Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Alan Silvestri

Welcome To Marwen (Witajcie w Marwen)

(2018)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 03-04-2019 r.

Przykro patrzeć jak niegdysiejsza legenda kina rozmienia się obecnie na drobne. Robert Zemeckis – twórca kultowej trylogii Powrót do przyszłości oraz Forresta Gumpa – przeżywa ostatnio głęboki kryzys twórczy. Niemoc artystyczna potęgowana jest brakiem wyczucia odnośnie podejmowanych projektów. Są one bowiem zupełnie nie po drodze z oczekiwaniami widowni. I jednym z takich filmów jest jego najnowsze „dzieło”, Witajcie w Marwen (Welcome to Marwen. Jest ono oparte na prawdziwej historii, a opowiada o losach Marka Hogancampa – artysty mierzącego się z traumą z przeszłości – ciężkim pobiciem przez lokalnych oprychów za swoje nietypowe „fascynacje”. Aby znaleźć psychiczną równowagę, zatapia się w pasji fotografowania lalek i ich „przygód” w osadzonej w realiach II wojny światowej, miejscowości Marwen. I choć strona realizacyjna, jak zwykle stoi u Zemeckisa na bardzo wysokim poziomie, to jednak trudno w tej historii jakkolwiek się odnaleźć. Opowiedziana bez większego polotu nie potrafi skupić uwagi odbiorcy na dłuższą metę. Być może to właśnie przesądziło o gigantycznej klapie finansowej tego widowiska. Klapie, po której słynny reżyser nieprędko odzyska zaufanie hollywoodzkich decydentów.

Artystyczna kondycja, to również temat-tabu w odniesieniu do stałego współpracownika Roberta Zemeckisa – Alana Silvestriego. Nie ulega wątpliwości, że kompozytor ma już za sobą lata swojej świetności. I choć ostatnimi czasy czaruje on sentymentalnym spoglądaniem wstecz (Ready Player One), to jednak trudno tu mówić o powrocie do dobrej formy. Wydawać by się mogło, że współpraca z Zemeckisem jest tym bodźcem, który pozwala uwolnić cały potencjał warsztatu amerykańskiego twórcy, ale i z tym różnie ostatnio bywa. Warto chociażby wspomnieć Sprzymierzonych, do których powstała iście anonimowa ilustracja. Z drugiej strony w filmie The Walk. Sięgając chmur znalazł odpowiednią przestrzeń, by wynieść swoją muzykę ponad gatunkową przeciętność. Historia Hogancampa pozwalała (przynajmniej w teorii) o wiele bardziej rozwinąć dramaturgiczne skrzydła ścieżki dźwiękowej. Czy Alan Silvestri wykorzystał tę szansę?

Zależy jak na to spojrzeć. Na pewno nie ma tutaj mowy o dziele zdolnym zapisać się wielkimi literami w karierze amerykańskiego kompozytora. Raczej utwierdzi w przekonaniu o rzemieślniczym podejściu Silvestriego i powielaniu opracowywanych przez lata schematów. W przypadku filmów Zemeckisa będzie to dzielenie przestrzeni pomiędzy ujmującą lirykę oraz wyrazistą, opartą na dęciakach i perkusjonaliach, akcję. Innymi słowy Silvestrii nie wychodzi poza strefę własnego komfortu twórczego. Niemniej i w ramach takowej dzieją się pewne rzeczy o których warto wspomnieć.



Osią wokół której obraca się ścieżka dźwiękowa do filmu Witajcie w Marwen jest temat przewodni przypisany głównemu bohaterowi. Ciepła, liryczna melodia dosyć dobrze wypada w zestawieniu z życiowymi bolączkami Hogancampa. Widz patrzący na mężczyznę z politowaniem przemieszanym z nutką fascynacji otrzymuje dokładnie to samo w warstwie muzycznej. Szczególnie wyraźnie daje się to odczuć w scenach, kiedy ukazywane są proste, codzienne czynności bohatera. Również na tle jego relacji z przyjaciółmi oraz… nową sąsiadką. Pojawienie się w otoczeniu Hogancampa uroczej Nicole jest jednym z kluczowych bodźców, który niejako wtłacza w dosyć niemrawą melodię odrobinę więcej dramaturgii i aranżacyjnego polotu. Większe „fajerwerki” w tym zakresie zapewniają nam sceny z Deją – złą wróżką, na którą mężczyzna zrzuca większość swoich niepowodzeń i ograniczeń, jakie sam sobie stawia. I właściwie byłaby to kolejna odmierzona od linijka partytura, gdyby nie element zdobiący imaginowane w głowie Hogancampa, przygody lalek.

Militarystyczny ton muzycznej akcji nie bierze się z nikąd. Osadzenie akcji w belgijskiej miejscowości podczas II wojny światowej pozwoliło do woli obracać wątkami konfliktu kapitana Hogie i jego dziewczęcej trupy z niemieckimi najeźdźcami. Świetnie zrealizowane sekwencje bitewne doczekały się adekwatnej, mocnej w treści, oprawy muzycznej. Opartej na militarystycznym motywie, wokół którego nadbudowywana jest całkiem fajna, muzyczna akcja. Najciekawsze pod tym względem czeka nas pod koniec widowiska, kiedy Hogie staje do walki z hitlerowskim oficerem. Końcówka widowiska ponownie stawia przed nami cieplejsze fragmenty muzyczne odnoszące się do tematu głównego bohatera. I jeżeli większość filmu upływa nam pod znakiem raczej poprawnie korelującej z obrazem muzyki, to już jego końcówka ociera się o małą brawurę pod tym względem. Potencjał całej ścieżki dźwiękowej świetnie ujęty został w suicie zdobiącej napisy końcowe. Nie dziwne, że po zakończeniu seansu w miłośniku muzyki filmowej zrodzi się chęć indywidualnego starcia z muzyką Silvestriego.

Oryginalny soundtrack ukazał się pod koniec roku 2018 nakładem Back Lot Music. Początkowo tylko elektronicznie, ale kilka tygodni później do gry wkroczyła Intrada, tłocząc ten materiał i sprzedając w ramach współpracy z wyżej wspomnianym labelem. Na krążku znalazł się niespełna godzinny materiał, który w zupełności wyczerpywał potencjał pracy Alana Silvestriego. Mimo tego zdarzają się momenty, kiedy w treść wkrada się lekka nutka marazmu lub odtwarzania schematów utartych przez lata funkcjonowania w branży.

Nie odczujemy tego od razu. Tytułowe Welcome to Marwen jest obietnicą świetnego słuchowiska nawiązującego do najlepszych lat współpracy Silvestriego z Zemeckisem. Niestety to tylko miraż, który rozmyje się w niewykorzystany potencjał dosyć fajnego w gruncie rzeczy tematu. Zanim to jednak nastąpi, przed nami drobny przedsmak muzycznej akcji. Pocieszna scena potyczki kapitana Hogsa z Niemcami usłana jest sporą ilością lekkich fraz. Temat militarystyczny najciekawiej wybrzmiewa jednak w marszowym New Girl in Town, ale na bardziej „konkretne” granie przyjdzie nam poczekać do końcowych fragmentów słuchowiska. Ostoją muzyki akcji jest bowiem dwuczęściowy utwór Hogie vs Meyer.

Nie znaczy to, że cała środkowa część soundtracku stoi pod znakiem liryki i średnio absorbującego underscore’u. Pojawiają się momenty o zwiększonej dynamice, ale jest to przede wszystkim miejsce na wertowanie płaszczyzny emocjonalnej ścieżki dźwiękowej. Wśród mniej lub bardziej angażujących treści warto zwrócić uwagę na tak urokliwe fragmenty, jak chociażby Beautiful Moon. Przypominają one Silvestriego z czasów jego świetności. I takowe czasy przywołuje również końcówka albumu odwołująca się do analogicznych, ciepłych fraz w Marwencol. Natomiast idealnym zwieńczeniem albumu jest świetnie rozpisana suita tematyczna w Welcome to Marwen End Credit. Siedmiominutowy utwór jest niewątpliwym towarem eksportowym całej partytury.

Czy warto zatem sięgać po cały soundtrack mając w zanadrzu tak idealnie skrojone podsumowanie? Rozwiązanie tej kwestii będzie po raz kolejny sprawą bardzo indywidualną. Choć bowiem w dorobku Silvestriego funkcjonuje szereg bardziej ujmujących prac, to jednak Welcome to Marwen trudno nazywać blamażem. To cień geniuszu i wrażliwości Alana Silvestriego, z jakim mieliśmy do czynienia w latach 90. Czy to zwiastun powrotu kompozytora do wysokiej dyspozycji? O tym przekonamy się za jakiś czas.


Najnowsze recenzje

Komentarze