Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Loading
Alexandre Desplat

Afterwards (Potem)

(2009)
-,-
Oceń tytuł:
Marek Łach | 11-06-2010 r.

Gilles Bourdos i Alexandre Desplat spotkali się po raz pierwszy na planie thrilleru Inquiètudes, na potrzeby którego francuski kompozytor napisał klimatyczną, miejscami zahaczającą o awangardę ilustrację; Afterwards (nad Sekwaną rozpowszechniony jako Et Après), ich drugi wspólny film, pod względem muzycznym postawił twórcy Malowanego welonu zupełnie inne wyzwania. Wśród nich najtrudniejszym okazało się zbalansowanie kiczowatej plastyki i pretensjonalności, w jaką obraz Bourdosa niestety popadł.


Problem kiczu występuje jak gdyby w dwóch ujęciach, z którymi Desplat powinien był sobie jako kompozytor poradzić. Na pierwszej płaszczyźnie, uwidacznia się ckliwości opowiadanej historii. Dopieszczone, przesycone kadry jako tło dla łzawej relacji głównych bohaterów wprowadzały obawę, że również warstwa muzyczna podąży w stronę egzaltowanych, przesłodzonych brzmień. Pod tym względem Desplat na szczęście uchronił się od porażki – zamiast sentymentalnej liryki w hollywoodzkim stylu, która całkowicie położyłaby artystyczny wymiar filmu, zdecydował się na bardziej stonowane formy wyrazu. Momentami wydawać się może, że subtelny fortepian i snujące się w tle delikatne smyczki wcześniej czy później popadną w klimaty nadmiernej ckliwości – jednak w ostatniej chwili Francuz zaskakuje mroczniejszym, niespodziewanym, bardziej enigmatycznym akordem. W zasadzie dopiero w ostatnich scenach filmu, kiedy to prominentną rolę odgrywa ładny temat przewodni (wcześniej pojawia się sporadycznie, w odróżnieniu od tego, co sugeruje produkcja albumu), Desplat wkracza na bardziej grząski grunt i można powiedzieć, że lekko przesadza z manipulacją łzawymi emocjami.


O ile zatem w powyższym ujęciu Francuz potrzeby filmu odczytuje co do zasady trafnie, o tyle szereg wątpliwości przynosi jego ilustracja na drugiej płaszczyźnie – mniej emocjonalnej, bardziej merytorycznej. Otóż „przypowieść o umieraniu”, jaką Bourdos nakręcił, popada co chwilę w pretensjonalne, napuszone tony; poczucie wielkiej wagi omawianych spraw pogłębia wrażenie kiczu. Tutaj niestety Desplat wpada we własne sidła – rezygnując z rzewnej nadekspresji, zostaje zmuszony do popadnięcia w tę samą pompatyczność, w jakiej utonął reżyser. Brak tu większej lekkości, dystansu do tematu, kontrapunktu dla pomnikowości filmu.


Z drugiej jednak strony, jeśli pominąć tę bardziej artystyczną perspektywę, ścieżka Francuza prezentuje się jako solidna, miejscami urokliwa opowieść muzyczna. W oderwaniu od ideologii filmu, hipnotyczna, introwertyczna, pogrążona jakby w bezruchu ilustracja celnie koresponduje ze zdjęciami tajwańskiego operatora, Pin Bing Lee. Szczególnie dobrze z nasyconymi kolorystyką, nocnymi ujęciami wielkiej metropolii łączy się podkreślony typową dla Desplata linią basu, nieco impresjonistyczny Crossroad i jego późniejsze warianty, zarazem oniryczne i dramatyczne. Również wysmakowana, elegancka faktura liryki, uciekająca od ładnych rozwiązań harmonicznych w stylu chociażby Georgesa Delerue, ma w sobie sporo czaru i subtelności.

Ogólnie jednak Afterwards to pozycja skierowana raczej do miłośników kompozytora. Przedłuża ona oklepaną już stylistykę Benjamina Buttona, urozmaicając ją co prawda brzmieniem europejskich prac Desplata (klimaty zbliżone do tych z kina Audiarda; River Flow utrzymany nieco w poetyce Zbigniewa Preisnera), niemniej urozmaicenie to nie oznacza, że wnosi ona nową jakość do twórczości Francuza. Jest to bardzo porządna, profesjonalna i starannie przemyślana ścieżka, która może się podobać – tyle że od strony artystycznej zalatuje fałszem.

Najnowsze recenzje

Komentarze