Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Vangelis

Rosetta

(2016)
-,-
Oceń tytuł:
Daniel Krause | 27-09-2016 r.
„Music is space, space is music. It’s the same thing.”

Natura, sztuka, historia, sport… Mimo wielu rozmaitych źródeł inspiracji, kariera Vangelisa zdaje się krążyć w sposób szczególny wobec kilku upodobanych sobie przez artystę wątków. Jednym z takich tematów niewątpliwie jest kosmos. Eksploracja pozaziemskiego świata fascynowała Greka – jak twierdzi sam zainteresowany – już od małego dziecka. Gdy w wieku kilka lat po zagraniu swoich pierwszych nut na domowym fortepianie został zapytany przez rodzinę, skąd pochodzą te dźwięki, mały Evangelos miał wskazać niebo. Swą wieloletnią fascynację kosmosem mistrz muzyki elektronicznej po raz pierwszy wyraził w 1976 roku przy okazji wizjonerskiego albumu Albedo 0.39. Później uczestniczył w szeregu innych projektów, wliczając w to m.in. muzykę do serialu Kosmos Carla Sagana oraz Mythodeę, do tej pory ostatni studyjny album Vangelisa.

Rosetta to sonda Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), która wystartowała w 2004 roku w celu dotarcia na orbitę komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko oraz osadzenia na jej powierzchni lądownika Philae. Celem było zbadanie materii kometarnej oraz jej powiązań z materią międzygwiezdną. Sukces misji był wydarzeniem przełomowym w historii astronomii, nie dziwi więc artystyczne zaangażowanie w ten projekt kogoś takiego jak Vangelis. Artysta był w tę misję wprowadzony zresztą już na dość wczesnym etapie. André Kuipers, jeden z astronautów ESA, jest olbrzymim fanem greckiego kompozytora i to za jego sprawą twórcę zaproszono do siedziby organizacji. W zamian pracownicy ESA mogli odwiedzić Vangelisa w jego studio, gdzie przyglądali się, jak do udostępnionych mu wizualizacji komponował utwory specjalnie na cześć ich misji. Efektem tej ścisłej współpracy jest Rosetta – pierwszy od piętnastu lat concept-album słynnego mistrza syntezatorów. Czy jest on jednak równie przełomowy, co inspirująca go misja? Niestety nie.

Słuchając płyty, ciężko opędzić się od wrażenia, że Vangelis całkowicie zrezygnował z jakiejkolwiek próby zredefiniowania muzycznego brzmienia kosmosu. Doskonale obrazuje nam to już pierwszy utwór, Origins (Arrival). Na tle ambientowych pejzaży doskonale znanych już ze wspomnianej Mythodei, wznosi się dostojny temat, delikatnie odsyłający nas w stronę Rydwanów ognia. Następujące po nim „kołaczące”, elektroniczne dźwięki jako żywo przenoszą nas do płyty Spiral, a wieńcząca kompozycję kulminacja to prawdziwa mikstura rozwiązań – od Opery Sauvage, aż po Voices. Niepokojąca tendencja do powielania własnych pomysłów niestety nie ulega w dalszej części albumu radykalnej zmianie. Vangelis nie ogranicza się zresztą w swych nawiązaniach li tylko do brzmień oraz muzycznych środków, ale czasem korzysta i z wypracowanych rozwiązań kompozycyjnych. Choćby tytułowa Rosetta to pod względem zarówno melodycznym, jak i konstrukcyjnym praktycznie brat-bliźniak utworu Alpha z płyty Albedo 0.39. Ilość odwołań do samego siebie może więc nasuwać skojarzenia z casusem Cristiady Jamesa Hornera. Trzeba Grekowi jednak oddać sprawiedliwość, że mimo istnego festiwalu muzycznych reminiscencji, zdołał stworzyć dzieło w większości pozbawione dosłownego autoplagiaryzmu.

Pomimo tych wszystkich narzekań, obcowanie z albumem sprawia definitywną przyjemność. Vangelis wprawdzie nie jest już wizjonerem, nie przeciera nowych szlaków. Ale przez jego muzykę wciąż zdają się przemawiać szczere emocje i entuzjazm. Szczególną uwagę zwraca sam początek płyty. Wspomnianemu Origins, choć jest ewidentną składową wielu wcześniejszych pomysłów, nie można odmówić swoistego nerwu, a finał utworu potrafi prawdziwie zelektryzować słuchacza. Następujący potem Starstuff sugestywnie rozbudza wyobraźnię, umiejętnie przeszczepiając do kosmicznej przestrzeni ambientowe pomysły rodem z Oceanic czy Antarktyki. Nade wszystko ciężko nie dać się ponieść subtelnym brzmieniom młodszego brata Pinta, Nina, Santa Maria z Wyprawy do Raju, prześlicznego Infinitude, które jawi się chyba jako najpiękniejszy fragment całej płyty. Miłym zaskoczeniem będzie również Exo Genesis, wyróżniające się na tle całości zwiewnymi, klawiszowymi improwizacjami. Niestety dalsza część płyty jest już zdecydowanie bardziej nierówna. Obok bowiem całkiem satysfakcjonujących kompozycji jak energiczne Perihelion lub nastrojowe Celestial Whispers, odnajdziemy również nieporadnie brzmiące Philae’s Descent czy irytująco wręcz banalne Mission Accomplie (Rosetta’s Waltz). Szczęśliwie wspomniane utwory są najkrótszymi na albumie.

Reakcja na Rosettę jest w dużej mierze uzależniona od odbiorcy. Nawet wśród fanów Vangelisa może być ona różna. Ci bowiem, którzy są rozkochani w brzmieniu greckiego mistrza, chłonący z ekscytacją każdy wydobywający się spod jego palców dźwięk, będą zapewne ukontentowani. Jednak fani mający jeszcze w pamięci nowatorskiego Vangelisa, wizjonera, który swego czasu tworzył historię muzyki, mają prawo czuć się zawiedzeni. Dobrze jest podejść do tego albumu bez żadnych oczekiwań. Mimo kilku potknięć, jest to bowiem muzyka bez wątpienia ładna, potrafiąca ująć subtelnymi emocjami oraz pobudzić wyobraźnię. Nie znajdziemy tutaj jednak absolutnie nic świeżego, żadnej muzycznej myśli, która potrafiłaby na dłużej zafrapować. Zamiast fascynującej dźwiękowej podróży w kosmos otrzymaliśmy miłą przejażdżkę po dyskografii kompozytora. Całe szczęście kierowcy jeszcze starcza entuzjazmu, by na swoich starych trasach zabawiać pasażerów.

Najnowsze recenzje

Komentarze