Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Thomas Newman

Adjustment Bureau, the (Władcy umysłów)

(2011)
-,-
Oceń tytuł:
Marek Łach | 11-03-2011 r.

W ostatnim czasie przemysł kinowy nie był zbyt łaskawy dla Thomasa Newmana. Od czasu Wall-E oraz Drogi do szczęścia, kompozytor rozczarował przy Braciach, będących fiaskiem finansowym i zignorowanych przez gremium Oscarów; co gorsza jego kolejny projekt, thriller The Debt natrafił na poważne perturbacje ze strony wytwórni i odwlókł się w czasie. Adjustment Bureau przerywa tę niefortunną passę – nasuwa się więc pytanie: czy warto było tyle czekać?

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to prawie totalne przełożenie faktury nad melodykę i tematyczność. Krótkie, kilkunutowe melodie, zwykle gdzieś tam ledwie przez Newmana zasugerowane i ukryte pomiędzy przenikającymi się warstwami kompozycji, zdają się być bardziej pretekstem do aranżacyjnego ćwiczenia aniżeli tradycyjnie przez kino rozumianą narracją opartą o powtarzające się motywy. Efekt od strony brzmieniowej jest przez to bardzo wyrafinowany, balansuje jednak na granicy przestylizowania. Score wyróżnia się na tle współczesnych blockbusterów, z racji tego, że Newman ma tak niezwykle silny, unikalny język muzyczny, będący w dzisiejszej branży zupełnym ewenementem. Dzięki temu także i film od strony muzycznej ma wyrazisty charakter, nie wydaje się być kolejnym produktem z hollywoodzkiej taśmy. Ta wyjątkowość nie przekłada się jednak w pełni na dobrą muzykę filmową – muzyka Newmana tyleż zaskakuje sytuującym się gdzieś w okolicach kina niezależnego brzmieniem, co irytuje dramaturgicznym wyluzowaniem narracji.

Nieraz ubolewam, że współcześni kompozytorzy przeszarżowują, przedramatyzowują filmy komercyjne, że w ich interpretacji co druga scena mogłaby się muzycznie równać tylko z Apokalipsą, że brakuje im umiaru i pokory wobec tworzywa filmowego, że bombardują adresata obrazu banałem i dosłownością. Newman osiąga jednak efekt przeciwny – co prawda The Adjustment Bureau nie jest ciężkim gatunkowo thrillerem, a raczej przygodowym romansidłem ubranym w szaty SF, mimo to jednak członkowie tytułowego Biura non stop usiłują przekonać widzów, z jak wielkimi sprawami przyszło im się mierzyć i jak kolosalne znaczenie dla losów świata mają działania ubranych w staroświeckie kapelusze agentów o groźnie brzmiących nazwiskach. Głównemu bohaterowi wysłannicy Biura grożą resetem świadomości, grożą zrujnowaniem kariery jego ukochanej – ale niby jak odbiorca ma w to wszystko uwierzyć, skoro do niezamierzenie komicznych dialogów, dołącza wyluzowana, przyjemna dla ucha, wygładzona i wypieszczona przez łagodną elektronikę muzyka Newmana? Akustyczna, ruchliwa i rytmiczna ilustracja pasuje może do skomplikowanej psychologicznie tragikomedii pokroju American Beauty (której zresztą stała się muzycznym archetypem) czy do przewrotnych Aniołów w Ameryce, tutaj jednak, w prostym kinie z pogranicza thrillera, romansu i sci-fi, wypada nieprzekonująco – nieprzekonująco na tyle, że cała pierwsza połowa filmu (zwłaszcza w przypadku The Girl on the Bus) nie ma z jej winy żadnego ciężaru dramatycznego.

Potem sytuacja się poprawia. Gdy przychodzi na to pora, Newman z typowym dla siebie mistrzostwem, przemyca pośród dynamicznych konstrukcji rytmicznych smutne, melancholijne tony (liryczne fragmenty są jak zwykle u niego na wysokim poziomie), a w finałowej sekwencji pościgu wprowadza bardziej dojmujące, silne emocje, które w końcu, choć z dużym opóźnieniem, uświadamiają widza co do powagi sytuacji. Plusem The Adjustment Bureau jest z pewnością to, że ścieżka ta nie jest tak ascetyczna, jak to się niektórym dramatom Newmana zdarzało; faktura jest barwna i pomysłowa, czerpie swoją witalność z najbardziej energicznych dzieł kompozytora. Za wyjątkiem kilku fragmentów (Square-One Reset, bardziej drapieżny The Illusion of Free Will) ilustracja ma też pozytywny, ciepły wydźwięk, miejscami potrafi zaintrygować enigmatyczną sugestią czegoś tajemniczego i mistycznego (zgrabnie wprowadzający w nastrój całości Fate), ogólnie jednak dominuje uczucie nostalgicznego i melancholijnego optymizmu, które sprawia, że jak na standardy współczesnego kina komercyjnego, jest to muzyka niemalże relaksacyjna, elegancko płynąca na przestrzeni albumu i stapiająca się w ładne, delikatne i estetyczne tło. Adrenalinę podnosi w zasadzie tylko Escher Loop, najlepiej chyba wypadający w filmie utwór, który efektownie podsumowuje stylistykę całej ścieżki.

Komu więc tę ścieżkę polecić? Jest ona tak specyficzna, że niełatwo na to pytanie odpowiedzieć. Fani Newmana powinni być zadowoleni, bo mimo że kompozytor tak uparcie trzyma się swojej stylistycznej niszy, to wciąż pisze muzykę, która pulsuje żywymi emocjami i potrafi zachwycić pieczołowicie skonstruowanym, wysmakowanym i charyzmatycznym brzmieniem. Dla wielu jednak odbiorców liczne mikromotywy, rozmywające się gdzieś pośród pełnej kolorytu faktury ścieżki, będą zapewne czymś zupełnie ulotnym i w efekcie mało atrakcyjnym. Faktycznie, album ma tendencję do zlewania się w całość pomimo bogactwa detali. Przede wszystkim Newman oszukał tu kontekst gatunkowy, co w mojej opinii jest z jego strony błędem – błędem jest bowiem
zignorowanie dramatycznych potrzeb filmu, które przecież nie były tak rozbuchane, jak choćby w nolanowskiej Incepcji. The Adjustment Bureau brzmi bardziej jak muzyka, która pasowałaby do psychologicznego SF pokroju K-Pax, niż do pełnego gonitw filmu nakręconego przez Nolfiego. Tę moim zdaniem główną wadę równoważyć próbuje stylowość kompozycji, skierowana jednak do wąskiego grona odbiorców. To chyba za mało, jak na wyczekiwany od dwóch lat powrót Newmana do kina masowego.

Najnowsze recenzje

Komentarze