Koniec ulicy Dębowej wpisuje się w odtwórczy trend ostatnich prac Michaela Giacchino. Mimo wszystko nie demonizowałbym tego faktu w kontekście dobrej funkcjonalności partytur popełnianych przez amerykańskiego kompozytora. A jeżeli przy okazji można z doświadczenia soundtrackowego wynieść kilka przyjemnych chwil, to czemu nie?

Twórca kultowych thrillerów psychologicznych Coś za mną chodzi oraz Tajemnice Silver Lake powraca. Tym razem w survivalowej przygodzie z domieszką scince fiction. Akcja Końca ulicy Dębowej (The End of Oak Street) osadzona została na początku lat 80. Śledzimy losy rodziny Plattów, która w niewyjaśnionych okolicznościach, wraz z całym sąsiedztwem, „przenosi się” do czasów prehistorycznych. Problemy rodzinne schodzą na dalszy plan, kiedy szarą codzienność przerywa konieczność walki o przetrwanie wśród krwiożerczych drapieżników – dinozaurów. Trzeba przyznać, że sam pomysł na fabułę, choć wydaje się niedorzeczny, w widowisku Mitchella zyskuje swoje uzasadnienie, głównie przez wzgląd na przyjętą konwencję typową dla kina nowej przygody z lat 80. Nierzadko groteskowe sceny przeplatane są humorem sytuacyjnym i doskonałymi kreacjami, a wszystko spięte całkiem przyzwoitą pracą kamery i wizualiami perfekcyjnie maskującymi skromny budżet przedsięwzięcia. Mimo pozytywnych recenzji i reakcji ze strony widowni, Koniec ulicy Dębowej nie stał się komercyjnym hitem. Ci, którzy zdecydowali się mu poświęcić niespełna dwie godziny swojego czasu nie powinni narzekać na brak wrażeń.
To samo możemy powiedzieć o ścieżce dźwiękowej do tego obrazu. O skomponowanie takowej poproszony został Michael Giacchino. I choć patrząc na historię współpracy reżysera z formacją Disasterpeace można było poczuć lekkie zdziwienie tym angażem, to jednak wszystko idealnie układa się w jedną całość, gdy weźmiemy pod uwagę kto stał za produkcją Końca ulicy Dębowej. Nie mam bowiem wątpliwości, że pojawienie się Giacchino w tym projekcie było bezpośrednim działaniem J. J. Abramsa. Wieloletnia doskonała współpraca i bogate doświadczenie kompozytora z survivalowymi akcyjniakami traktującymi o dinozaurach stanowiły atut, jakim twórcy muzyki elektronicznej Disasterpeace nie mogli się pochwalić. Giacchino wszedł więc w ten projekt pewnie i mimo dosyć skromnego budżetu całego przedsięwzięcia był w stanie dostarczyć pełnokrwistą, hollywoodzką ilustrację, którą śmiało możemy postawić na jednej linii z jego flagowymi produkcjami: serią Jurassic World, czy też inną dino-przygodówką – Zaginiony ląd.
Ścieżka dźwiękowa do filmu Koniec ulicy Dębowej jest przykładem idealnej oprawy do kina nowej przygody. Fundamentem tej pracy jest chwytliwy temat przewodni przypominający analogiczną, radosną fanfarę z filmu Tomorrowland. O uniwersalności tej melodii niech świadczy fakt doskonałego sprawdzania się zarówno w intymnych aranżach o ciepłym, familijnym zabarwieniu, jak i żywiołowej akcji biorącej w ruch cały orkiestrowy aparat wykonawczy. Patetyczna odsłona tematu będzie domeną scen kulminacji oraz epilogu. Środkowa część kompozycji opisująca sceny zmagań Plattów z nową rzeczywistością i zagrożeniami nadaje mniej więcej na tych samych falach, co ścieżki dźwiękowe Giacchino tworzone do serii Jurassic World. Zresztą nawet motyw zagrożenia łudząco przypomina analogiczną melodię stosowaną w scenach kumulacji napięcia. Uwalnianie tych emocji przychodzi Giacchino z niebywałą łatwością, opierając muzyczną akcję na typowym dla siebie zestawie rytmicznych perkusjonaliów i żywiołowych dęciaków. Można odnieść wrażenie, że Amerykanin powraca tu do stosowanych przed dekadą technik budowania rytmicznych, atonalnych fraz rozwijanych w formie crescenda. Dzika i nieokiełznana orkiestra doskonale radzi sobie z podkreślaniem coraz większego chaosu ogarniającego ulicę Dębową. O ile zatem ta cząstka partytury tworzy stricte funkcjonalny mariaż z dynamicznymi sekwencjami akcji, to już bardziej melodyczna odsłona pracy w finale widowiska skutecznie zwróci uwagę każdego widza.

Ciepły epilog oraz jego muzyczne uzasadnienie będzie dostatecznym argumentem, aby sięgnąć po soundtrack do tego filmu. Ukazał się on nakładem wytwórni WaterTower Music w dniu premiery obrazu Mitchella i ku naszemu zaskoczeniu nie „skończy” on swojej przygody tylko w formie cyfrowej. Z wielką radością odnotowałem informację o późniejszej premierze tego albumu na nośnikach CD i winylach. Szczególnie, iż prezentowana tam treść aż prosi się o liczne powroty.
Z pewnością ciepło wspominać będziemy początek albumu, gdzie zaprezentowano główną tematykę widowiska w kilku różnych odsłonach – od heroicznej fanfary począwszy, aż po bardziej stonowane, liryczne aranżacje. Na większą wylewność pod tym względem będziemy musieli poczekać do końcówki soundtracku, gdzie triumfalny ton splata się ze szczęśliwym zakończeniem przedziwnej podróży do czasów prehistorycznych. Począwszy od utworu I Need a Little Space-Time aż po suitę kończącą tę muzyczną przygodę otrzymujemy kwintesencję familijnego grania w wykonaniu Giacchino. Najbardziej problematyczny dla miłośników klarownej melodyki może się jednako kazać środek tego albumu, który oferuje niemal trzy kwadranse dramatycznego i dynamicznego grania, budowania napięcia i grozy ze szczyptą akcji. Iliustracja przedstawiana tu przez amerykańskiego kompozytora praktycznie w niczym nie odbiega od form i środków podejmowanych przy wspomnianym wcześniej Jurassic World. Zasadniczą różnicą jest brak warstw chóralnych nadających muzyce bardziej apokaliptycznego tonu. Ale czy Ulica Dębowa potrzebowała tego argumentu? Biorąc pod uwagę rozrywkowy ton samej produkcji – nie do końca. Mimo wszystko można czerpać nieskrępowaną przyjemność ze słuchania wyśmienitego mariażu grozy i akcji w A Den of Coelophysis or The Swamp Drains You, czy chociażby dwuczęściowego Spoiled Platts. Oczywiście pod warunkiem, że wyłączymy się na liczne nawiązania do wcześniejszych prac, jakie stosuje tu Giacchino. Trzeba bowiem jasno stwierdzić, że kreatywna cząstka nie jest najmocniejszą stroną tego projektu.
Faktem jest, że Koniec ulicy Dębowej wpisuje się w odtwórczy trend ostatnich prac Michaela Giacchino. Mimo wszystko nie demonizowałbym tego aspektu w kontekście dobrej funkcjonalności partytur popełnianych przez amerykańskiego kompozytora. A jeżeli przy okazji można z doświadczenia soundtrackowego wynieść kilka przyjemnych chwil, to czemu nie? Biorę i słucham na półce bez zbędnego malkontenctwa.

