Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.

I Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie – relacja z koncertu 29 maja

Marek Łach | 21-04-2022 r.

Trzydniowy Festiwal Muzyki Filmowej – kto by jeszcze parę lat temu pomyślał, że gatunek ten z takim rozmachem spróbuje przebić się do szeroko pojętego repertuaru kulturalnego Krakowa i spotka się z tak dużym odzewem. A jednak, i oto za nami inauguracyjny koncert majowego maratonu, poświęconego najgłośniejszym i najlepiej rozpoznawalnym twórcom muzyki filmowej, koncert będący skrótowym przeglądem dokonań kompozytorów polskich, europejskich i amerykańskich na polu kinematografii: od Zabójstwa Księcia Gwizjusza po Misję, od Doktora Żywago po Titanica, od Gwiezdnych Wojen po Draculę Kilara…

Na początek jednak słów kilka o wykonawcach i prowadzących. W roli orkiestry wystąpiła sprawdzona już w repertuarze filmowym (koncert pod batutą Johna Axelroda sprzed dwóch lat, nawiasem mówiąc pokrywający się częściowo programem w segmencie muzyki amerykańskiej) Sinfonietta Cracovia, która i tym razem poradziła sobie z niełatwym przecież materiałem bardzo dobrze – nie obeszło się co prawda bez paru drobnych potknięć wykonawczych (zwłaszcza że muzycy narzucili sobie wysokie tempo i starali się być przez to jak najbardziej wierni oryginalnym wersjom prezentowanych utworów), niemniej kilka punktów programu zagranych zostało w stylu naprawdę znakomitym i za to należą się wielkie brawa, tym bardziej że całość trwała grubo ponad dwie godziny i wymagała zapewne niemałego nakładu sił. Po batutę sięgnął urodzony w Bernie Kaspar Zehnder, od 2005 roku Dyrektor Artystyczny i Pierwszy Dyrygent Orkiestry Filharmonii Praskiej, który spisał się również bez zarzutu, całkiem nieźle się przy tym bawiąc. Ale w końcu kto nie miał ochoty pokręcić się energicznie do przebojowych, westernowych rytmów spod szyldu Elmera Bernsteina?

Wreszcie, coś na temat prowadzących, którymi tego wieczoru byli Magdalena Miśka z RMF Classic (w fryzurze stylizowanej na Irinę Spalko z nowego Indiany Jonesa, co było zagadką wieczoru – skromnie przyznam, że przez niżej podpisanego rozszyfrowaną, choć teraz pewnie nikt mi nie uwierzy;) oraz Tomasz Raczek. W swoich rolach sprawdzili się bardzo przyzwoicie, z klasą, elegancją i bez nadmiernej sztuczności, przywołując przy tym kilka znanych miłośnikom gatunku, ale świeżych zapewne i odkrywczych dla reszty publiczności anegdotek i żartów (o Van Dammie próbującym zatrudnić Wojciecha Kilara, o Zbigniewie Preisnerze i Van den Budenmayerze, wreszcie o Szczękach, czyli dwóch nutach nagrodzonych Oscarem). I choć przytrafiło się kilka błędów merytorycznych, to całość w wykonaniu tego duetu wypadła nader sympatycznie i co najważniejsze: naturalnie.

Jeśli chodzi o repertuar koncertu, to na krótko przed koncertem uległ on paru zmianom, wypadło z niego kilka ciekawych pozycji (m.in. Życie jest piękne Nicola Piovaniego i Przedwiośnie Michała Lorenca), które zostały zastąpione… no właśnie, raz in plus, raz in minus. Zniknięcie Piovaniego mocno mnie rozczarowało, wszak dodatkowa odrobina śródziemnomorskiej egzotyki byłaby godnym odnotowania reprezentantem filmowej Europy. Również wprowadzenie Bandyty kosztem Przedwiośnia było dla mnie sporym zawodem – Taniec Eleny jest oczywiście świetnym utworem, który wyraźnie rozkręcił publiczność (a i wykonawcy świetnie się przy tym bawili), ale który z punktu widzenia fana gatunku stanowi kawałek tak już osłuchany przy różnych okolicznościach, że jego obecność w programie nie budzi w zasadzie większych emocji. W podobny sposób funkcjonuje Polonez z Pana Tadeusza, sztandarowy punkt koncertów muzyki Wojciecha Kilara, który po latach i setkach wykonań po prostu nudzi, podczas gdy aż prosiłoby się zaprezentować inny fragment tej bardzo atrakcyjnej przecież kompozycji. To tyle jeśli chodzi o rozczarowania, bowiem reszta koncertu, a zwłaszcza jego finalny segment wynagrodziły chyba wszystkie wcześniejsze słabostki.

Na początek zatem, zgodnie z myślą uczczenia 100-lecia muzyki filmowej, wykonano fragment pierwszej partytury napisanej na potrzeby kina, czyli Zabójstwa Księcia Gwizjusza Camila Saint-Saënsa. Utwór wcale nie tak oczywisty dla przeciętnego fana gatunku, jak mogłoby się wydawać, przynależący do innej epoki, niemniej jednak w kategoriach stricte muzycznych bardzo dobry i miły dla ucha. Kolejnymi punktami programu były trzy wielkie klasyki: Doktor Żywago Maurice Jarre’a (niestety ograniczony tylko do tematu Lary), krótka suita z Ojca chrzestnego Nino Roty (walc, temat miłosny oraz wspaniale wykonany, pełen epickiego oddechu temat imigranta z drugiej części trylogii) oraz piękny jak zawsze Gabriel’s Oboe z Misji Ennio Morricone.

Część poświęcona kompozytorom polskim miała nieco bardziej zróżnicowany charakter. Obok wspomnianych Tańca Eleny i Poloneza, pojawił się piękny temat Andrzeja Korzyńskiego do Człowieka z żelaza (bardzo miły akcent ze strony organizatorów, że nie ograniczyli się tylko do najbardziej eksportowych z naszych artystów), który Sinfonietta Cracovia wykonała naprawdę znakomicie, z dużym wyczuciem dawkując jego wysublimowany, liryczny nastrój. Z międzynarodowych standardów pojawiło się energetyzujące Vampire Hunters z Draculi Wojciecha Kilara, pokazujące, że europejska dusza to nie tylko subtelności, ale też epicki rozmach i groza. Wreszcie najciekawszym punktem tego segmentu programu były kompozycje Zbigniewa Preisnera do filmów Kieślowskiego: Dekalog oraz Podwójne życie Weroniki, w przepięknym solowym wykonaniu sopranistki Elżbiety Towarnickiej. Był to zarazem jeden z tych momentów, kiedy odczuć można było brak chóru na scenie, bowiem genialny Van den Budenmayer Concerto en mi mineur nieco stracił bez dodatkowego akompaniamentu wokalnego na sile oddziaływania – choć mistyka muzyki Preisnera była wyczuwalna, nie osiągnęła jednak tych wyżyn co w wersji oryginalnej.

Po takim zestawie utworów muzyki filmowej trudno byłoby się pokusić o większy kontrast, niż ten, którym zgromadzoną w krakowskiej filharmonii publikę uraczono po przerwie przy okazji segmentu amerykańskiego: na dobry początek wulkan energii w postaci krótkiej suity z Siedmiu wspaniałych Elmera Bernsteina, by zaraz potem w brawurowym wykonaniu zaprezentować dwa główne tematy ze Star Trek: TMP Jerry Goldsmitha. Muszę przyznać, że tytułowy marsz i temat Ilii na żywo za każdym razem robią na mnie piorunujące wrażenie, tym bardziej że już drugi raz Sinfonietta Cracovia z utworem tym radzi sobie po prostu świetnie. W rezultacie następujący po nim love theme z Titanica Jamesa Hornera wypadł ze swoim lekko popowym akompaniamentem dość blado, jak gdyby znalazł się w nieodpowiednim miejscu. Tym bardziej że…

…zaraz potem (zmiana zdecydowanie in plus w stosunku do pierwotnego programu, który przewidywał Gladiatora Hansa Zimmera – a nie od dziś wiadomo, że na żywo wypada on raczej kiepsko) wkroczył triumfalnie John Williams z PORYWAJĄCĄ, kilkunastominutową suitą z Jurassic Park. Cóż można powiedzieć, zestaw Opening Titles, Theme from Jurassic Park, Journey to the Island, My Friend Brachiosaurus oraz End Credits (z lekkimi cięciami montażowymi) mówi zapewne sam za siebie, zaś wykonanie orkiestry okazało się po prostu spektakularne. Jednym słowem: magia i moim skromnym zdaniem centralny punkt całego koncertu. Tak znakomicie Jurassic Park wypadł, że nie dość, iż był jeszcze bisowany na zakończenie wieczoru, to przyćmił również zaprezentowane po nim Listę Schindlera (z bardzo dobrą solową partią Roberta Kabary – zawsze interesująco jest wysłuchać alternatywy dla Perlmana) oraz Gwiezdne wojny w standardowej suitowej formie z Nowej nadziei. I choć także i te interpretacje były udane (chociaż przy Star Wars odczuwalne już było zmęczenie muzyków), wypada chyba powiedzieć, że to dinozaury rządziły we czwartek na parkiecie filharmonii.

Podsumowując zatem, muszę przyznać, iż mimo moich początkowych wątpliwości, koncert okazał się dużym sukcesem i nawet kilka nazbyt komercyjnych akcentów przy doborze repertuaru nie odbiera uroku paru niesamowitym momentom, które przyprawiły mnie o przysłowiowe ciarki na plecach. Jeśli nawet większość programu stanowiły standardy, to do publiczności przemówiły i jej pozytywny odzew daje nadzieję na więcej podobnych widowisk w przyszłości. Muzyce filmowej pozostaje życzyć kolejnych takich stu lat.

Najnowsze artykuły

Komentarze