Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
James Horner

Avatar

(2009)
-,-
Oceń tytuł:
Łukasz Koperski | 27-12-2009 r.

Pewien kompozytor na konferencji prasowej przyznał, że pomysły, które wykorzysta w jednej filmowej partyturze często służą mu także w następnych, w których stara się je przetworzyć, zamienić w nową jakość. Nie, nie, nie był to James Horner, a Ennio Morricone, lecz chyba każdy przyzna, że tego typu myśl najlepiej pasuje właśnie do Hornera, który uczynił z niej właściwie sposób na pisanie filmowych ilustracji. Problem w tym, że Amerykanin w ostatnich latach miał kłopoty, aby nie tylko po przetworzeniu starych pomysłów uzyskać cokolwiek nowego, ale przede wszystkim z ową jakością. Ostatni raz kompozytor zauroczył mnie w filmie w 2001 roku, zarówno w Pięknym umyśle, jak i przede wszystkim we Wrogu u bram. Wiadomo jak z oryginalnością tych dzieł, a także z ich funkcjonowaniem na płycie, niemniej to był jeszcze stary, dobry Horner. Potem było już gorzej, często dużo gorzej. Co prawda i w latach 2002-2008 kompozytor popełnił parę całkiem przyjemnych score’ów, ale nie działały one tak dobrze w filmach a do tego były zazwyczaj strasznie wtórne. Próby stworzenia czegoś nowego, innego, kończyły się fiaskiem pokroju Apocalypto. Fani muzyki filmowej wydali więc werdykt: James Horner się skończył.

Ale oto James Cameron zmierzał do finału zrealizowania swojego marzenia o trójwymiarowym, epickim dziele science-fiction, stanowiąc nową jakość w kinematografii. Cameron, jako wielki perfekcjonista chciał, by każdy element jego filmu był znakomity. Także muzyka. Postanowił zatem po raz trzeci w karierze zaprosić do współpracy Hornera, z którym raz się pokłócił, potem pogodził, ale którego wkład w filmy Camerona (Aliens i Titanic) był doceniony przez fanów i krytyków i przyniósł kompozytorowi najpierw nominację, a później i Oscara. Horner potraktował wyzwanie zilustrowania losów ziemskiego komandosa na porośniętym dżunglą księżycu Pandora niezwykle priorytetowo. Przez niemal półtora roku skupił się tylko na tej jednej kompozycji, co zresztą było nie tyle życzeniem, co wręcz żądaniem reżysera. Tyle czasu u Camerona nie miał dotąd nikt nigdy, tyle czasu współcześnie nie dostaje już chyba żaden kompozytor. I znów fani orzekli: James Horner otrzymał ostatnią szansę na udowodnienie, że za wcześnie go skreślono. Że jeszcze jest w stanie pisać porywającą, pierwszoklasową muzykę filmową. Ten soundtrack miał to potwierdzić, albo temu zaprzeczyć. I wreszcie Avatar ujrzał światło dzienne, ale czy dał nam odpowiedź?

Przede wszystkim Horner znów potrafił zachwycić w obrazie. Rzecz jasna strony wizualnej Avatara przebić w stanie nie był, ale bardzo ładnie wpasował się w wymyślony przez Camerona bajecznie kolorowy świat Pandory. I zdarzało mu się jak za dawnych czasów przyprawić miłośników muzyki filmowej o mocniejsze bicie serca. Jednak za wcześnie, by odtrąbić sukces kompozytora. W końcu przez półtora roku miał współpracować z muzykologami, z zajmującym się wykreowanym na potrzeby filmu językiem Na’vi lingwistą, miał poszukiwać unikalnego brzmienia dla kosmicznej dżungli. Miało być inaczej, wyszło jednak jak zwykle. Już podczas projekcji filmu można łatwo wychwycić temat z Glory, charakterystyczne brzmienia z Aliens i przede wszystkim osławionego czteronutowca, którego obecność każe kolejny raz zapytać czy James Horner nie zna innego sposobu na muzyczne oddanie zagrożenia. Dokładniejsze wgłębienie się w muzykę pozwala znaleźć kolejne podobieństwa (Mighty Joe Young, The Four Fathers, Troja i chyba zwłaszcza Apocalypto) jednak nie kłują one aż tak mocno w uszy i dla wielu słuchaczy mogą pozostać niezauważone, po części pewnie z powodu mniejszej popularności plagiatowanych ścieżek. Natomiast chyba najbardziej rażącą kopią nie jest żadna powtórka z własnych dzieł, ale dość bezczelna wariacja na temat The Might of Rome z zimmerowego Gladiatora w utworze Gathering All the Na’vi Clans for Battle. Bardzo możliwe, że sporo w tym winy Camerona, który podobno mocno ingerował w score, wiele rzeczy kazał Hornerowi zmieniać, przearanżowywać a Zimmer miał robić u niego za temp track w niejednej scenie. Jakby nie było, ta kopia Amerykaninowi chwały nie przynosi, choć sam efekt końcowy w postaci wspomnianego utworu i jego oddziaływania w obrazie naprawdę udany i pod względem epickości i orkiestracjami nie gorszy niż oryginał.

Mimo że Horner z nawyków kopiowania chyba już się nie wyleczy, to jednak 18 miesięcy pracy nie poszło całkiem na marne i choć nie do końca udało się Jamesowi wykreować to, co sobie wymarzył, czyli nowy, unikalny, świat, to znalazły się tu pewne nowatorskie i ciekawe pomysły. O ile chóry poza tym, że śpiewają w Na’vi, nie są specjalnie odkrywcze, zaś etniczne piszczałki, na których wygrywa świetny Tony Hinningan też nie są wielkim nowum, o tyle Horner zaskoczył pozytywnie zwłaszcza w jednym aspekcie. Mowa o sposobie ilustrowania pandorskiej nocy a dokładniej bioluminescencyjnych własności tamtejszej flory i fauny. Kompozytor postanowił przypisać do tego różnego rodzaju delikatne brzmienia dzwonków, egzotycznych ksylofonów, gongów, prawdopodobnie gamelanu. Usłyszymy to w kilku utworach, ale zdecydowanie najintensywniej w drugiej połowie The Bioluminescence of the Night, w którym towarzyszą smyczkowej aranżacji tematu głównego. Wśród wszelakiej egzotyki, co ciekawe nie usłyszymy dawnego fetyszu kompozytora, czyli japońskiego fletu shakuhachi. Może i dobrze, bo choć bardzo lubię brzmienie tego instrumentu w partyturach Amerykanina, to tutaj byłaby to pewnie tylko kolejna hornerowska klisza.

Dwa główne tematy score Hornera, na kanwie których zbudował refren oraz zwrotki piosenki promującej film zdają się być w miarę oryginalne. Oczywiście niektórzy będą mogli i będą chcieli doszukać się tu pewnych podobieństw, zwłaszcza tematu głównego (robiącego też za miłosny) do tematu z Titanica, jednak nie ma tu perfidnych zżynek i wydaje mi się, że nie ma co doszukiwać się zapożyczeń. Oba tematy zresztą bardzo dobrze funkcjonują w obrazie i zwłaszcza główny wpada w ucho podczas seansu. Oba też przewijają się przez album w różnych aranżacjach – chyba najbardziej reprezentatywnym i satysfaksjonującym jeśli o nie chodzi, utworem będzie być może najlepszy na albumie Becoming One of the People; Becoming One With Neytiri rozpoczynający się aranżacją na żeński wokal i etniczne perkusjonalia tematu numer dwa, a w drugiej części prezentującym ten główny w wersji etniczno-romantycznej. Tematem numer trzy jest ewidenta, wspomniana już zrzynka z Glory, która jednak okazuje się być bardzo efektowną ilustracją kilku oszałamiających wizualnie sekwencji z „pływającymi” górami.

Generalnie zresztą epicki rozmach filmu Horner potrafił uchwycić znakomicie. Tak za pomocą czystoorkiestrowych fragmentów, jak i chóru, który szczególnie dobrze wypada podczas sekwencji lotu na ikranach (Jake’s First Flight). Cieszy, że jest to generalnie muzyczna epickość starej dobrej szkoły, oparta o świetnie zorkiestrowane motywy o wyrazistych liniach melodycznych. Także akcja jest melodyjna i potrafi być absorbująca również poza obrazem, czego najlepszym dowodem jest utwór War. Gdyby nie toporny początek, znów trochę przypominający Zimmera i nijaka końcówka byłby to pewnie jeden z utworów roku. Ale i tak oferuje nam parę wybornych wręcz fragmentów, jak fantastyczna perkusja między 5 a 6 minutą, czy świetny temat akcji (szkoda, że nie lepiej wykorzystany w score) około minuty 7. Zresztą tego typu momentów soundtrack ma dużo więcej i wymieniać ich wszystkich nie ma sensu. Wspomnieć trzeba koniecznie tylko o kapitalnym kawałku Jake Enters His Avatar World, który co prawda przypomina trochę A Kaleidoscope of Mathematics z Pięknego umysłu zwłaszcza tym charakterystycznym pulsującym fortepianem, jednak potrafi porwać słuchacza i przede wszystkim w samym filmie stanowi chyba najpiękniejszy i najefektowniejszy moment Hornera. Gdy Jake po raz pierwszy w ciele avatara, wybiega z budynku i pędzi ścieżką w kierunku dżungli kompozytor pokazuje, dlaczego swego czasu uważany był za jednego z najlepszych twórców swego gatunku.

Choć zasadniczo Avatar jest w swym wydaniu płytowym albumem o niezłej słuchalności i stanowi całkiem przyjemne doznanie dla uszu słuchaczy, nota za muzykę na płycie ode mnie, jak widać, za wysoka nie jest. Ta moja surowość nie wynika wcale z tego, a na pewno nie głównie z tego, że notę za rolę w filmie lekko naciągnąłem w górę. Nie podoba mi się montaż tego albumu. Tak jak wspomniałem, jest tu sporo świetnych momentów, ale oprócz nich mamy też trochę fragmentów nieco monotonnych, mniej ciekawych. Brakuje utworu, który byłby takim prawdziwym hitem, od początku do końca prezentującym, co najlepsze. Najbliższym tego jest wspomniany track numer 5, ale na dobrą sprawę każda ze ścieżek jest nierówna i składa się z części lepszej i gorszej, w różnych oczywiście proporcjach. Po drugie selekcjonując materiał na płytę – a w przypadku Avatara te standardowe u Hornera 78 minut to zdecydowanie nie jest całość score’u ze 160-minutowego filmu – kompozytor oraz Simon Rhodes dokonali niestety w wielu miejscach ewidentnie złych wyborów. Brakuje świetnego motywu na instrumenty dęte ze sceny pierwszego lotu do gór Alleluja, brakuje kapitalnej przygodowej muzyki z finału filmu, gdy młotogłowe stwory atakują naziemny oddział ludzi Quaritcha. Brakuje wreszcie jakiejś porządnej suity zbierającej najlepsze motywy do jednego tracka. Z kolei piosenka powinna być umieszczona w takiej formie, w jakiej pojawia się na napisach końcowych. Bez tego katastrofalnego wstępu, za to płynnie przechodząca z muzyki ilustracyjnej.

Niech Was te noty nie zmylą, bo ani na płycie nie jest tak źle, ani w filmie Avatar nie jest drugą Misją czy drugim Conanem. Generalnie ten score jest niezły, można go śmiało zaliczyć do tych lepszych dzieł, jakie wyszły spod ręki Hornera, jednak w moim odczuciu nie przyniósł nam jednoznacznej odpowiedzi na postawione na początku pytanie. Czy Horner wrócił do wielkiej formy? Niby tak, jednakże jak na 18 miesięcy pracy, mogło i powinno być jeszcze lepiej, zwłaszcza, że przy kolejnych projektach kompozytor tyle czasu na pewno mieć nie będzie. Ani tylu możliwości inspiracji. Bo przecież muzyka Hornera miała być jak Neytiri – dzika, piękna, egzotyczna, niesamowita… a jest trochę takim avatarem – starym, samopowielającym się Hornerem wciśniętym w nowe, efektowne opakowanie i pokazującym parę nowych zagrań. Oczywiście i tak zdecydowanie warto posłuchać. Jest przecież dobrze, chociaż nie genialnie. Jakby to powiedzieć w dialekcie Na’vi: Fì’pamtseo sìltsan lu slä nawm kelu.

Najnowsze recenzje

Komentarze