Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.

Oskary i Pan Morricone

Łukasz Wudarski | 21-04-2022 r.

No i stało się. Kolejne Oskary mamy za sobą. Znów było pompatycznie, pseudośmiesznie, długo, miałko i po części niesprawiedliwie.

No, ale po kolei. Od kilku dobrych lat, gdy tylko zyskałem jako taką świadomość kiczu, staram się swym marnym piórem ucywilizować Amerykańską Akademię Filmową, piętnując jej błędy, nominacje i nagrody. I jak zwykle grzeszę pychą sądząc, że to coś da. Nikt z nas krytyków nie wygra bowiem z tradycją, z ogromną machiną konwencji, która przeżyła niejedną jadowitą wypowiedź nie tylko dziennikarzy, ale i samych nagradzanych. Bo moi drodzy Oskar, mimo iż bardzo powoli ewoluuje nie pozostając zupełnie nieczuły na ogólnoświatowe trendy i tendencje, to jednak wciąż jest przede wszystko nagrodą pompatyczną, nagradzającą jedno z oblicz komercji, oblicze najbardziej poważne, obyczajowo – dramatyczne. O ile często wśród nagrodzonych rzeczywiście znajdują się świetne filmy, to jednak częściej chwalone jest dobre rzemiosło niźli prawdziwa, inteligentna sztuka. Przeciwko temu możemy się buntować, ale chyba nasza walka ma posmak donkiszoterii, a nasze argumenty, choć ostre jak kopia rycerza z La Manchy raczej nie wyskrobią silnych rys na masywnych wiatrakach Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Czy w związku z tym warto zaprzestać podjazdów? Idealiści wiedzą, że nie. Wszak może czeka gdzieś na nas jakaś prawdziwa Dulcynea, która doceni trud włożony w walkę z wiatrakami…

Z tych pobudek właśnie postanowiłem napisać ten felieton, będący moją subiektywną relacją z Gali rozdania Oskarów. Na samym początku chciałbym uprzedzić wszystkich, iż jest ona skrajnie subiektywna, skrajnie krytyczna i dla wielu zakochanych w niedoścignionym wzorze jaki prezentuje nam najlepszy bo najbogatszy kraj świata, zapewne niesprawiedliwa. Prawdę mówiąc jednak wszystkie gromy krytyków krytyki Hollywoodu mam gdzieś (czyt. Tam gdzie światło niedochodzi, chyba, że ktoś ma luminescencyjną ubikację).

No ale czas przejść do konkretów.

Rok 2006 niestety był raczej ubogi w filmy posiadające niezapomnianą muzykę filmową. Nie znaczy to jednak, że nie powstały partytury warte wzmianki w plebiscytach i podsumowaniach. Jako moje typy wyróżniłbym przede wszystkim „Źródło” (Clint Mansell) „Pachnidło” (trzech kolesiów), a także choć już znacznie dalej „The Nativity Story” (Mychael Danna), „Alatriste” (Roque Banosa), „Kod Da Vinci” (Hans Zimmer) i kilka naszych partytur którym nie dane było ujrzeć światła dziennego („Jasminum” – Konieczny, „Statyści” – Michał Lorenc). Żadnej z wymienionych przeze mnie kompozycji nie udało się wywalczyć nawet nominacji. Dlaczego??? Otóż osoby wybierające owe „najlepsze dzieła”, kierują się pewnymi zasadami w pewien sposób niezrozumiałymi dla zwykłego fana muzyki filmowej. Fana który zachwyca się przede wszystkim tym co ma na płycie i rzadko kiedy pragnie zrozumieć, że Akademię mało to obchodzi. Oni nie słuchają płyt oni oglądają filmy i dlatego muzyka zawsze oceniana jest przez pryzmat obrazu. Mylą się jednak ci, którzy będą twierdzić, że dla Akademików liczy się tylko funkcjonalność partytury w kinie. Amerykańscy krytycy najpierw oceniają jakość filmu, a dopiero potem kwestię oddziaływania kompozycji. Pamiętać należy jednak, że ocena wystawiana obrazowi również zależna jest od pewnych kryteriów, do których należy zaliczyć: ciekawy, ale zrozumiały temat, (nie ma tu miejsca na awangardę), problematyka społeczna (kontrowersyjna, ale nie bluźniercza), apologia amerykańskiego snu, amerykańskiego myślenia (także krytycznego), wyraźna czarno – biała wymowa moralna (i wcale nie chodzi mi o problemy rasizmu), no i w ostatnich latach także nuta nieco przaśnej, zamerykanizowanej egzotyki… Z tych właśnie względów nawet najlepsza partytura napisana do kiepskiego obrazu (albo do takiego, który w żaden sposób nie zazębia się z podanymi przeze mnie kryteriami) nie może liczyć na łaskawe traktowanie (czyt. na nominację). I nie ważne jak świetnie oddziałuje w filmie. Jako tegoroczne przykłady niech posłuży nam choćby „Źródło” i „Pachnidło” filmy, które zapewne nie zostały zrozumiane przez krytyków z USA, dlatego też mimo ilustracji znacząco wpływających na uzupełnienie obrazu nie znalazły się w gronie nominowanych.

Myślę, że po takim wytłumaczeniu większość z nas jest w stanie zaakceptować tę nagrodę jako wyróżnienie dla partytury może nie najlepszej, ale w pewien sposób znaczącej, przynajmniej w hollywoodzkim środowisku. Niestety tegoroczne Oskary pokazały, iż cała moja argumentacja przedstawiona powyżej nie jest warta funta kłaków, a nagroda Amerykańskiej Akademii Filmowej, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę filmową, jest jedynie chusteczką na otarcie łez, dla filmów które przegrały w najważniejszych kategoriach.

No to na sam początek posmagamy biczem tegoroczne nominacje. W zasadzie tylko „Labirynt Fauna” godny był w pełni wyróżnienia. Brzmi on w filmie interesująco, choć nie wybija się na plan pierwszy na tyle żeby po wyjściu z kina laik mógł powiedzieć, że pamięta muzykę.

Zupełnie inaczej jest natomiast z gigantyczną tapetą w stylu retro, jaką stworzył Thomas Newman, do „Dobrego Niemca”. Nie obeznany z kinem Golden Age’u widz może być bowiem zirytowany zarówno samym obrazem jak i muzyką, brzmiącą dziś archaicznie, trochę tak jak wycie pierwszych masowo produkowanych dwusuwów, których pyrkanie było w pewnych latach szczytem finezji, a dziś jest tylko przedmiotem zachwytów niegroźnych kolekcjonerów, o siwych włosach i tweedowych marynarkach. Budowane przez Newmana ściany dźwięku, chociaż doskonale wpisują się w konwencję i niemal idealnie zachowują nakazane decorum, rozczarowują swą suchością i brakiem iskry twórczej.

Kolejną nominowaną partyturą była „Królowa” Alexandre Desplata. Dla mnie jedna z największych muzycznych pomyłek tego roku (choć zdaję sobie sprawę że są miłośnicy tej partytury). Wiem też, że wielu recenzentów dostrzega w tej płycie interesujące przełamanie hollywoodzkiej konwencji, owej lukrowanej ilustracji. Dla mnie jednak Francuz stworzył przeciętny kawał tapety, niezaskakujący niczym: ani melodią, ani trikami kompozytorskimi. Moim skromnym zdaniem w filmach pokroju „The Queen”, gdzie jedna bezapelacyjnie mistrzowska rola (Helen Mirren) określa cały ładunek dramatyczny, muzyka nie ma szans na zaistnienie choćby w stopniu dobrym. Kompozytor bowiem albo złamie decorum (pisząc muzykę agresywnie nachalną, psującą pieczołowicie kreowane przez aktora emocje), albo podporządkuje się tworząc lekko wibrujące tło. Jasne jest chyba, co wybrał Desplat.

Całkiem ciekawie brzmią w filmie dwie ostatnie nominowane kompozycje. Phillip Glass w „Notatkach o skandalu” stworzył ilustracje inteligentną, momentami wręcz błyskotliwą, ale… nudną. Ileż razy można katować widza tymi samymi patentami na opisywanie emocji. Zaraz się na mnie pewnie rzucą miłośnicy glassowskich minimalizmów twierdząc, że kompozytor wciąż modyfikuje swe minimalistyczne tematy. Może i… Faktem jest jednak to, że nawet laikowi „Notatki o skandalu” skojarzą się z „Godzinami”, co niewątpliwie popsuje przyjemność obcowania z obrazem, potęgując deja vu.

Na koniec celowo zostawiłem zwycięzcę oskarowej gonitwy: „Babel” Gustavo Santaolalli. Kariera jaką zrobił w Hollywood Argentyńczyk może dziwić i budzić podejrzenia o stronniczość Akademii. Bo jak logicznie wytłumaczyć fakt, iż wygrywa partytura napisana na kolanie (albo raczej na gitarze, ale z pewnością w czasie nieprzekraczającym porannego korzystania z toalety), partytura zawierająca jedynie kilkanaście minut oryginalnego materiału. Muszę się za to niewątpliwie zgodzić z gronem krytyków głosujących na „Babel”, iż w filmie są momenty wypadające rzeczywiście dobrze. Zakończenie muzycznie zapada w pamięć (nawet laikowi). Najgorsze jest jednak to, że to co brzmi w produkcji Innaritu najlepiej, albo nie jest dziełem kompozytora „21 gram”, albo jest jego wcześniejszym osiągnięciem i nie powinno być traktowane jako muzyka oryginalna. Wszak genialnie brzmiący utwór Iguazu wieńczący film, pochodzi z autorskiej płyty Santaolalli zatytułowanej Ronroco, płyty z której Argentyńczyk czerpie zawsze gdy nie ma pomysłu na muzykę („Dzienniki Motocyklowe”). Mam więc nieodparte wrażenie, że Akademia przestała się zupełnie przykładać do wyboru płyt nominowanych. No bo jak to jest, że raz wymyśla się zasady i odrzuca partyturę Howardowi Shore’owi (za „Dwie Wieże” i „Aviatora”, bo albo zawierają nieoryginalne tematy, albo mają za mało muzyki), a potem anuluje się wcześniejsze prawo i dopuszcza się, bez żadnych zastrzeżeń „Babel”, który dokładnie popełnia te same grzechy co muzyka autora LOTR??? Czyżby jakiś spisek Masonów? Żydów? Latynosów??? A może Cyklistów? Opinie krytyków muzycznych są tu zgodne. Oskar ostatecznie przestał być nagrodą za którą idzie jakaś wartość artystyczna, lecz stał się jedynie prestiżowym wyróżnieniem, nie tyle mającym wypromować partyturę, lecz utulić przegrany w innych kategoriach film – faworyta. Dać możliwość producentom do nalepienia na plakatach napisu LAUREAT OSKARA (a małym druczkiem dopisek: „za muzykę”). Smutne to, ale przemysł filmowy, a co za tym idzie lobby wielkich wytwórni, dawno już zabiło czasy gdy tworzono muzykę z pasją, muzykę która mimo, iż komercyjna, potrafiła uwodzić, zarówno w filmie jak i na płycie.

Wypadało by także napisać coś o innych, a w szczególności o Oskarze za najlepszą piosenkę. Trudno mi oceniać tę kategorię, gdyż dla mnie nagroda akademii w tej dziedzinie jest raczej swoistą antynagrodą, zupełnie nie mającą nic wspólnego z jakością. Śmiem nawet twierdzić, że Oskar za piosenkę to od dłuższego jedno z najsłabszych ogniw całej gali. Trudno te songi nawet nazwać hitami. Ot takie muzyczne szambo (także „Dreamgirls”) i modlę się (niestety bezskutecznie) tylko żeby nie dane mi było taplać się w nim za pomocą radio i TV…

Skoro już pojojczyłem na kwestie oskarowych niesprawiedliwości w zakresie naszej dziedziny, to teraz ponarzekam na samą realizację gali. A jest na co. Nowa prowadząca starała się być cool, ale wychodziło niemrawo i zachowawczo, dlatego chyba już wolę Billy Crystala, który przynajmniej potrafił wykrzesać odrobinę humoru i ironii (może na poziomie sedesu, ale zawsze). Jednak to nie prowadzący wywołali moją największą irytację podczas nocy oskarowej. Wszyscy wiemy, że taka jest tradycja tych pysznych nagród, więc choć „wnerw” bierze starajmy się zrozumieć, że to „Hameryka”, że tam mają taką, obcą dla nas, konwencję. Nie jestem jednak zupełnie w stanie zrozumieć, co zrobiła nasza telewizja zapraszając „ekspertów” – ludzi, którzy nie pasowali (szczególnie Tymon) do tego przedstawienia. Ich popis był jakaś gigantyczną farsą. Myślę, że chcieli po raz kolejny udowodnić to, że MY jesteśmy lepsi, że MY znamy się na sztuce przez duże SZ. Niestety po raz kolejny wyszło to tragikomicznie. Bo niby to miało być ironiczne i prześmiewcze wytknięcie amerykańskiego kiczu, ale wyszło po prostu niesmacznie. Nie chodzi mi o to, że oczekiwałem od zgromadzonych w studio mądrych głów nadętej powagi i namaszczonej atencji, ale życzyłbym sobie zachowania i krytyki na poziomie, a nie kopania leżącego, albo strzelania z artylerii do bzyczących komarów. Wszyscy wszak wiemy, że Oskary to patos, tak samo jak wszyscy wiemy, że filmy tam nagradzane rzadko, kiedy są dziełami sztuki. Jednak pseudointelektualne obrażanie twórców bez podania właściwej argumentacji świadczy i miałkość krytykujących. No, ale tak już jest jak chce się walczyć z kiczem za pomocą kiczu… I popkornu.

Zrzędziłbym tak zapewne jeszcze długo, gdyby nie to, że w czasie całej nudnej gali był jeden jedyny jasny punkt: honorowy Oskar za całokształt twórczości dla wielkiego Ennio Morricone. W Polsce Morricone to symbol kompozytora muzyki filmowej, dla wielu laików często jedyne nazwisko rozpoznawalne w całej branży soundtracków. I choć można utyskiwać na Ennio, że często jego prace szły w ilość, a nie w jakość, to jednak nie można mu odmówić jednego – niewątpliwej rewolucji w muzyce filmowej jaką w latach 60 wprowadził włoski mistrz, bezkompromisowości kompozycji i co chyba najważniejsze prawdziwego piękna jakie możemy odnaleźć w wielu jego partyturach. Morricone jak nikt inny zasłużył bowiem na Oskara, którego mimo 5 nominacji nigdy nie dane mu było otrzymać (nie przyznanie mu nagrody za Misję jest jednym z największych skandali w całej historii Akademii).

Gdy tej nocy na scenę wyszedł skurczony staruszek, w charakterystycznych okularach i wzruszony nisko ukłonił się widowni, chyba wszyscy fani muzyki filmowej poczuli owo charakterystyczne wzruszenie, które towarzyszy wzniosłym momentom. Morricone jako jedyny przemawiał dłużej, drżącym ze wzruszenia głosem dziękując w swym ojczystym języku, dziękując i wypowiadając mądre słowa mówiące, iż ta nagroda nie jest uwieńczeniem jego kariery, lecz dopiero jej początkiem. Wszyscy wiemy, że Ennio Morricone, człowiek który kiedyś był pionierem awangardy, kompozytorem często eksperymentującym zarówno z elektroniką jak i z miksowaniem dźwięku (w „The Good the Bad and The Ugly” – muzyka zmiskowana została z wyciem kojota), dziś należy raczej do konserwatystów. Nie korzysta z komputera, z sampli, pisze ładne melodyjki, które choć niekiedy są w stanie jeszcze złapać za serce („Los Utracony”), to jednak w większości zaczynają trącić sztampą. Jednak mimo to Morricone to wciąż człowiek legenda, człowiek po którym zostanie więcej niż jedna płyta, kompozytor który z pewnością nie zatonie razem z parowcem swojej estetyki muzycznej.

Gdy zgarbiony Morricone zszedł ze sceny już tylko z rozpędu oglądałem galę. Bo dalej już nie było właściwie nic, co by wywołać mogło we mnie jakieś uczucia. I nie wiem dlaczego. Czy to ja, czy to rozdawanie nagród tak spsiało? Pewne jest za to jedno, w przyszłym roku jeśli mnie nie zmusi do tego sytuacja Oskarów oglądać nie będę. Czemu? Bo już chyba nie ma sensu. Szkoda zdrowia, nerwów i przede wszystkim snu…

Najnowsze artykuły

Komentarze