Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Steve Jablonsky

Battleship (Battleship: Bitwa o Ziemię)

(2012)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 04-05-2012 r.

Przyznam się bez bicia, że na film Battleship: Bitwa o Ziemię poszedłem z recenzenckiego obowiązku. Już kilka miesięcy temu uparłem się bowiem jak osioł, że wezmę na warsztat najnowszą pracę Steve’a Jablonsky’ego. Gdy tylko rzeczony score ujrzał światło dzienne i po forach rozlała się fala gorzkiej krytyki, moja ciekawość względem tego projektu automatycznie wzrosła. Niemniej, mając na względzie dotychczasową twórczość reżyserującego ten obraz Petera Berga (Królestwo, Hancock) nie spodziewałem się niczego więcej poza siermiężną akcją okraszoną szczyptą humoru. Rzeczywistość przerosła jednak moje oczekiwania. Ekranizacja popularnej na całym świecie gry w statki wyszła dalece poza jakiekolwiek wyobrażenia, rozgrzeszając miałkie w moich oczach dokonania Michaela Bay’a na polu transformujących się samochodów. Widok wyluzowanych amerykańskich i japońskich żołnierzy mierzących się z nieudolnymi kosmitami przerastającymi nas technologicznie o całe millennia można było skwitować tylko i li wyłącznie pustym śmiechem. Podstawa programowa hollywoodzkiej rozrywki została jednak zrealizowana w 101 procentach. Salę kinową opuściłem totalnie odmóżdżony, a inteligentny wyraz twarzy zastąpił klasyczny banan mówiący mniej więcej tyle, że czas najwyższy wypić wieczorne kakao i pójść spać. Zanim to miało nastąpić, postanowiłem jednak wysnuć kilka refleksji o ścieżce dźwiękowej popełnionej przez Steve’a Jablonsky’ego.

Klasycznym pytaniem, jakie zapewne niejeden czytelnik sobie w tym momencie zadaje, jest retoryczne „dlaczego”? Owszem, można zamknąć temat w jednym zdaniu zestawiającym twór Steve’a na równej linii ze starą skarpetą dwudziestokrotnie cerowaną po znoszeniu przez poprzednie wielkie projekty… Tylko czemu miałoby to służyć? Pogłębianiu i tak szeroko zakrojonego hejterstwa względem nieudolności (bądź popcornowej praktyczności) warsztatu Jablonsky’ego? Możliwe, choć problem tak mizernie brzmiącej ścieżki dźwiękowej leży u podstaw nie tylko braku wyobraźni jej twórcy, ale przede wszystkim w bezdennej pustce ziejącej z filmu Petera Berga. Filmu, który nie pozostawia wiele przestrzeni do zaistnienia muzyki instrumentalnej. Wystarczy tylko wspomnieć, że stosunek takowej do piosenek (przynajmniej w pierwszej połowie filmu) przemawia znacznie na niekorzyść muzyki ilustracyjnej. Dopiero w miarę zawiązywania się głównego wątku akcji, do głosu dochodzi nieco bardziej praktyczna pod względem funkcjonalnym cząstka muzyczna. Celowo nie posługuję się tutaj sformułowaniem partytura, gdyż twór Jablonsky’ego (z całym szacunkiem do jego syntetycznego brzmienia) w momencie powstawania nie leżał nawet obok jakiegokolwiek zapisu nutowego. Muzyka kompozytora Transformerów jest bardzo mechaniczna w swoich założeniach i zdystansowana do klasycznego orkiestrowego brzmienia. Oscyluje wokół sprawdzonej już bazy sampli i utartych ścieżek w łączeniu różnego rodzaju pomysłów… Innymi słowy nie odkrywa niczego nowego, a wręcz żeruje na dokonaniach sprzed lat. Zresztą czego wymagamy od leniwego do szpiku kości kompozytora i produktu ukierunkowanego głównie na niezobowiązujący fun?



Pierwszego kontaktu z albumem soundtrackowym dokonałem po wstępnych przymiarkach w postaci tej suity opublikowanej na platformie YouTube. 20-minutowy mix tematyczny sugerował po części przebojową, ale i monotonną hybrydę rozwiązań metodycznych z ilustracji do wszystkich trzech części Transformerów. Dobry montaż i trafny dobór fragmentów ukrył tym samym biedę panująca na pełnym, 77-minutowym albumie od Varese Sarabande. Czym kierował się Townson wypuszczając na rynek takiego molocha? Ciężko powiedzieć. Niemniej jednak główny problem kwi w samej muzyce, a mianowicie w kompletnym braku logiki w dramatycznym, tematycznym i psychologicznym rozwoju tej ścieżki dźwiękowej. Cała płyta wydaje się podróżą poprzez liczne aranżacje dwóch wykreowanych na potrzeby filmu Berga tematów. I już pierwsze piętnaście minut spędzonych przy krążku odkrywa niemalże wszystkie karty jakimi gra kompozytor. Po co więc katować się nadprogramowo jeszcze czterema kwadransami Bitwy o Ziemię? Cóż, jest kilka fragmentów muzycznych, dla których warto jednak dotrwać do końca.



Nie będzie wielkim zaskoczeniem, gdy powiem, że podstawą rytmiczną (i poniekąd metodyczną) ścieżki dźwiękowej do Battleship jest ograne już w Hollywood smyczkowe ostinato. Domniemam, że punktem wyjścia była tutaj oprawa muzyczna do pierwszych Transformerów. Skąd takie wnioski? Otóż otwierające płytę First Transmission, a także The Art Of War czerpią pełnymi garściami z podobnych w wymowie utworów All Spark oraz Decepticons. Podobieństwa są jednak tylko powierzchowne. Produkt wtórny nie umywa się do pierwowzoru podchodzącego z nieco większą finezją do takich kwestii jak bogactwo aranżacji i orkiestracji, czy odpowiednia dynamika wykonania. Kompozytor prawdopodobnie zbyt mocno przywiązał się narzuconej przez producentów konwencji, a także do zawartych w temp tracku tematów przez co zupełnie zatracił się w swoim odtwórczym rzemiośle. Zabrakło również wyobraźni, która podyktowałaby chociażby jedną charakterystyczną melodię dającą bodziec do licznych powrotów…


Otwierające płytę utwory First Transmission oraz The Art Of War wielkiego szału nie robią. Zapomnijmy o jakichkolwiek emocjach, czy choćby szczypcie napięcia. Tutaj ich nie znajdziemy. Nawet rozrywka płynąca z pierwszych patetycznych podrygów dwóch lansowanych tutaj tematów jest tak jakby na słowo honoru. Do grona zdecydowanie ciekawszych fragmentów płyty zaliczyłbym natomiast The Beacon Project – utwór ilustrujący jedną z kluczowych scen przesądzających o dalszym przebiegu zmagań wojennych. Całkiem możliwe, że zadziałał tutaj prosty sentyment do źródła inspiracji, czyli wspomnianych wyżej Transformerów, a ściślej rzecz ujmując do skopiowanych fraz z Deciphering the Signal. Bez względu na powody satysfakcji płynącej ze słuchania tego utworu, niewątpliwie stanowi on highlight tej ścieżki dźwiękowej. Nie mniejsze zainteresowanie wzbudzają fragmenty ilustrujące sceny batalistyczne. Jablonsky nie ukrywa, że bliżej mu do roli muzycznego wichrzyciela aniżeli kompozytora bawiącego się emocjami widza i słuchacza. Recepta na bezkolizyjny kurs ku napisom końcowym wydaje się więc prosta – stała, aczkolwiek nieskomplikowana rytmiczna baza, na której budowana jest równie nieskomplikowana linia melodyczna, a do tego multum nowoczesnej, sprocesowanej elektroniki. Prowizoryczne smyczki posiłkowane są zatem ciężkim dętym instrumentarium (najczęściej waltorni i puzonów) oraz syntetycznymi perkusjami z zapleczem mniej lub bardziej interesujących elektronicznych bibliotek brzmieniowych. Element perkusyjny wydaje się stosunkowo ważny w muzyce Jablonsky’ego, gdyż często kojarzony jest z bohaterskimi czynami amerykańskich marynarzy. Działania taktyczne okraszone są więc charakterystycznymi, rytmicznymi uderzeniami, które w połączeniu z bardziej agresywnymi środkami muzycznego wyrazu tworzą miejscami nawet interesujący miszmasz (USS John Paul Jones, Somebody’a Gonna Kiss The Donkey). Oczywiście nie mogło zabraknąć klasycznych hymnów i marszów wywlekających z szafy gatunku wyświechtany nieco frak żołnierskiego patosu. W takim właśnie podniosłym nastroju kończymy naszą przygodę z albumem soundtrackwym.

Zanim to jednak nastąpi przed nami jeszcze długa przeprawa przez oceany ostrego, bezpardonowego grania! Do łask powraca bowiem tak kochana w czasach Media Ventures gitara elektryczna, sprowadzająca gros kompozycji do poziomu siermiężnego akcyjniaka. Są jednak momenty, które w sposób szczególny zapadają w pamięć. Jednym z nich jest ilustrujący końcową bitwę Tugh Fight z solowym udziałem Toma Morello. Gitarzysta Rage Against the Machine pokusił się nawet o samodzielne skomponowanie utworu do innego fragmentu tej sceny (Super Battle), który z jednej strony razi sztampą, z drugiej zawstydza przynajmniej połowę oprawy muzycznej napisanej przez Steve’a Jablonsky’ego.



Na koniec wypada wspomnieć o jeszcze jednej ciekawostce wypływającej z jabłecznego portu. Ciekawostce będącej być może jedynym przebłyskiem inteligencji autora kompozycji. Mowa o tak ostro potraktowanym przez większość krytyków i słuchaczy utworze Full Attack. Osobiście nie sprowadzałbym tego industrialnego eksperymentu do roli bezmyślnej, elektronicznej łupanki. Gdy zatrzymamy się na chwilę przy tym utworze dostrzeżemy pewne interesujące mechanizmy działania charakterystyczne dla tak pokręconych w treści utworów, jak Synchrotone ze ścieżki dźwiękowej do Helikoptera w ogniu. Pytanie tylko, czy jest to czysta zabawa konwencją, czy też próba imitacji pomysłów Hansa Zimmera? Tego nie wiem. Efekty mówią jednak same za siebie, a muszę przyznać, że jako ilustracja filmowa ten fragment sprawdza się całkiem przyzwoicie.



Niestety jako całość Battleship wypada stosunkowo słabo, a w rozumieniu filmowym jest tylko poprawnym rzemiosłem ukierunkowanym na wypełnianie tła. I chyba właśnie to boli najbardziej w kompozycji Jablonsky’ego. Choć film zasłużył sobie na taką oprawę, to jednak pewien niedosyt estetycznych wartości ciągle pozostaje. Nie ukrywam, że chciałem usłyszeć coś na miarę pierwszych Trnsformerów, czyli prostą, ale wpadającą w ucho tematykę z nieco bardziej zróżnicowaną fakturą. Z drugiej strony czego mogłem się spodziewać po wypalającym się coraz bardziej kompozytorze? Płyta do kilkukrotnego przesłuchania i zapomnienia.

Najnowsze recenzje

Komentarze