Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Trevor Rabin, Paul Linford

12 Monkeys – season 1 (12 małp – sezon 1)

(2015)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 20-09-2015 r.

Film 12 małp w reżyserii Terry’ego Gilliama odniósł w 1995 roku zarówno komercyjny, jak i artystyczny sukces. Jednakże musiały upłynąć aż dwie dekady zanim ktoś wpadł na pomysł pociągnięcia tej oryginalnej wizji biologicznej apokalipsy. I to nie w kinowym, a telewizyjnym formacie! Właściwie koncepcja Terry’ego Matalasa i włodarzy sacji SyFy polegała na opowiedzeniu historii od nowa – rozbudowania jej o dodatkowe elementy i rozciągnięcia na nasze współczesne realia. Wrodzony sceptycyzm widowni, która już niejednokrotnie wystawiana była na takie eksperymenty tym razem był bezpodstawny. Widowisko okazało się bardzo wciągające i klimatyczne, ale co najważniejsze, podeszło z szacunkiem do kinowego pierwowzoru. Oczywiście w miarę rozbudowywania fabuły kosmetyce uległy pewne drobne wątki. I tak na przykład szalonego Jeffrey’a zastąpiła równie pokręcona Jennifer, a całą historię przyprawiono pikanterią obecności tajnej organizacji dążącej do apokalipsy. W efekcie otrzymaliśmy świetnie przemyślany i absorbujący uwagę periodyk, który czeka na kolejne sezony.



Główny pomysłodawca i producent wykonawczy serialowych 12 małp nie ukrywał, że od początku miał skonkretyzowaną wizję ścieżki dźwiękowej. A miała ona przemawiać warsztatem twórczym Trevora Rabina. Mało inspirujący wybór? Być może, ale ponoć fragmenty Wroga publicznego i Sakrbu narodów świetnie operowały w temp tracku pilotażowego odcinka. Na tyle dobrze, by w bardzo krótkim czasie przekonać Rabina do współpracy. Ten, sięgając po swojego sprawdzonego aranżera, Paula Linforda, stworzył drużynę, która dosyć sprawnie poruszała się na wielopłaszczyznowych wątkach fabularnych 12 małp.

Od strony funkcjonalnej telewizyjne małpy mają wszystko, co mieć powinny. Przede wszystkim bardzo klimatyczną i chwytliwą czołówkę, która zupełnie odcina się od filmowego pierwowzoru. Nie ma tu miejsca na przesadne eksperymentatorstwo, choć dalej częstowani jesteśmy grą skojarzeń. Bo jak inaczej nazwać oparcie głównej melodyki na indyjskich instrumentach perkusyjnych – różnego rodzaju dzwoneczkach i bębnach rozpościerających nad partyturą etniczną otoczkę. Owa etnika jest rzecz jasna bardzo powierzchowna, traktowana umownie – zupełnie zresztą, jak cała płaszczyzna tematyczna. Mimo, że Rabin dosyć często powraca do głównej melodii, to jednak rzadko kiedy pozwala jej w pełni rozwinąć skrzydła. Zazwyczaj są to subtelne wstawki skojarzone z suspensowym materiałem. Materiałem najczęściej brylującym po krętych ścieżkach wizualnego niewolnictwa. Muzyczna akcja również nie stanowi większego zaskoczenia dla osób doskonale rozeznających się w stylistyce RCP. Mamy zatem rytmikę, której determinantą są albo elektroniczne sample albo smyczkowe ostinata. Te drugie, w skojarzeniu z tematem przewodnim tworzą nawet ciekawy kolaż, do którego aż chce się po wielokroć powracać. Warto tylko nadmienić, że słyszana w czołówce melodia, to jota w jotę materiał z demówki, jaką kompozytor przedstawił Matalasowi tuż po otrzymaniu angażu.

Dalsza część pracy nad serialem również przypominała zabawę z elektronicznym bankiem brzmień, bo właściwie cały proces kompozycji odbywał się w domowym studiu Trevora Rabina. Wśród bardziej organicznych dźwięków wymienić można tylko fortepian, mandolinę i gitary akustyczne. Pozostałe elementy faktury to sample i programowanie elektroniki. I o ile w skojarzeniu z obrazem ciężko wychwycić ową efemeryczność brzmienia, to w momencie, gdy oderwiemy rzeczony materiał od warstwy wizualnej, nie sposób nie skrzywić się na sztuczność i anachroniczność sampli. Jest to tym bardziej deprymujące, że od czasów wspomnianego Wroga publicznego w kwestii technicznej niewiele się u Rabina zmieniło.

Dlatego też z wielką rezerwą podchodziłem do wydanego nakładem Varese Sarabande albumu soundtrackowego. Nawet zagospodarowanie tylko godziny przestrzeni płytowej nie uchroniło mnie od uciekania myślami, szukania bardziej inwazyjnych fragmentów i pomijania tych, które w moim odczuciu znalazły się na krążku zupełnie przypadkowo. Magia dobrze funkcjonującej w serialu oprawy muzycznej ulotniła się w mgnieniu oka. Zostało natomiast przeświadczenie, że poza fajnym w gruncie rzeczy tematem, kompozycja Rabina i Linforda to kolejne statystyczne dzieło przemysłu telewizyjnego, o którym za rok czy dwa nikt nie będzie już chciał pamiętać.



Kilka utworów ma jednak prawo powalczyć o odrobinę uwagi – głównie u entuzjastów serialu i miłośników warsztatu Trevora Rabina. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się otwierająca krążek suita tematyczna. Bez dwóch zdań jest to świetne słuchowisko, które sprawdziłem już pod kątem metronomu do różnych form aktywności fizycznej. Natomiast odrobinę więcej skupienia wymagała ode mnie ilustracja wieńcząca pierwszy sezon 12 małp, która również kończy naszą przygodę z soundtrackiem. The Cycle Is Complete z jednej strony stara się godzić narzucone przez Rabina koncepcje, z drugiej natomiast podskórnie stara się nawiązywać do kompozycji Paula Buckmastera z kinowego widowiska. Świadczy o tym obecność smyczkowych solówek, które w filmie z 1995 roku dźwigały ciężar liryki. Oczywista obecność rozmywających się w tle żeńskich wokali, fortepianowych melodii i zimmerowskiego anthemu spłaszcza te zabiegi do stricte funkcjonalnego rzemiosła, ale mimo tego efekt jest bardziej niż zadowalający.



Z całej masy mniej lub bardziej absorbujących utworów akcji w sposób szczególny przypadły mi do gustu Cole On The Move, The Monkeys On The Wall oraz The Future Is History. Najpewniej z tego powodu, że przypominają one co bardziej chodliwe akcyjniaki z dorobku Rabina. Choć nie grzeszą oryginalnością, to jednak dobrze wprowadzają w surową, pełną niepokoju wymowę partytury. Szkoda tylko, że w miarę upływu czasu ścieżka dźwiękowa zatraca ten charakter rozdrabniając się nad relacjami między głównymi bohaterami. Niestety, liryka 12 małp to istna katastrofa. Funkcjonuje tu na słowo honoru i nawet tak ikoniczna postać, jak James Cole nie została obdarowana żadną mocniejszą wizytówką muzyczną. O temacie zdesperowanej i zdeprawowanej pani doktor (Katarina Theme) nie będę się nawet wypowiadał, bo szkoda słów.

Nie będę również zbyt wylewny w przekonywaniu was do sięgnięcia po ten album soundtrackowy. Wychodząc z założenia, że niektórych ścieżek dźwiękowych pod żadnym pozorem nie powinno się rozdzielać z ich filmowej macierzy, zachęcę więc do zmierzenia się z widowiskiem. Myślę, że w taki właśnie sposób najlepiej docenić rolę i estetykę tej kompozycji. Przy okazji całkiem przyjemnie spędzicie trzynaście godzin waszego życia.


Inne recenzje z serii:

  • 12 Monkeys
  • Najnowsze recenzje

    Komentarze