Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Alan Silvestri

Abyss, the (Otchłań)

(1989)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Rokita | 15-04-2007 r.

Prawie każdy nowy film Jamesa Camerona stale wpisuje się z dniem premiery do historii kina. Twórca epickich, inteligentnych widowisk science-fiction z każdym swym filmem zadziwia rozmachem, pokazywaną technologią i intensywnością akcji. Jak nietrudno wywnioskować jest to fenomenalna szansa na pokazanie swych umiejętności dla każdego kompozytora muzyki filmowej. Takim filmem była również Otchłań, rozgrywający się na dnie oceanu, tajemniczy dramat science-fiction. Po scysjach z innym Jamesem przy Aliens oraz minimalistycznej (aczkolwiek jakże sugestywnej) elektronice Brada Fiedela w Terminatorze wyborem reżysera okazał się opromieniony mocnymi ścieżkami dźwiękowymi do Powrotu do przyszłości oraz Predatora Alan Silvestri.

Ilustracja muzyczna z Otchłani to przedziwna hybryda, gdzie kompozytor używa muzyki będącej dosłownie na dwóch przeciwległych biegunach. Najlepiej dwoistość ścieżki dźwiękowej oddaje otwierające „Main Title”, gdy po wejściu niebiańskiego w wymowie chóru zostajemy wprost zmiażdżeni potężnym werblem, który prawdopodobnie bije swą mocą jakikolwiek inny werbel zastosowany w muzyce filmowej. Utwór ten można odczytać jako alegorię ścierania się w filmie sił reprezentowanych przez ludzkość (rewelacyjny, obłąkany marine w wykonaniu ulubionego aktora Camerona, Michaela Biehna) i sił nadprzyrodzonych – zaraz scharakteryzujemy te dwa muzyczne „światy”. Część muzyki Alana Silvestri’ego jest bardzo atmosferyczna i prawdę mówiąc nie nadaje się do słuchania. Ale jak mogła inaczej wyglądać muzyczna ilustracja do ciemnych otchłani oceanu? W kilku utworach tak jak „Bud’s Big Dive”, „Search the Montana” czy „Lindsey Drowns” mamy do czynienia już nie z muzyką, a raczej muzycznymi efektami dźwiękowymi uzyskami za pomocą syntezatorów. Do tego dochodzą atonalne uderzenia perkusyjne, elektroniczny underscore daje wrażenia ciągnięcia się przez całe minuty a np. smyczki w tym ostatnim utworze przypominają bardzo atmosferyczną muzykę Cliffa Martineza z Solaris. Nomen omen, taką muzykę mógł napisać sam Brad Fiedel i wydaje się, że czuć w tym decyzję samego Camerona, któremu raczej nie chciał się sprzeciwiać Silvestri pragnąc zatrzymać posadę przy tym filmie… Jest też w The Abyss kilka minut wybuchowej muzyki akcji rodem z Predatora, ale to nic nowego w porównaniu z tym, co nie usłyszelibyśmy wcześniej u Silvestri’ego.

Tym samym dochodzimy do zdecydowanie najlepszego co ma do zaoferowania ten album. Przeciwstawnym biegunem dla eksperymentalnego projektowania efektów dźwiękowych jest fenomenalna, w pełni orkiestrowa muzyka wsparta rewelacyjnymi partiami chóralnymi. Olśniewający finał filmu (i również tego albumu) stanowią trzy ostatnie utwory, gdy Alan Silvestri zabiera nas dosłownie i w przenośni z oceanicznych głębin ku niebiosom muzyki filmowej. Stopień emocji oraz aury cudowności jakie dostarcza ta muzyka wynagradza wszystkie poprzednie niedostatki. Chór prowadzi pełną orkiestrę razem z głównym tematem oraz pięknym, typowym dla liryki Silvestri’ego motywem miłosnym a słuchacz chce więcej… Warto wspomnieć również o wcześniejszych sygnałach tego typu muzyki na albumie, która najdobitniej pojawia się w „Manta Ship” oraz „The Pseudopod”, mając wrażenie obcowania z czymś nadprzyrodzonym i niewyjaśnionym, a charakter tych kompozycji jest zbliżony choćby do stylu Bliskich spotkań trzeciego stopnia Williamsa oraz magicznych projektów Jamesa Hornera z lat 80-ych.

Tak więc The Abyss to prawdziwa muzyczna hybryda, której najlepiej byłoby uciąć jedną głowę, reprezentującą eksperymentowanie z syntezatorami, choć trzeba przyznać, że ta muzyka spełnia swoją rolę w filmie oddając stan paranoi i niepokoju wywoływanymi przywracającymi zawroty głowy u widza głębokościami – sugeruję omijać te ścieżki celem jak najlepszego odbioru muzyki. Mimo tych wszystkich wad, album jest wart swoich fenomenalnych ostatnich 10 minut, które są odpowiedzią na to jak wysokiej klasy twórcą jest Alan Silvestri i nic dziwnego, że ta muzyka znalazła swoje miejsce aż na tylu składankach i kompilacjach dotyczących muzyki filmowej. I co ważne, kończąc ścieżkę dźwiękową, zostajemy z najlepszymi możliwymi wrażeniami, zacierającymi w/w problemy tej pozycji. Polecam szczególnie oglądnięcie arcydzieła jakim jest niemal 3-godzinna, reżyserska wersja Otchłani, która całkowicie zmienia fabułę i kontekst filmu i co ciekawe do zmienionego finału jest przypasowana elektroniczna muzyka autorstwa mało znanego Roberta Garretta oraz utwór „The Walk to the Gas Chamber” Jacka Nitzsche z filmu Siódmy znak.

Najnowsze recenzje

Komentarze