Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.

6. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie – DZIEŃ 4: KONFERENCJE

Maciej Wawrzyniec Olech | 21-04-2022 r.

ABEL KORZENIOWSKI: Q&A.

Ostatni dzień Festiwalu rozpoczął się panelem dyskusyjnym z Ablem Korzeniowskim. Kompozytor A Single Man jak zawsze prezentował się niezwykle elegancko w perfekcyjnie dopasowanym stroju. Trochę tylko szkoda, że pierwsza część dyskusji przebiegała tak sobie i niestety trochę było w tym winy samego prowadzącego. Na szczęście sam Korzeniowski widząc, że rozmowa się nie klei, postanowił przejąć inicjatywę. I niczym wyprawny dyrygent przejął pałeczkę, czy też bardziej mikrofon i zaprosił do dyskusji publiczność. Ciekawe czy po usłyszeniu wielu tych pytań, szczególnie z naszego koła redakcyjnego, dalej sądził, że był to taki dobry pomysł?

Naturalnie, co jest typowe dla tego typu spotkań, nie mogło zabraknąć dość ogólnych pytań o pracę i mieszkanie w Hollywood, na które zresztą sam gość chętnie odpowiadał. Polski kompozytor opowiedział o współpracy z Tomem Fordem zwracając uwagę, że już po wejściu do jego gabinetu można było odczuć, że ma się do czynienia z człowiekiem, który zna się na modzie i sztuce. Współpraca z Madonną też była częścią dyskusji. Kompozytor zaznaczył, że piosenkarka sama zażyczyła sobie, aby nie aranżował skomponowanych tematów, ale podobnie jak w piosenkach popowych powtarzał je w niezmienionej formie.

Kompozytor W.E. z chęcią odpowiedział też na pytanie odnośnie jego muzyki w reklamie BMW. Jak sam zaznaczył, wielki wpływ na ten angaż miał słynny brytyjski magazyn motoryzacyjny Top Gear, w którym przy testach aut BMW puszczono parę razy muzykę z A Single Man. Szefom z Monachium tak spodobało się to dopasowanie muzyki do ich aut, że zatrudnili Korzeniowskiego. Co ciekawe, na początku w reklamie miała się pojawić muzyka z A Single Man, ale włodarze BMW w ostatniej chwili zmienili zdanie prosząc o nową kompozycję, którą ma się rozumieć otrzymali.

Jednak podczas całego spotkania, a może nawet całego Festiwalu, jak bumerang powracały pytania odnośnie najnowszego projektu Abla Korzeniowskiego, czyli kolejnej (już trudno je zliczyć) adaptacji Romeo & Juliet. Na początku kompozytorem miał byś słynny James Horner, który niespodziewanie został zastąpiony polskim kompozytorem. Korzeniowski bardzo niechętnie mówił o tym projekcie i z niezwykłą gracją starał się udzielać wymijających odpowiedzi związanych z tym filmem i scorem. Trzeba przyznać, że był w tym naprawdę dobry. Nawet próby, aby podstępem wyciągnąć jakieś informacje, jak chociażby fakt, że był na sesji nagraniowej Avatara i powiązać to jakoś ze zwolnieniem Jamesa Hornera, skazane były na porażkę. Korzeniowski z wielkim szacunkiem wyrażał się o swoim starszym i zdecydowanie bardziej utytułowanym koledze po fachu, wspominając parę ciekawostek odnośnie sesji nagraniowej do wielkiego filmu Jamesa Camerona, ale odnośnie Romeo & Juliet milczał jak grób, w którym spoczęła para nieszczęśliwych kochanków.

Dobrze, może „milczał” to złe określenie, gdyż podczas całego panelu dyskusyjnego Abel dużo mówił. Ale posiadł też niezwykły talent pięknego wymijania niewygodnych pytań, a takich na tym spotkaniu było sporo. Dlatego wszyscy którzy liczyli na trochę pikanterii i pojedynek „Abel vs. James Roy” musieli obejść się smakiem. Tym bardziej, że jak już zostało wspomniane o Hornerze, gość wypowiadał się w samych superlatywach. Zresztą nie był to jedyny kompozytor, którego pochwalił. Na zadane pytanie odnośnie możliwych inspiracji, nie zawahał się stwierdzić, że wysoko sobie ceni twórczość słynnego francuskiego kompozytora Alexandre’a Desplata.

Innym częstym pytaniem, a może wręcz zarzutem, było to odnośnie muzycznego stylu jaki prezentuje Abel Korzeniowski. Wielu zarzuca kompozytorowi, że od czasu A Single Man jego muzyka stała się powtarzalna. Może nie bezpośrednio, ale paru pytających w dość delikatny sposób też zwróciło na to uwagę. Sam Korzeniowski bardzo uprzejmie tłumaczył pewne podobieństwa wynikające ze specyficznego stylu swojej muzyki i prosił też, aby zrozumiano, że nie zamierza z niego rezygnować. Będąc przy tym temacie sam zapytałem kompozytora, czy nie obawia się, że po sukcesie A Single Man przy innych projektach twórcy będą wymagali kopiowania tego stylu. I w tym przypadku odpowiedź była niejednoznaczna, oczywiście uprzejma, acz wymijająca. Korzeniowski wręcz powiedział, że nie miałby nic przeciwko skomponowania muzyki do kina akcji. Ale tym stwierdzeniem, chyba nie przekonał wszystkich na sali.

W sumie Romeo & Juliet plus „styl” i „zarzuty o powtarzanie się” zdominowały ten panel dyskusyjny. Warto jednak dodać, że wszystko utrzymane było w bardzo pogodnej i miłej atmosferze. Zważywszy, że pytania i dyskusje toczyły się za bardzo wokół tych dwóch kwestii, nasz redakcyjny kolega Wojtek Wieczorek postanowił przejąć inicjatywę. Tym samym zapytał Abla Korzeniowskiego, czy przy Escape From Tomorrow nie inspirował się twórczością Wojciecha Kilara? Tym pytaniem nasz kolega zaskoczył, wręcz zagiął dwukrotnie nominowanego do Złotego Globa kompozytora. Korzeniowski nie krył zdziwienia, gdyż jak to tłumaczył, sam bardziej inspirował się muzyką ze Złotej i Srebrnej Ery hollywoodzkiego okresu komponowania, niż twórczością Kilara. Czy tak naprawdę było, pozostało kompozytorską tajemnicą. Przy okazji Korzeniowski podzielił się też paroma ciekawostkami związanymi z tą niezależną produkcją. Między innymi wyjawił, że reżysera zna, gdyż jego żona swego czasu, zaraz po przeprowadzeniu się do Stanów Zjednoczonych, niańczyła jego dzieci. Kompozytor opowiedział też jak to ekipa potajemnie udając turystów kręciła ten film w Disneylandzie.

Niezwykłych pytań, które wprowadzały kompozytora w zakłopotanie nie miało być jednak końca. Tym razem nie była to jednak wina naszej redakcji, gdyż jedna pani widząc, że gość niechętnie wspomina, czy też wypowiada się o swej „polskiej” twórczości, otworzyła Puszkę Pandory pt: „Dyskusja o kondycji polskiej kinematografii”. Uczestniczka panelu zarzuciła kompozytorowi, że wypowiada się nieprzychylnie o polskiej kinematografii która, jej zdaniem, naprawdę się rozwinęła w ostatnim czasie i tylko wszyscy na całym świecie, a w szczególności Amerykanie są tak głupi, że nie potrafią tego docenić. Abel Korzeniowski równie elegancko jak jego muzyka z A Single Man starał się odpierać te zarzuty. Bardzo słusznie zauważył hermetyczność polskiego kina, przez co dla wielu zagranicznych widzów może się ono wydać niezrozumiałe. Odpowiedzi te jednak nie były dla uczestniczki wystarczająco satysfakcjonujące, efektem czego, jeszcze wiele czasu poświęcono polskiemu przemysłu filmowemu. Muzyka zaproszonego gościa zeszła na dalszy plan. Ale on sam, akurat w tym przypadku nie wzbraniał się przed dyskusją i bardzo rzeczowo bronił swój punkt widzenia.

Być może ów panel dyskusyjny był trochę zbyt monotematyczny z tym Romeo & Juliet plus „kopiowaniem A Single Man. I też niepotrzebnie na chwilę przerodził się on w pojedynek pt. „Niedoceniona Na Całym Świecie Polska Myśl Filmowa vs. Ignoranckie & Złe Hollwyood” . To jednak i spora w tym zasługa samego Abla Korzeniowskiego – było to nad wyraz ciekawe spotkanie. Z jednej strony można mieć trochę żalu, że w wielu kwestiach kompozytor był aż za bardzo tajemniczy. Odnośnie Romeo & Juliet nic nie dało się z niego wyciągnąć, może poza informacją, że score miksowany był u innego festiwalowego gościa, Trevora Morrisa. Z drugiej jednak strony należy też zrozumieć, że pozycja Abla Korzeniowskiego w Hollywood wcale nie jest tak mocna jak to wiele osób w Polsce sobie wyobraża, czy też chce sobie wyobrażać. Tym samym można zrozumieć, dlaczego tak bardzo dokładnie ważył słowa. Szczególnie, że w dzisiejszych czasach, każde niepotrzebnie wypowiedziane zdanie, nawet w jakichś mniej znanych zagranicznych mediach, szybko może zyskać na niepotrzebnej popularności. I choć publiczność na pewno byłaby rozradowana jakimiś pikantnymi szczegółami, to już nie wiadomo jak ich ujawnienie wpłynęłoby na dalszą karierę samego kompozytora.

Warto też zaznaczyć, że przez cały czas sam Abel Korzeniowski, mimo wielu niewygodnych pytań, pozostawał dalej tym samym pogodnym, uprzejmym, eleganckim panem, który zawitał na krakowskim festiwalu. Co więcej, po tej serii pytań, znalazł nawet trochę czasu, na zrobienie pamiątkowych zdjęć ze swoimi „oprawcami”. I warto zaznaczyć, że owych serii zdjęć było naprawdę sporo. Ale wszak któż nie chciałby mieć pamiątkowej fotografii z kompozytorem A Single Mana? I miejmy nadzieję, że zawita on jeszcze nie raz na Festiwal. Może wtedy zaprezentuje nam muzykę z Romeo & Juliet, zdradzi parę pikantnych szczegółów na jej temat i opowie jak to jest zastąpić Jamesa Hornera?


LIFE COMPOSING MASTER CLASS: TREVOR MORRIS ON IMMORTALS

W ostatni dzień Festiwalu, o godzinie 14 odbył się, głównie z myślą o młodych, początkujących kompozytorach, wyjątkowo ciekawy panel z Trevorem Morrisem,. W wypełnionej po brzegi sali w Małopolskim Ogrodzie Sztuki, kanadyjski kompozytor objaśniał jak wygląda proces komponowania muzyki filmowej i ogólnie praca w Hollywood. Do tego celu wykorzystał on jedną scenę z filmu Immortals i za pomocą przenośnego sprzętu pokazywał jak tworzył on pod nią brzmienie, które w ostateczności zadowoliło producentów.
Cały panel nie był z pewnością pomyślany o osobach, które wolą sobie wyobrażać komponowanie muzyki filmowej jako sztukę, przy której natchniony artysta kreśląc na pięciolinii nuty, tworzy niezwykłe dźwięki. Dla osób, które jednak akceptują, albo przynajmniej starają się zrozumieć zasady i metody jakie panują w Hollywood, panel ten miał prawo wydać się więcej niż interesujący. Duża w tym zasługa samego Trevora Morrisa, który bez zbędnego upiększania, bardzo bezpośrednio i otwarcie przedstawiał jak wygląda współczesny proces komponowania muzyki filmowej.

Kanadyjski kompozytor na podstawie swojej bazy sampli, szczegółowo pokazywał jak wygląda od podstaw proces podkładania muzyki pod scenę. Zaznaczył też, że zazwyczaj tak jak i też miało to miejsce w przypadku Immortals , później zastępuje samplowane dźwięki, żywą orkiestrą. Proces, który sam prezentował, służy głównie do zaprezentowania wstępnej wersji score’u i liczenia, że przypadnie ona producentom do gustu. Morris nie ukrywał, że i w wypadku tego filmu miał do czynienia z temp-trackiem, a dodatkowo przyznał, że ryzyko odrzucenia pracy zawsze jest duże. Sam nawet półżartem stwierdził, że gdyby coś przy tym projekcie „zawalił”, to pewnie usłyszałby za swoimi plecami tekst: „Dzwońcie po Hansa!” .

Festiwalowy gość ani nie demonizował, ani nie upiększał procesów produkcyjnych, jakie dominują w Hollywood. Jeżeli ktoś chce się zdecydować na taką drogę, musi zaakceptować panujące w Kalifornii reguły. A jedną z ważniejszych jest ciężka praca. Morris sam zaznaczał i ostrzegał młodych kompozytorów jak ważne jest odpowiednie zagospodarowanie dnia pracy. Wspominał zresztą o okresach, kiedy pracował po 16, a nawet więcej godzin dziennie. Zaznaczył też wielokrotnie, że zarówno na potrzeby filmów jak i telewizji pracuje mniej więcej w ten sam sposób. Dodał tylko, że pracując przy serialach, często jest się zatrudnionym z odcinka na odcinek, tak też nigdy nie jest się pewny swojej pozycji i dlatego też, tak bardzo ważne jest trzymać się i terminów i pisać muzykę na czas.

Objaśniając dokładnie scenę z Immortals, w której mityczny bóg Posejdon tworzy ogromną falę, Morris przyznał się, że lubi takie epickie sceny, w tym również filmy Rolanda Emmericha. Przy okazji wspomniał też o pracy nad Olympus Has Fallen, którą opisał jako niezwykle przyjemną. Mówił, że komponowanie do filmów akcji z elementami amerykańskiego patriotyzmu jest w sumie dość proste i daje sporo frajdy. Szczerze przyznał, że bardzo lubi i ceni reżysera Olimpu w ogniu Antoine Fuqua i żałuje, że nie został zaangażowany do kolejnego jego projektu. Kanadyjczyk szybko dodał, że nie czuje urazy i jest świadom, że przypadki stałej współpracy na linii kompozytor-reżyser jak Danny Elfman – Tim Burton, są wbrew temu co można było sądzić, dość rzadkim zjawiskiem w Hollywood.

Największą zaletą całego spotkania był tzw. brak „klauzuli tajności”. Dokładniej rzecz ujmując, po hollywoodzkim kompozytorze, który jeszcze rozwija się w tym świecie, można byłoby oczekiwać pewnej powściągliwości. Trevor Morris jednak bardzo otwarcie mówił o hollywoodzkim biznesie i pozwalał gościom zaglądać do swojej muzycznej kuchni. Ba, nawet więcej! Sam zachęcał publiczność do zadawania pytań i nie krępowania się. Jak zaznaczył, całe to spotkanie jest z myślą o nas (publiczności) i chciałby jak najwięcej nam przekazać.
Wykorzystałem więc okazję i zapytałem bardzo ogólnie, czy zdarzyło mu się pracować nad naprawdę złymi produkcjami i jak taka praca z perspektywy wyglądała? Na początku Trevor Morris odpowiedział dość krótko „It sucks!” , po czym rozwinął swoją myśl.

Naturalnie bez podawania tytułu podał jeden przykład z początków swojej kariery, kiedy film był naprawdę okropny i wszyscy byli tego świadomi. Kanadyjczyk przyznał się, że widząc z czym ma do czynienia, całkowicie zlekceważył ten projekt i napisał po najmniejszej linii oporu, wyjątkowo słaby score. Zaznaczył jednak, że było to wyjątkowo głupie i nieodpowiednie podejście, gdyż nawet jeżeli film jest słaby to zadaniem kompozytora nie jest jeszcze bardziej go pogrążać. Ostrzegał też młodych kompozytorów, aby nie zrażali się słabymi projektami i starali się mimo tego komponować jak najlepszą muzykę, gdyż nawet jeżeli dany film przepadnie w zapomnienie, to właśnie muzyka z niego może się ostać i ktoś może w przyszłości zwrócić na nią uwagę.

Aby zmotywować młodych kompozytorów, Trevor Morris podał przykład Ryana Amona, którego kompozycje zostały odkryte na youtubie przez reżysera Neila Blomkampa i tak też nieznany nikomu muzyk stał się kompozytorem do hollywoodzkiego filmu Elysium.

Ten niedzielny panel, był nie tylko bardzo interesujący, pozwalający lepiej poznać współczesną muzykę filmową od kuchni, ale pozwolił też samej widowni zbliżyć się trochę do kompozytorów. Podczas niektórych Festiwali można byłoby czuć pewien dystans, pewną granicę między kompozytorem (czyli goście Festiwalu), a publicznością i fanami muzyki filmowej. Takie spotkania pozwoliły trochę zatrzeć tę linię. Zresztą, już przez cały Festiwal Trevor Morris dał się poznać, jako wyjątkowo sympatyczny i otwarty kompozytor, któremu przyjemność sprawia rozmawianie o swojej pracy, czy też dzielenie się jej tajnikami. Oby tylko więcej takich spotkań w następnych festiwalowych odsłonach!

Najnowsze artykuły

Bear McCreary, Sparks & Shadows

Imaginary (Urojenie)

Tomek Goska | 29-03-2024 r.

Komentarze