Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.

8. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie – relacja

8. Festiwal Muzyki Filmowej za nami. Edycja długa, bo aż pięciodniowa, i w swoich aspiracjach jak co roku ambitna. Na krakowskim Festiwalu nie mogło oczywiście zabraknąć redaktorów Filmmusic.pl. Poniżej kilka impresji na temat koncertów oraz paneli dyskusyjnych, w których uczestniczyliśmy.


ŚRODA: Critical Hit

Pierwszy koncert tegorocznego FMF-u odbył się w Kinie Kijów i tematem były gry komputerowe. Wykonawcami byli wirtuozi z Los Angeles, którzy zebrali się w zespół o nazwie Critical Hit (odnoszący się do wyjątkowo mocnych ciosów w grach RPG). Przyjechali w składzie Kevin Dooley (perkusja), Tina Guo (wiolonczela), Salome Scheidegger (fortepian), Sara Andon (flet), współzałożyciel Michael Gluck (syntezatory) oraz Caroline Campbell (skrzypce). Do nich dołączyli gitarzysta Afromental Aleksander Milwiw-Baron oraz basistka Natalia Brzozowska.

Sam koncert był przekrojowy – od klasyki takiej jak Tetris, Pokemon czy Super Mario do japońskich ścieżek z gier RPG (Final Fantasy X), słynnej Legends of Zelda czy nawet World of Warcraft, Uncharted i Skyrim. Dzięki temu fani mogli usłyszeć je w rockowych i wirtuozerskich aranżacjach. Wydarzenie można uznać za raczej udane, choć trochę za dużo było muzyki dynamicznej i przez to brakowało zróżnicowania. Nie można nie wspomnieć także dość zabawnej pomyłki. Na koncercie bowiem pojawiały się w formie wideo pozdrowienia od kompozytorów niektórych granych ścieżek. W przypadku Metal Gear Solid 2 jednak zdecydowanie nie grano utworu Norihiko Hibino. Temat ten, jak wiadomo, skomponował Harry Gregson-Williams.

Autor relacji: Paweł Stroiński


CZWARTEK: Scoring 4 Wajda

Czwartkowy koncert – zgodnie z deklaracjami dyrektora artystycznego FMF Roberta Piaskowskiego – zainaugurował kilkuletni cykl Scoring 4 Composers, którego bohaterami w trakcie najbliższych edycji Festiwalu będą m.in. Roman Polański i Agnieszka Holland. Jest to z pewnością ciekawa inicjatywa, mogąca zaowocować godnymi uwagi koncertami tematycznymi. Niesie wprawdzie ze sobą ryzyko „benefisowego widowiska” z nadmierną ilością konferansjerki (co zgrzytało już kilkukrotnie na poprzednich edycjach FMF), tym niemniej przy rozsądnym rozplanowaniu i mądrych decyzjach repertuarowych może stać się nową wizytówką krakowskiego Festiwalu. Koncert poświęcony ścieżkom dźwiękowym z filmów Andrzeja Wajdy pozwala spoglądać w przyszłość z umiarkowanym optymizmem: głównym bohaterem wieczoru zdecydowanie była muzyka, a wtrącenia prowadzących ograniczono do znośnego minimum.

Filmografia Wajdy to kanon zarówno polskiego kina, jak i polskiej muzyki filmowej – próżno było więc spodziewać się większych zaskoczeń w repertuarze koncertu. Obok obowiązkowych i znanych już krakowskiej publice klasyków Wojciecha Kilara (Pan Tadeusz, Ziemia obiecana, Smuga cienia, Zemsta)musiało więc znaleźć się miejsce dla kultowych tematów Andrzeja Korzyńskiego (Polowanie na muchy, Człowiek z marmuru, Człowiek z żelaza) czy błyskotliwie swingujących Niewinnych czarodziejów Krzysztofa Komedy (skądinąd świetnie wykonanych w duchu wczesnych lat 60.). Mniej oczywistymi punktami programu – i za to dla organizatorów wielkie brawa – były utwory Zygmunta Koniecznego oraz Andrzeja Markowskiego. Teatralne kompozycje Koniecznego z popisowymi partiami wokalnymi podsumowały w porywający sposób pierwszą część koncertu. Muzyka Andrzeja Markowskiego (Przekładaniec, Pokolenie) prezentowała się mniej przekonująco: obciąża ją bowiem dość archaiczna maniera, zbliżona do orkiestrowych tapet z okresu polskiego kina powojennego. Wykonanie tych utworów, niezbyt znanych nawet zapalonym słuchaczom współczesnej filmówki, miało jednak wymiar edukacyjny, który FMF również powinien spełniać. Na tle klasycznych ścieżek Kilara, Komedy i Korzyńskiego dość blado wypadają też dwa najmłodsze tytuły: Tatarak oraz Wałęsa. Człowiek z nadziei Pawła Mykietyna. Pierwszy z nich to muzyka nastroju, za sprawą sennego klimatu niezbyt dobrze sprawdzająca się w symfonicznym otoczeniu. Suicie z Wałęsy brakowało natomiast unikalnego sznytu: pobrzmiewała standardowymi we współczesnym kinie komercyjnym rozwiązaniami dramaturgicznymi. Wydawać by się mogło, że biografia jednego z najsłynniejszych Polaków powinna zainspirować do ilustracji bardziej charyzmatycznej, mniej przewidywalnej.

Można oczywiście żałować, iż w rozkładzie wieczoru nie znalazły się takie tytuły, jak Kanał Krenza czy Danton Prodromidesa, uzupełniające filmografię Wajdy o dodatkowe konteksty muzyczne. Tym niemniej wydaje się, iż organizatorzy dobrze zbalansowali materiał kanoniczny (którego w przekrojowych koncertach benefisowych uniknąć nie sposób) z kompozycjami bardziej nieszablonowymi (tutaj szczególne brawa należą się Zygmuntowi Koniecznemu). Biorąc pod uwagę galową formułę widowiska, można z pewną dozą ostrożności stwierdzić, iż z koncertu wyciśnięto tyle, ile po prostu się dało. Co w tym przypadku dało satysfakcjonujący efekt: zarówno dla koneserów, jak i zwykłych słuchaczy.

Autor relacji: Marek Łach


PIĄTEK: Szekspir Symfonicznie

Piątkowy wieczór, podobnie jak i czwartkowy, wszyscy spędzili w ICE Centrum Kongresowym, gdzie odbył się koncert Szekspir Symfonicznie. Muzykę wraz z masą znakomitych solistów wykonywała Orkiestra Akademii Beethovenowskiej oraz Chór Filharmonii im. Karola Szymanowskiego w Krakowie pod batutą Christiana Schumanna, a koncert zaszczycili osobiście Jocelyn Pook, laureat Oscara Stephen Warbeck, a w drugiej część również Elliot Goldenthal z Julie Taymor.

Pierwsza część przyniosła nam masę różnorodnej muzyki. Począwszy od klasyków takich jak Juliusz Cezar Miklosa Rózsy, Romeo i Julia Nino Roty i Montagues & Capulets z baletu Prokofiewa, poprzez takie perełki jak Kupiec Wenecki Jocelyn Pook i Hamlet Morricone, a skończywszy na suitach Stephena Warbecka z Henryka IV i Zakochanego Szekspira oraz muzyce Patricka Doyle’a do adaptacji Kennetha Branagha – Wiele hałasu o nic oraz Henryka V. Wykonanie było bardzo dobre, cudownie eterycznie wypadły utwory Jocelyk Pook, szkoda, że dogłośnienie wokali wielokrotnie szwankowało. Różnorodność materiału wyszła koncertowi zdecydowanie na plus, gdyby nie fakt, że właśnie była jej „cała masa”. Cała część pierwsza trwała bite 1,5 godziny, przez co publiczność miała prawo być pod koniec już trochę znużona, szczególnie że jako jedne z ostatnich grane były niezbyt porywające suity Warbecka, u wielu wywołujące skłonności do drzemki. Całe szczęście finałowe utwory, a zwłaszcza piękne Non Nobis, Domine Doyle’a wybudziły publikę z letargu, rozbudzając apetyt na drugą część.

A druga część to był bez wątpienia kulminacja, jakiej Szekspir by się nie powstydził – 40 minut muzyki Elliota Goldenthala z adaptacji autorstwa Julie Taymor. Rozpoczęło się potężną suitą z Tytusa Andronikusa, która salę główną ICE na przemian wypełniała rykiem dętych blaszanych, potężnymi perkusjonaliami oraz goldenthalowskim piłowaniem smyczków, a podwójnie zaprezentowany chór z monumentalnego Victorius Titus pięknie złączył utwór klamrą w jedną całość. Następnym zaprezentowanym dziełem było Three Songs for Sheakespeare, czyli materiał muzyczny z Burzy. Główną atrakcją były tu trzy piosenki zaśpiewane przez Reeve’a Carneya z akompaniamentem orkiestry oraz gitarowego trio, szkoda, że znów nagłośnienie wokalu wywoływało momentami wątpliwości… Poza tym, większe wątpliwości wzbudzały również wizualizacje – które zresztą przez cały koncert wydawały się niezbyt inspirujące i po prostu zbędne. Po nieco spokojniejszych chwilach, sala znów wypełniła się orkiestrowym zgiełkiem przy okazji dwóch utworów zagranych z baletu OtelloCarnival Dance oraz Desdemona & Othello Finale. Na koniec miłe zaskoczenie stanowił utwór z nadchodzącego filmu Taymor Sen nocy letniejThe Bergamask Dance, rozpisany na skromny zespół i mocno zanurzony w bałkańskich klimatach. Koncert zakończył się głośnymi owacjami na stojąco, a ja – jeśli tylko organizatorzy będą skłonni poprawić wszystkie wymienione błędy w przyszłości – proszę o więcej!

Autor relacji: Daniel Krause (gościnnie)


SOBOTA

Międzynarodowa Gala Seriali

Czwartego dnia przyszła pora na Wielką Galę, która odbyła się w Kraków Arena. Ostatnimi czasy owe Gale stały się wizytówką Festiwalu, podczas którego najbardziej znany współcześni kompozytorzy mieli okazję wystąpić i zaprezentować swoje dokonania… niestety często mając na to zaledwie 10 minut. W tym roku zamiast na muzykę filmową, postanowiono postawić na tę z produkcji telewizyjnych. Koncert sam reklamowany był jako ten, na który publiczność FMF czekała od lat. Trudno powiedzieć, czy tak było, ale decyzja aby postawić na ścieżki dźwiękowe z seriali sama w sobie nie jest zła. Wiele osób twierdzi, że żyjemy w złotej erze telewizji i także w Polsce wiele z tych produkcji cieszy się ogromną popularnością. Zresztą wypełniona po brzegi Arena tylko to potwierdziła.

Trzeba przyznać, że pod względem zaproszonych gości i dobranego materiału koncert był bardzo reprezentatywny. Sam rozpoczął się zresztą Uwerturą HBO stworzoną przez Jeffa Beala, która składała się z motywów muzycznych z seriali: The Pacific (muzyka Blake Neely, Hans Zimmer i Geoff Zanelli), 6 Feet Under (muzyka Thomas Newman), Band Of Brothers  (muzyka Michael Kamen), John Adams (muzyka Rob Lane), The Newsroom (muzyka Thomas Newman), Rome (muzyka Jeff Beal) oraz From The Earth To The Moon (muzyka Michael Kamen). Owa ciekawa uwertura już na wstępie pokazała co może być największym problemem tejże nocy. O ile zaaranżowanie tematów napisanych na orkiestrę nie powinno być problemem, o tyle tam gdzie w grę wchodzi mały skład, czy wręcz elektronika, mogą pojawić się schody. O ile więc muzyka Kamena wypadła jak zawsze pięknie, o tyle charakterystyczny motyw z Six Feet Under trochę się zatracił w orkiestrowym wykonaniu. Zresztą nie był to jedyny przypadek, kiedy słuchacze mogli się trochę dziwić słuchając muzyki, która niby przypisana powinna być do ich ulubionego serialu.

Znamiennym jest, że muzyka z serii Lost, która ze wszystkich prezentowanych na Gali tytułów, najbardziej predysponowana jest do koncertów na dużą orkiestrę, wypadła dość blado. Zarówno wykonanie jak i dobór materiału pozostawiał spory niedosyt. Na szczęście potencjał orkiestry udało się jeszcze wykorzystać, a uczynił to Bartosz Chajdecki ze swoją potężną suitą łączącą Czas Honoru i Misję Afganistan. Zdecydowanie mniej rozbuchana, ale nie mniej klimatycznie zaprezentowała się inna kompozycja polskiego twórcy Łukasza Targosza do serialu Wataha. Uważniejsi słuchacze/widzowie, mogli co prawda się dziwić, dlaczego w dziejącym się w Bieszczadach serialu nie można usłyszeć tyle dobrej muzyki co w tej naprawdę dobrej suicie. Ale było to też charakterystyką tego właśnie wieczoru, gdzie spora część prezentowanych ścieżek brzmiała inaczej od tego do czego nas telewizja przyzwyczaiła. Dla przykładu, ciekawa aranżacja na orkiestrę muzyki z The Knick Cliffa Martineza nijak się miała do elektronicznych brzmień jakie usłyszeć możemy w produkcji Soderbergha i na soundtracku. Atli Örvarsson też dopasował na potrzeby orkiestry swoje bardziej syntetyczne brzmienie jakie możemy usłyszeć w przepełnionym patosem Chicago Fire. W sumie najbardziej wierny oryginałowi pozostał John Lunn ze swoją bardzo dobrą i bardzo ładną suitą z Downton Abbey.

Jeff Beal jeszcze raz pojawił się dyrygent na scenie, aby najpierw zaprezentować swój materiał stworzony na potrzeby Oathkeaper, a potem kompozycję ze słynnego House of Cards. Oczywiście jego podejście do tematyki Masady różniło się znacznie od tego co dokonał legendarny Jerry Goldsmith, ale nie była to zła muzyka i wykonanie. Jednak i tak wszyscy myśląc o tym kompozytorze oczekiwali przede wszystkim ścieżki dźwiękowej związanej z Frankiem Underwoodem i nie powinni być zawiedzeni. Trevor Morris postanowił z kolei zaprezentować (samemu dyrygując) kompozycje z The Tudors, The Borgias. Vikings – nowością był koncert z Wikingów, gdzie podobnie jak w serialu Morris zaprosił wokalistę metalowej grupy Wardruny Kvitrafna. Agresywne brzmienie orkiestry z nordyckim potężnym wokalem miało prawo się podobać.

Na największe wydarzenie wieczoru, kreowany był koncert Ramina Djawadiego z Game of Thrones. Nieśmiały niemiecki kompozytor z irańskimi korzeniami przygotował typową suitę składającą się z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych tematów. Mimo pewnych mankamentów suita ta wypadła dobrze, choć to nie ona skradła całe show. Najciekawiej i kto wie czy nie najlepiej zaprezentował się materiał muzyczny z popularnego serialu Dexter. Kompozytor Daniel Licht specjalnie na potrzeby krakowskiego festiwalu stworzył niezwykłą suitę, będącą istnym muzycznym rollercoasterem. Co więcej, sam pojawił się na scenie grając samemu na kilku instrumentach, w tym paru wielce oryginalnych (noże). I jak mało któremu z goszczących na Gali udało mu się zaprezentować muzyczną różnorodność w zaledwie 10 minutach.

Tak samo jak seriale składają się z wielu odcinków, często też z wielu sezonów, przez co trwają w nieskończoność, tak i tegoroczna Gala do krótkich nie należała. Ale chyba mało kto żałował tych prawie 4 godzin spędzonych z muzyką z naszych ulubionych seriali. Był to z pewnością ciekawy i dobry koncert. Pozostaje jednak liczyć, że za rok mały ekran ustąpi temu wielkiemu i podczas Wielkiej Gali zagra znowu „Wielka” muzyka filmowa.

Autor relacji: Maciej Wawrzyniec Olech


NIEDZIELA #1: Pokaz filmu „Bogowie”

Jednym z ostatnich wydarzeń był pierwszy w historii Festiwalu symultaniczny koncert muzyki do polskiego filmu. Wybrano popularnych i cenionych, nie tylko muzycznie, ale i filmowo, Bogów Łukasza Palkowskiego z muzyką Bartosza Chajdeckiego. Ścieżkę wykonywał prawie ten sam skład, co muzykę do filmu – na klawiszach zagrał bowiem sam kompozytor.

Koncert Bogów należał do największych sukcesów tegorocznego FMF-u. Świetna muzyka, wykonana bezbłędnie, a do tego znakomity film. Wszystko pasowało do atmosfery sali audytoryjnej Centrum Kongresowego ICE. Wiele więcej powiedzieć się nie da. Chapeau bas dla twórców i dla festiwalowego programu. Bogowie byli w kinach sukcesem komercyjnym, więc zorganizowanie symultanicznego koncertu w hali mniejszej niż Tauron Arena, pachniało pewnym ryzykiem. Ryzyko to przekuto jednak w duży sukces. Cóż można dodać – oby promowano w ten sposób więcej polskich filmów i więcej dobrych polskich twórców!

Autor relacji: Paweł Stroiński


NIEDZIELA #2 Pokaz filmu „Star Trek”

Przyznam, że na to wydarzenie czekałem od lat. Mimo iż do samej muzyki przekonywałem się stosunkowo długo, to gdy wrosła ona w moją świadomość, zapragnąłem wysłuchać jej na żywo. A czy można sobie wyobrazić lepsze warunki aniżeli symultaniczne wykonanie podczas projekcji filmu?



Star Trek Live in Concert było dla mnie najciekawiej zapowiadającym się elementem tegorocznej edycji Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Tym bardziej, że na kilka dni przed faktem poinformowano nas o niespodziance, jaka czekała będzie widownię tuż po zakończeniu projekcji. O niej później. Tymczasem warto odnotować fakt, że po raz kolejny organizatorzy postanowili skorzystać z walorów Tauron Areny, której akustyka i przestrzeń budzić może tyle samo podziwu co i obiekcji. Osobiście tęsknię za trochę industrialnym, surowym środowiskiem hali ocynowni, ale z drugiej strony rozumiem chęć sprzedania tego typu wydarzenia w jak największym stopniu. Mówiąc więc o sprzedaży trzeba zaznaczyć, że w przeciwieństwie do ubiegłorocznego Gladiatora, Star Trek w wykonaniu Michaela Giacchino cieszył się zdecydowanie mniejszym zainteresowaniem. Zgromadzoną w Tauron Arenie widownię mogła razić wielka pustka w sektorach lewej trybuny. Tematyka filmu i raczej mała społeczność fanowska funkcjonująca w naszym kraju zdecydowanie odbiły się na statystykach… Bynajmniej nie na jakości muzyki oraz wykonaniu, które zrobiło na mnie spore wrażenie.

Za pulpitem dyrygenta stanął stały współpracownik FMFu, Ludwig Wicki, prowadząc doskonale znanych nam z poprzednich edycji artystów: Orkiestrę AUKSO wraz z chórem Pro Musica Mundi. O jakość wykonania nie trzeba się więc było martwić. Większą zagadką wydawała się kwestia przeniesienia skomplikowanej, choć troszkę uwięzionej na schematach faktury muzycznej Michaela Giacchino na dokonywaną w czasie rzeczywistym interpretację. Choć muzyka w większej mierze wiernie podążała za tym, co znamy z filmowego miksu, czasami dało się odczuć drobną kosmetykę w zakresie regulowania tempa i uwypuklania pewnych sekcji. In plus w mojej opinii było wyraźne podkreślenie pracy chóru, który w filmowej rzeczywistości przytłoczony został efektami dźwiękowymi. Idąc naprzeciw potrzebom uwypuklenia roli muzyki filmowej, realizatorzy niejako „schowali” w tle całą warstwę dźwiękową filmu, pozwalając tym samym wykazać się ścieżce dźwiękowej. Posunięcie to (skądinąd powielane już od kilku lat) miało swoje dodatnie, jak i ujemne strony. Na pewno dało większe rozeznanie w strukturze ścieżki – podkreśliło pracę poszczególnych sekcji (choć perkusja nie wiedzieć czemu traktowana była przez realizatorów jako zbędne tło), ale i pozwoliło spojrzeć na to dzieło bardziej krytycznym okiem. Otóż poza świetnie zaaranżowaną tematyką i genialną dynamiką, niewiele ma ta muzyka do zaoferowania. Znając warsztat Michaela Giacchino nie można mówić o jedenastym Star Treku jako o dziele życiowym tegoż kompozytora. Niemniej jednak wykonana na żywo muzyka pozostawiła po sobie ogrom wrażeń i miała prawo przekonać przypadkowego odbiorcę do sięgnięcia po stosunkowo dobrze zmontowany album soundtrackowy.

Ten zresztą można było zakupić po naprawdę atrakcyjnej cenie na specjalnym stoisku Varese Sarabande. Zarówno ścieżka dźwiękowa z jedenastego Star Treka jak i jego sequela, Into Darkness, była do nabycia za jedyne 35zł.



Wracając jednak do wydarzeń koncertowych finału ósmej edycji Festiwalu Muzyki Filmowej, warto przywołać wspomnianą wyżej niespodziankę. Otóż audytorium zgromadzone w Tauron Arenie mogło premierowo wysłuchać suity do najnowszego filmowego projektu Michaela Giacchino – Tomorrowland. Choć o wielkich doznaniach muzycznych nie było tu mowy, z przyjemnością wysłuchałem krótkiej, ale zamykającej w sobie cały tematyczny potencjał suity. I tym oto sposobem kończyłem moją ósmą już przygodę z Festiwalem w bardzo dobrym nastroju.

Autor relacji: Tomasz Goska


PANELE, AKADEMIE I SPOTKANIA Z KOMPOZYTORAMI

Festiwal Muzyki Filmowej to nie tylko koncerty, ale też inne wydarzenia. Patrząc na program połączony z koncertami nie raz można się było zastanowić, skąd wziąć czas, aby to wszystko ogarnąć? Nie jest to jednak krytyka w stronę organizatorów, a wręcz przeciwnie. Nie ma co ukrywać, że muzyka filmowa nigdy nie zrówna się z muzyką popularną i w większości przypadków jej słuchanie będzie postrzegane jako coś niszowe. Dlatego też dobrze, że Festiwal oferuje szansę nie tylko jej poznania, ale też dyskutowania o niej. Takie panele to nie tylko doskonałe możliwości, aby dowiedzieć się czegoś więcej, ale też spotkać swoich idoli czy nawiązać znajomości z innymi fanami tego „niszowego” gatunku.

W tym roku trafiły się świetne panele, ale i takie gdzie prowadzący oraz goście nie wiedzieli do końca, co ze sobą zrobić. I znowu nie jest to jakaś ostra krytyka, tylko naturalna kolej rzeczy, że w ciągu tych pięciu dni pełnych spotkań, nie wszystkie muszą być udane. I tak np. ciekawie się zapowiadający panel pt. Krwawe soundtracki i niekonwencjonalne brzmienia z Danielem Lichtem i Atlim Örvarssonem stał się okazją do wielu nieporozumień. Niestety, nagły brak prowadzącego Andy’ego Hilla i związane z tym zmiany sprawiły, że całe spotkanie było rozmową o wszystkim, tylko nie o krwawych soundtrackach i niekonwencjonalnym brzmieniu.

Za to już jak najbardziej na temat było spotkanie dotyczące współczesnej polskiej muzyki filmowej z Bartoszem Chajdeckim, Łukaszem Targoszem, Maciejem Zielińskim i Janem Sanejko. Panowie niezwykle otwarcie mówili o polskim przemyśle filmowym i wyzwaniach jakie stoją przed młodymi kompozytorami znad Wisły. Dla niejednej osoby myślącej, czy też marzącej o karierze związanej z polską kinematografią i muzyką filmową, udział w tym panelu był jak Ocean Spokojny Zimnej Wody wylanej na głowę, połączony z arsenałem broni wbitym w środek serca. Polscy kompozytorzy dali jasno do zrozumienia, że sytuacja na polskim rynku muzyki filmowej jest beznadziejna, czym zmotywowali obecnych na sali młodych kompozytorów do zmiany profesji lub emigracji.

Zdecydowanie bardziej optymistycznie prezentowało się spotkanie z serialowymi gośćmi: Trevorem Morrisem, Jeffem Bealem, Raminem Djawadim i Johnem Lunnem. Szczególnie kompozytor House of Cards, mówiący szczerze i zabawnie dał po sobie poznać, że pochodzi ze słonecznej Kalifornii. Morris – specjalista o wszelakich dynastii i wikingów – który gościł już na krakowskim festiwalu, ponownie sypał ciekawymi anegdotkami. Kompozytor Downton Abbey chętnie rozmawiał z typowym brytyjskim poczuciem humoru. W sumie z całej czwórki Ramin Djawadi sprawiał wrażenie najbardziej stonowanego, wręcz chciałoby się rzecz, trochę przerażonego całym zamieszaniem wokół swojej osoby.

Do stałych bywalców Festiwalu zaliczyć już można Elliota Goldenthala i Julie Taymor. I jak zawsze wszystkie panele z ich udziałem są warte uwagi. W tym roku jednym z ciekawszych paneli Julie Taymor był ten poświęcony Kobietom w branży filmowej, w którym uczestniczyły również Jocelyn Pook, Doreen Ringer-Ross i Maria Giacchino. Słynna reżyserka i kompozytorka do Merchant in Venice zdominowały całą debatę, ciekawymi obserwacjami, jak i też historiami.

Dowodem, że w Polsce poza Festiwalem ludzie intensywnie zajmują się ścieżkami dźwiękowymi były dwa panele. Pierwszy zorganizowany został przez kolegów z gamemusic.pl z Danielem Lichtem i Trevorem Morrisem, gdzie tematem było komponowanie do gier wideo. Drugim był jubileusz zorganizowany przez Łukasza Waligórskiego 10lecie strony muzykafilmowa.pl, gdzie w dyskusji wzięli udział przedstawiciele głównych stron o muzyce filmowej w Polsce. Filmmusic.pl reprezentowana była przez naszego kolegę Tomasza Goskę, zaś soundtracks.pl przez Adama Krysińskiego. Na zakończenie świętowania wszyscy mogli się poczęstować smacznym tortem.

Także i tym razem nad FMFem unosił się duch Varese Sarabande. Jak co roku Robert Townson był obecny w Krakowie i poprowadził ciekawy panel, na którym kompozytor Jeff Beal i flecistka Sara Andon dali popis swoich muzycznych umiejętności.

Wszystkie omawiane spotkania w trakcie tej edycji odbywały się w nowo otwartym Centrum Kongresowym. I w pewnym sensie aż cisną się na usta słowa Hansa Zimmera z zeszłego roku, który ostrzegał organizatorów Festiwalu przed gigantomanią. Gdyż choć sam obiekt robi wrażenie, to jednak pomijając koncerty, wydaje się na tego typu spotkania i festiwalowe akademie stanowczo za duży. Efektem czego podczas wszystkich paneli, nawet tych z dobrą frekwencją, rzucały się w oczy całe rzędy pustych miejsc. Nie wspominając o otaczającym poczuciu chłodu i odosobnienia podczas przechadzania się długimi, pustymi korytarzami. Dlatego też, choć to pewnie niemożliwe, Małopolski Ogród Sztuki wydawałby się lepszym miejscem dla wszystkich dodatkowych wydarzeń festiwalowych.

Autor relacji: Maciej Wawrzyniec Olech

Autor zdjęć: Maciej Wawrzyniec Olech

Najnowsze artykuły

Komentarze