Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Lorne Balfe

Assassin’s Creed III

(2012)
-,-
Oceń tytuł:
Maciej Wawrzyniec Olech | 07-03-2013 r.

Wbrew temu co wiele osób sądzi gry i filmy mają wiele ze sobą wspólnego. Nie chodzi tutaj nawet o złośliwe teorie, jakoby współczesne filmy rozrywkowe przypominały gry wideo. Albo, że współczesne gry swoim poziomem przewyższają wiele hollywoodzkich blockbusterów. Bardziej chodzi o zasady rynku, gdzie można dostrzec wiele podobieństw między dużymi produkcjami filmowymi jak i tymi ze świata gier. Tak jak kasowe filmy doczekują się wiele kontynuacji, czasami lepszych, częściej gorszych. Tak i logicznym jest, że każda świetnie sprzedająca się gra, musi doczekać się kontynuacji. Nie inaczej jest w przypadku serii Assassin’s Creed od francuskiego giganta Ubisoft.
Seria ta w której to gracz ma możliwość wcielenia się w członka bractwa asasynów szybko zyskała rzeszę wielbicieli na całym świecie, czego efektem jest kilka gier, a nawet serie komiksów i książek związanych z tym uniwersum.

Jedną z wielu zalet tej serii jest niezwykle detaliczne odwzorowanie różnych historycznych epok. I tak akcja pierwszej części toczy się w okresie III wyprawy krzyżowej i jako gracz mamy możliwość eksplorowania takich miast jak Jerozolima, Damaszek, Akka, Masjaf i Arsuf. W drugiej odsłonie programiści przenoszą nas do Włoch końca XV. wieku, gdzie możemy nacieszyć nasze oczy widokiem pięknem takich pereł jak Florencja, San Gimgnano czy Wenecja. Już sama eksploracja tych miejsc daje niesamowitą przyjemność z grania i przysłania wszelkie niedorzeczności fabuły będącej kolejną teorię spiskową dziejów.
Pierwsza gra była dobra, druga była świetna! Tak więc oczekiwania wobec trzeciej odsłony były naprawdę spore. Gdzie też tym razem przeniosą nas programiści Ubisoftu? Przenieśli nad pod koniec XVIII. wieku w wir Rewolucji Amerykańskiej… Hę? Lokalizacja to dość kontrowersyjna, gdyż o ile w poprzednich częściach eksplorowało się wielkie miasta, tak tym razem głównie eksplorujemy… lasy. OK, pojawia się np. Boston, ale to nie to samo co skakanie po dachach Wenecji czy Florencji. Nie, przy tej odsłonie skacze się głównie po drzewach. Uczestniczenie w bitwach walki o niepodległość, też wypadają nieprzekonywująco, a nasz główny bohater Connor do najsympatyczniejszych nie należy. Może nie porażka, ale mimo wszystko zawód, w porównaniu do poprzednich części. Na szczęście oprawa muzyczna trzyma dobry poziom, choć i tutaj nie obyło się bez rewolucji.

Dotychczas odpowiedzialny za umuzycznienie asasynów był duński kompozytor Jesper Kyd. Znany doskonale w świecie gier, dzięki swoim ścieżkom dźwiękowym do serii Hitman. Zresztą te na potrzeby zakapturzonego zabójcy też prezentują się dobrze. Szczególnie klimatyczna ścieżka do drugiej części, warta jest uwagi. Przy trzeciej części doszło jednak do kompozytorskiej zmiany i rolę Jespera Kyda objął Lorne Balfe, stały i najbliższy współpracownik Hansa Zimmera. Ten szkocki kompozytor może się pochwalić pewnym doświadczeniem, jeżeli chodzi o ilustrowanie gier, jak chociażby Call of Duty: Modern Warfare 2, Crysis 2 czy Skylanders. A i też w świecie filmowym, coraz częściej i raczej pozytywnie daje o sobie znać. Assassin’s Creed III tylko potwierdza dobrą formę i daje zrozumieć, dlaczego słynny niemiecki kompozytor tak go ceni.

Zmiana na stanowisku kompozytora wpłynęła znacząco na muzyczny świat asasynów. I tak też Balfe w przeciwieństwie do Kyda postawił w pierwszej linii na orkiestrę. Szkot korzysta równiez z elektroniki, ale w zdecydowanie mniejszych stopniu od swojego duńskiego poprzednika. Tym samym cały score jest zdecydowanie masywniejszy. Słychać w nim potężną siłę orkiestry i nie zawahałbym się stwierdzenia, że brzmi on o wiele bardziej filmowo (w klasycznym tego słowa znaczeniu) od poprzednich części. O ile Kyd, dzięki sprytnym i często niekonwencjonalnym rozwiązaniom (gitara elektryczna i renesansowe Włochy) tworzył niesamowity klimat, o tyle Balfe stawia na bardziej klasyczne brzmienie, cięższe brzmienie. Efekt może się jak najbardziej podobać. W grze jesteśmy świadkami ważnych historycznych wydarzeń, mamy wojnę! A więc trochę mocniejsze, cięższe granie, jest jak najbardziej mile widziane i dobrze współgra z rozgrywką.

Jedną z sił partytury Balfego jest niesamowicie chwytliwy motyw przewodni. I tak też otwierający album Assassin’s Creed 3 Main Theme długo pozostaje w pamięci. Muszę jednak zaznaczyć, że ów motyw nie jest dla osób które od razu po usłyszeniu słów RCP chwytają po broń. Jest to dość typowy anthem ze studia w Santa Monica, ale
skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jest on aż tak chwytliwy, że można go słuchać po kilka razy pod rząd. Zresztą nawet jak komuś nie odpowiada lekko napuszona maniera Assassin’s Creed 3 Main Theme to powinien docenić inne aranżacje tego tematu jakie szkocki kompozytor dokonuje. A Bitter Truth, a w szczególności Connor’s Life to bardzo ładne, przepełnione nostalgią utwory. W ogóle po za wspomnianym otwierającym album kawałkiem, czy też The Aquilla i (oba dobre nawiasem mówiąc) Balfe raczej oszczędnie korzysta z anthemów, jak i elektronicznych wstawek. Słychać, że kompozytor stara się dopasować swoją muzykę do epoki w jakiej dzieje się większość gry. Oczywiście nie jest też tak, że od razu po usłyszeniu tej ścieżki, wykorzystanych instrumentach i stylu w jakim jest ona napisana doznajemy oświecenia, że to na pewno czasy Rewolucji amerykańskiej. Ale też trudno ją przypisać do, dajmy na przykład, filmu o wielkich robotach z kosmosu, a niestety często koledzy Balfego z RCP popełniają ten błąd. W tym przypadku jednak słychać, że to muzyka do jakiegoś filmu/gry historycznego, a nie dziejącego się współcześnie. W niektórych momentach, aby jeszcze bardziej oddać miejsce i epokę z jaką mamy do czynienia Szkot idzie w zdecydowanie bardziej folklorystyczne klimaty. Jak chociażby Beer and Friends czy skoczne Fight Club (nie mylić z filmem Finchera), które od razu namyśl przywołują tradycyjne tawerny, a wraz z nimi tańce, zabawy, picie do upadłego i walki na gołe pięści.

Prawdziwą siłą tej ścieżki jest jednak mocna i bezkompromisowa muzyka akcji. Nie jest to żadne „bezmyślne walenie w perkusję”, ale naprawdę dobrze rozpisany action score, który nie tylko pobudza do życia, ale wręcz zachęca do walki. Warto w szczególności zwrócić uwagę na takie utwory jak Trouble In Town czy Wild Instincts. Nie zabrakło też na albumie spokojniejszych utworów, które stanowią dobrą przeciwwagę do wspomnianego przed chwila action score.u. Pomijając ładne i też wyżej wspomniane wariacje głównego tematu, chwile wytchnienia oferuje np. ładne HomeStead czy też podążające bardziej w kierunku ambientu What Came Before.

Na pierwszy rzut oka album (niestety tylko wydanie mp3) zdaje się być dobrze wyważony. Mamy odpowiednią ilość mocniejszego i łagodniejszego grania, które nawzajem się przeplata. Mimo to, ta muzyczna godzina może się trochę dłużyć. Niektóre utwory mogą się trochę zlewać w jedną całość. Plus potrzeba też trochę czasu, aby odkryć niektóre dobre, wymienione w tej recenzji kawałki. Tak jak siłą soundtracku Jespera Kyda do drugiej części były klimatyczne, pojedyncze utwory, w których naprawdę można było się od pierwszego odsłuchu zakochać, tak soundtrack do trójki prezentuje się lepiej, bardziej spójnie jako całość. Jednak ciężej tutaj znaleźć pojedyncze kompozycje, do których po jakimś czasie chcielibyśmy wracać. Może pomijając motyw przewodni.

Mimo wszystko zważywszy na jakże różne obrane muzyczne style, ciężko jest oceniać ten score porównując go do poprzednika. Zresztą byłoby to trochę nie fair, gdyż zarówna kompozycja Duńczyka, jak i ta Szkota dobrze prezentują się w grze i obie spełniają swoje role. Lorne Balfe obrał trochę inna drogę, ale muzycznie seria Assassin’s Creed na tym nie straciła. A nawet zyskała lekki powiew świeżości, w postaci orkiestrowego kopniaka. Może nie jest to jakaś wielce wybitna ścieżka dźwiękowa. Ale w sumie patrząc na wszystkie nowe rzeczy związane z Assassin’s Creed III (lokalizacje, bohaterowie itd.) to właśnie muzyka prezentuje się z nich najlepiej. OK, walki na morzu, które też są nowością w tej grze, też prezentują się dobrze. I z tego widać, w następnej części będziemy mieli więcej z nimi do czynienia. Czy w rytm muzyki Lornego Balfe, to się okaże. Po tym co szkocki kompozytor pokazał przy tym score, nie miałbym nic przeciwko temu.

Najnowsze recenzje

Komentarze