Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Tom Holkenborg

Rebel Moon – Part Two: The Scargiver (Rebel Moon – Część 2: Zadająca rany)

(2024)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 20-04-2024 r.

Godzinny soundtrack nie odkrywa niczego nowego względem analogicznego albumu z pierwszej części Rebel Moon. Nie jest również satysfakcjonującym doświadczeniem, do którego chciałoby się wracać.

Ambicje Zacka Snydera są odwrotnie proporcjonalne do jakości tworzonych przez niego filmów. Ileż to czasu i pieniędzy poświęcono na promocję jego najnowszego dzieła – dwuczęściowej space-operowej opowieści o grupce najemników broniących zapomnianej przez świat wioski przed galaktycznym reżimem… Historia, która pierwotnie miała aspirację wejść do gwiezdnowojennego kanonu, ostatecznie okazała się kiczowatym banałem pełnym niedorzeczności. Po niespełnionych oczekiwaniach związanych z Rebel Moon – Część 1: Dziecko ognia, mało kto już czekał na kontynuację zapowiadaną na wiosnę 2024 roku. W powodzenie serii chyba nie wierzył nawet sam Netflix, gdyż promocja Zadającej rany (część druga przyp. red.) przemknęła praktycznie niezauważenie. Może to i dobrze, kiedy weźmiemy pod uwagę, co w niej otrzymujemy: kolejną porcję zagłębiania się w przeszłość nieciekawych postaci, scenariuszowy bełkot i fatalną (jak to u Snydera) stronę wizualną. Jeżeli pierwotną ideą reżysera było stworzenie podwalin pod nowe uniwersum, to trzeba przyznać, że efekt końcowy jest zupełnie odwrotny. A skromne wyniki oglądalności są tego najlepszym dowodem.

Jedno trzeba oddać Synderowi. Jest dosyć konsekwentny w tym co, robi – również w kwestii dobierania sobie współpracowników muzycznych. Od dłuższego już czasu pielęgnuje przyjaźń z jednym z najbardziej kontrowersyjnych kompozytorów w branży, Tomem Holkenborgiem. Holenderski DJ wydaje się bowiem jedyną osobą, która w mrokach ogłupiającej treści filmów Snydera znajduje jakieś światło… A przynajmniej jakąś formę inspiracji, aby wypełnić niezbędne przestrzenie filmowe należną substancją muzycznopodobną. W przytłaczającej większości są to jednak pozbawione treści, orkiestrowo-perkusyjne tapety dyktujące tempo filmowej akcji. Przykład poprzedniej odsłony Rebel Moon pokazał, że w momencie, gdy z równania odejmie się nadmierną ilość scen akcji, kompozytor niewiele ma do zaoferowania poza odtwarzaniem kolejnych gatunkowych klisz. Znamienny jest tu motyw głównej bohaterki oraz stojący w kontrze do niego temat Macierzy. Mamienie odbiorcy ujmującymi, solowymi smyczkami, czy splecionymi z przeszłością bohaterki, żeńskimi wokalizami, nie ma większego znaczenia w obliczu faktu, że ekranowy byt takich zabiegów rozmieniany jest na drobne przez fatalną treść widowiska. Patrząc na to wszystko można odnieść wrażenie, że zamiast kosmicznej przygody, serwowany jest nam cyrkowy spektakl, gdzie rozrywka okupiona jest poczuciem zażenowania tym, czego się doświadcza. A najgorsze jest to, że Zadająca rany w żaden sposób nie zmienia takiego stanu rzeczy.

Co więcej, w niektórych przypadkach nawet pogłębia dysonans między artystycznymi aspiracjami Holendra, a twardą ścianą utylitarystycznych potrzeb widowiska Snydera. Skoro więc w przypadku pierwszej części narzekaliśmy na nudę i chaotyczny przebieg narracji, tak w drugiej odsłonie Rebel Moon można już mówić o przeciąganiu struny w drugą stronę. I tak oto zbyt długie zagłębianie się w przeszłość bohaterów, któremu towarzyszy smyczkowa melancholia przechodzi w pewnym momencie do bezkompromisowej akcji z równie bezkompromisową, co bezduszną oprawą. Trailerowy sposób opowiadania tego, co dzieje się na ekranie, to niejako znak firmowy warsztatu Holkenborga. Innym jest brak rozmienia podstaw dynamiki przejawiający się rzeźniczym miksem zabijającym wszelkie niuanse elektroniczno-orkiestrowego mariażu. Z tego też tytułu muzyczna akcja będzie tym elementem, który po pierwszym wysłuchaniu najchętniej chcielibyśmy wyprzeć ze swojej świadomości. Bardziej intrygujące – o ile można to tak nazwać – wydają się niektóre sceny flashbacków zdobione mniej inwazyjnym zestawem instrumentów. Najciekawiej w moim odczuciu prezentuje się sekwencja zdradzieckiej napaści na rodzinę królewską, której przygrywa (nawet w filmowym świecie) kwartet smyczkowy. Od czasu do czasu w usta bohaterów wciskane są również pieśni. Liryczne przebłyski ratują tę ścieżkę dźwiękową przed skrajnie negatywną oceną.

Nie jestem jednak przekonany, czy opcja sięgnięcia po soundtrack będzie najlepszym rozwiązaniem po i tak męczącym seansie Zadającej rany. Godzinny album nie odkrywa niczego nowego względem analogicznego tworu z pierwszej części Rebel Moon. Nie jest również satysfakcjonującym doświadczeniem, do którego chciałoby się wracać po wielokroć. Poza wspomnianymi wyżej wyjątkami jest to rozczarowujący zestaw generycznie brzmiących utworów, co w przypadku pracy podpisanej nazwiskiem Holkenborga nie powinno w żaden sposób dziwić.

Najnowsze recenzje

Komentarze