swoją partyturą przed szereg. Rzecz stresująca dla kompozytora, bo oto w końcu będzie mnie słychać, a ekranowa para zagra tak, jak zagra jej muzyka.

Bo o dwie główne bohaterki tutaj chodzi. O ile w Opening cały nacisk położony jest na ekspozycję czasów i towarzyszącego im klimatu, to już w To Carol’s odważnie wkraczamy w meandry zawiłej relacji kobiet. Utwór numer jeden to nostalgiczny melodia oparta na smyczkowym staccato i niepokojącej progresji pianina. Początek, niczym muzyczny sequel Godzin Philipa Glassa, bardzo szybko odnajduje jednak burwellowskie rozwinięcie w harfie i charakterystycznym akompaniamencie klarnetu. Drugie w kolejce Taxi rozrzedza atmosferę jeszcze bardziej, tworząc muzyczny przerywnik w postaci delikatnego pianina i leniwych przeciągnięć skrzypiec – rzecz stała w przyborniku Burwella przy okazji dramatów. Albumowe podium zamyka wspomniane już To Carol’s, które bez wątpienia definiuje całość jako zamkniętą kompozycję i nadaje jej indywidualnego wyrazu.

Ten doskonały temat brzmi jakby miał początek i koniec gdzieś poza filmowym zasięgiem. Przypomina zapowiedź jakiejś monumentalnej dramatycznej suity sczepiającej burzliwe losy rodziny do szóstego pokolenia wstecz. Takie fabrykowanie rzeczywistości w najprostszych dźwiękach, jest bardzo sugestywne, a głębia, którą udaje się osiągnąć, jest czymś bez wątpienia pięknym. Nadmiar ekspozycji jaką oferuje Carol przewija się w takiej lub innej formie przy okazji Waterloo, odważniejszym Visitation i finałowym, pełnym emocjonalnego rozmachu, Reflections. Oczywistym paradoksem wszystkich jest ich skład. Użycie pianina jest śladowe, dźwięki opadają z pełną gracją, nie napotykając żadnej twardej nawierzchni. W nadmiarze jednak, tworzą niezrozumiale wyrazistą całość, która odbija się w podobnym stopniu zarówno na obrazie, jak i na albumie. Natomiast sama melodia ładnie się przy tym rozmywa. Kiedyś dawno Burwellowi wymsknęło się, że w sumie najłatwiejsze przy procesie twórczym są dla niego tematy. Rzecz niesłychana dla kompozytorów, którym przez całą karierę nie przychodzi to łatwo. I o ile dotychczas trudno było znaleźć odzwierciedlenie jego słów w muzyce, przy Carol Burwell rehabilituje się w pełni, dostarczając temat, który może zapewnić mu tegorocznego Oskara.

Liryczna przewaga Reflections nad resztą jest oczywista. Słuchając tego fragmentu nietrudno się domyślić dlaczego tak jest. Odpowiedzialność spada tutaj na piosenki użyte w filmie i całą resztę score’u, który odzwierciedla to, co najlepsze skomponował Philip Glass dla Godzin, lecz nie tylko. Zanim jednak odwrócimy się plecami od takiego ewidentnego pójścia na łatwiznę, spróbuję poszukać przyczyny takiego, wydawałoby się, nieczystego zagrania. Przede wszystkim muzyka z Godzin doskonale tutaj pasuje. Nie tylko dlatego, że opowiada o podobnej dekadzie a także panujących w niej warunkach, lecz również skrzętnie notuje napięcie, jakie panuje pomiędzy bohaterami. Powaga i dosłowność przy obu pracach jest wręcz zalecana. Wydaje się, że chęć reżysera do mrugnięcia okiem w stronę ekranizacji prozy Michaela Cunnighama nie mogła zawrzeć się w żadnym innym tak odczuwalnym filmowym składniku. Bo już na przykład orkiestrowe zacięcie Elmera Bernsteina w Far from Heaven absolutnie nie wchodziłoby w grę przy tak intymnej relacji, jaką łączy Carol i Therese. Tak jak jest, jest dobrze. Tym bardziej, że na każdy akcent glassowski, Burwell odpowiada swoim językiem. Przykładem jest Lovers, w którym na kanwie surowego minimalizmu autora Godzin powstaje romantyczny temat pary kochanków.

Kolejnym zarzutem, który przypada już wyłącznie konstrukcji albumowej, jest użycie piosenek. O ile z tym nie ma jak polemizować, o tyle warto przesłuchać krążek bez nich. Zauważymy, że muzyka źródłowa wpisana w score pozwala nam odetchnąć pomiędzy poszczególnymi rozdziałami. Gdy odejmiemy soundtrack, odczucia z odsłuchu są już zupełnie inne, bowiem nic nie pomaga nam odfiltrować uczuciowej szarży zawartej w muzyce instrumentalnej od niezobowiązującej jazzującej aury, która na spółkę z urzekającą garderobą i ładnymi zdjęciami oddaje estetyczny wymiar Carol.

Przy bardziej dokładnej lekturze uda się nam, na przykład, wychwycić aranżacyjne sztuczki z innych kompozytorskich dzieł Burwella. Gun przywołuje bardzo udane, gangsterskie In Bruges; linia melodyczna mniej wyrazistych fragmentów, na przykład Datebook czy Letter, koresponduje z osią intrygującego Adaptation. Z jednej strony są to akcenty wspólne, z drugiej wizytówka stylu Burwella. Warto natomiast wspomnieć, że podczas gdy tamte dzieła były pewną generalizacją środków artystycznych Amerykanina, Carol podejmuje się trudnego zadania polegającego na oddzieleniu tego co muzycznie ważne (oprawa) od tego, co być może ważniejsze (tematyczność). To bez wątpienia pozwala utrzymać narracyjny tok, a jednocześnie rozkraja emocjonalnym skalpelem, niczym chirurg, te obszary, które w filmie bezwzględnie na to zasługują.

Mamy zatem jedną z najlepszych dotychczasowych prac Cartera Burwella. Całość oczywiście ma swoje wady, bo tak jak szybko potrafi pochłonąć swojego słuchacza, w tym samym tempie może go zniechęcić. W samym filmie praktycznie nie ma słabych punktów. Klasowe aktorstwo, doskonałe stroje, charakteryzacja i zdjęcia. Nie odstaje przy tym również muzyka. Powiem więcej, obraz tego pokroju, po prostu nie mógł otrzymać nic trafniejszego pod tym właśnie względem. Burwell uwzniośla historię, dodaje jej niepodrabialnego sznytu, a tak potrafią czynić tylko najlepsi.

Najnowsze recenzje

Komentarze