Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Mark Kilian

Ward, the (Oddział)

(2011)
-,-
Oceń tytuł:
Łukasz Koperski | 28-08-2011 r.

John Carpenter, mistrz niskobudżetowego horror, człowiek, który dał światu Halloween, Mgłę, Christine, W paszczy szaleństwa i przede wszystkim The Thing, powraca do kina w dekadę po nieudanych Duchach Marsa. Niestety film Oddział to nie jest to powrót w tak wielkim stylu, jak wielu by chciało. Carpenter nakręcił tylko przeciętnego straszaka, notabene fabularnie spóźnionego o ładnych parę lat, bo jeśli film zdaje się być połączeniem Tożsamości z Sucker Punch to też trudno by specjalnie zaskakiwał. Całe szczęście, że przez 10 lat reżyserskiego nieróbstwa, przerwanego jedynie na dwa krótkie epizody dla serialu Masters of Horror Carpenter nie zapomniał jak budować napięcie i jak straszyć widza. Stracił jednak najwyraźniej pomysły lub ochotę na samodzielne tworzenie oprawy muzycznej. W The Ward nie zdecydował się także powierzyć tej roli swemu synowi, jak to miało miejsce w Mistrzach horroru. Koniec końców zatem, kompozytorem wybrano mało znanego i doświadczonego, wywodzącego się z RPA Marka Kiliana, który może być co nieco kojarzony dzięki soundtrackowi z dramatu Tsotsi.

O większości tych najbardziej znanych filmów Carpentera w kwestii strony muzycznej niewątpliwie można powiedzieć jedno: miały wyraziste, chwytliwe, charakterystyczne i klimatyczne tematy. Reżyser nie był może wybitnym muzykiem, pisał nieskomplikowane techniczne, elektroniczne kompozycje, ale miał smykałkę do tworzenia pamiętnych motywów przewodnich, które weszły na stałe do kanonu muzyki filmowej. Mark Kilian może nie okazał się na tyle godnym następcą, by stworzony przez niego temat znalazł się w panteonie horrorowych soundtracków, niemniej jednak stanowi on muzyczny element, który wpada w ucho i zostaje w głowie już podczas oglądania napisów początkowych. Hipnotyzująca, kołysankowa melodia nucona przez żeński wokal, otoczona ponurym brzmieniem smyczków, syntezatorowymi efektami przynoszącymi skojarzenia z jednym z motywów z Aliens oraz pulsującą elektroniką w stylu starego Carpentera nie zaskakuje nikogo brzmieniem, ale w roli motywu przewodniego sprawuje się bez zarzutu. Swoją drogą wyrazisty temat jak i istnienie w filmie, interesujących graficznie, rozbudowanych titles to nie jest znak obecnych czasów, zatem pochwalić należy kompozytora jak i twórców filmu, że udało im się coś takiego wykreować.

Temat przewodni poza czołówką i napisami końcowymi mignie nam jeszcze kilka razy tak w filmie, jak i na soundtracku, problem wszakże w tym, że w sferze melodycznej jest na dobrą sprawę osamotniony. W przypadku muzyki horrorowej trudno oczekiwać jednak zbioru przyjemnych melodii. Tutaj zazwyczaj filmowa funkcjonalność bierze górę nad słuchalnością i nie inaczej jest w Oddziale. Od strony konstrukcji muzyki Kilian niczym nowym nie jest nas w stanie zaskoczyć. Oparta o skromną orkiestrę, żeński wokal, waltornię, perkusję oraz syntezatory, które obsługuje sam kompozytor, score nie wyróżnia się na tle współczesnych soundtracków z filmów grozy. Można by The Ward postawić wręcz jako typowy przykład nowoczesnego brzmienia kompozycji do horroru. Atonalne smyczkowe tło podlane delikatną elektroniką budujące nastrój? Żeńska wokaliza dodająca tajemniczości? Dynamiczniejsze momenty zbudowane w oparciu o miks orkiestry i syntezatorów oraz perkusję, czasem trochę a la RCP? Nieodzowne eksplozje brzmień orkiestry przeznaczone do momentów, w których reżyser straszy nagłym pojawieniem się złego? Wszystko to u Kiliana oczywiście znajdziemy. Wszystko to znajdziemy wszakże na dziesiątkach innych soundtracków.

A jednak Marka Kiliana można za The Ward nawet pochwalić. Owszem, to jest jedynie rzemieślnicza robota, ale wykonana starannie i solidnie. Nie jest to może poziom Christophera Younga, ale też nie jest antymuzyka jaką płodzi Tyler Bates, czy któryś z horrorowych gniotów z dolnej szuflady z pewnego słynnego studia z Santa Monica. Oddziaływanie w filmie nie dorównuje może najlepszym momentom filmowej i muzycznej kariery Johna Carpentera, ale za ten aspekt należą się i tak dobre noty. Gorzej oczywiście wypada to na soundtracku. Wprawdzie wszystkie fragmenty z tematem przewodnim, czy jakimkolwiek wykorzystaniem wokaliz, nieliczny action-score (zwłaszcza Elevator Escape) prezentują się całkiem nieźle, ale za dużo tutaj typowego tła, nieciekawego underscore, który nie ma większej racji bytu poza filmem. Album można by na dobrą sprawę bez żalu odchudzić niemal o połowę i tylko by na tym zyskał. A tak pozostaje tylko przeciętnym horrorowym soundtrackiem, przeznaczonym tylko dla największych fanów gatunku czy filmu, ewentualnie dla tych, którym najbardziej wpadł w ucho temat przewodni. Choć, raz jeszcze podkreślę, muzyka Kiliana jako filmowa ilustracja, jest jak najbardziej solidna.

Najnowsze recenzje

Komentarze